Adam Michnik o Brunonie Schulzu

Adam Michnik o Brunonie Schulzu

Od pisarza nie trzeba się niczego domagać, poza tym, żeby nie kłamał i nie uprawiał grafomanii. W polskiej tradycji literackiej było oczywiste permanentne domaganie się od pisarzy bycia substytutem tego, czego Polska nie miała. Myśmy nie mieli przez cały XIX wiek parlamentu, rządu, swojego wojska, natomiast mieliśmy literaturę. Literatura miała wypełniać te wszystkie funkcje.

To się w naturalny sposób przeniosło w dwudziestolecie międzywojenne, mimo, że Lechoń mówił u progu dwudziestolecia, że chce wiosną zobaczyć wiosnę, a nie Polskę. Na tym tle Bruno Schulz był absolutnym rewolucjonistą. Nie da się powiedzieć, że był to człowiek, którego świat nie interesował.

 

Jako pisarz tworzył własny świat. W tym świecie realnym, po prostu dla niego nie było miejsca. Jest coś dla mnie tragiczne symbolicznego w tym, że dwóch pisarzy zostało jakby skazanych na wydalenie z tego świata. Drugim był Bruno Schulz – ofiara Holocaustu. Dla mnie śmierć Bruno Schulza jest epilogiem jego książek.

A pierwszym był Witkacy, dla którego 17 września był nie tylko końcem świata, ale końcem wiary w to, że w tym złym świecie artysta może mieć jakiś swój azyl. W momencie, kiedy Czerwona Armia uderzyła na Polskę, Witkacy, który był na wschodzie, odebrał sobie życie. Zamordowany został Bruno Schulz. Da się powiedzieć, że byli ofiarami, zresztą nie tylko oni dwaj, bo Jerzy Stępowski nazwał to „historią, spuszczoną z łańcucha”.

Myślę, że Bruno Schulz w późniejszym okresie był skazany właściwie na nieistnienie. Dlatego, że opinia czytelnicza chciała świadectwa wojny. I dlatego lata powojenne to okres literatury traktującej o wojnie. Później był socrealizm. Na tym tle manekiny Schulza czy też ta jego „ulica Krokodyli”, jego obsesje historyczne, seksualne – były jakby z innej bajki, z innej rzeczywistości. Muszę powiedzieć, że dla mnie jest coś głęboko radosnego w tym, że Schulz wrócił.

Schulz wrócił i jest partnerem dzisiaj w naszych rozmowach. Tak jak Witkacy wrócił. (…) I wszyscy pisarze tego czasu, którzy nie mieszcząc się w rzeczywistości, w której przyszło im żyć, budowali swoje własne światy. Okazali się po śmierci zwycięzcami, dlatego, że dochowali wierności najważniejszej – wierności swojemu powołaniu. W tej materii Bruno Schulz był bezkompromisowy. Nie napisał ani jednego utworu, aby być w zgodzie z modą, która obowiązywała, zgodzie z doktryną, która obowiązywała w państwie. Pisał tylko to, co dyktowało mu jego pisarskie sumienie. Wydaje mi się, że jest to ważne przesłanie także dla naszego czasu, gdzie jest właśnie wyścig szczurów, permanentne gonienie za modą, albo za łaską pańską.

Schulz był nonkonformistą wspaniałym, znakomitym. Nie świadczy to o tym, że wpisywał się w jakąś tradycję, choć oczywiście znajduję jego powiązania z filozofią żydowską itd. Moi zdaniem, Schulz, poprzez swoją wizję świata ironiczno groteskowego jest twórcą jakby nowej tradycji, której się nie da usunąć z żadnej historii i literatury tego okresu. Schulz jest rezultatem pewnego załamania się, kryzysu świata Galicji, wartości tradycyjnej czyli monarchii austro-węgierskiej. Jest ponadnarodowy. To pisarz pewnej sytuacji.

 

Adam Michnik

Istnieje wiele wariantów stosunków pisarza ze społeczeństwem, z myślą społeczną. Każdy z nich jest możliwy. Są pisarze, którzy chcą być zrozumiani, chcą znaczyć, chcą wpływać na społeczeństwo i im to się udaje. Innym to się nie udaje. Są pisarze, którzy tego nie chcą, ale jednak im to się udaje. Takim był Schulz.
Taras Prochaśko

Tekst ukazał się w nr 17 (165) 14–27 września 2012

 

Czytaj też:

Schulznięci znów najechali Drohobycz


Posłuchaj radia:

Delta Dunaju, Ukraina, stosunki Węgier z Armenią


Obejrzyj wideo:

Wykład Adama Michnika – Bruno Schulz dla świata i Ukrainy

X