Aby obalić ajatollaha naciśnij „enter” Fot. Al Jazeera

Aby obalić ajatollaha naciśnij „enter”

A zatem stało się to, czego świat równie mocno obawiał się, co spodziewał – napięcia między Islamską Republiką Iranu a Izraelem i wspierającymi go Stanami Zjednoczonymi eskalowały do bezpośredniej konfrontacji zbrojnej. „Wojny”, ogłosiły media, wespół z komentatorami, politykami i społeczeństwem. Aż chciałoby się, idąc za formułką utartą walonką na ukraińskiej ziemi dodać „pełnoskalowej”, byłoby to jednak co najmniej dyskusyjne. Bo owszem, skala ataków mogłaby za tym przemawiać, zarazem jest to wojna na bomby, rakiety i drony, bez operacji lądowych i przejmowania kontroli nad terytorium. W ogóle, dziwny to konflikt, w którym biją się państwa ze sobą niegraniczące… Cele, motywy, modus operandi – wszystko to sprawia, że na usta cisną się słowa „specjalna operacja wojskowa”.

Ostatnie lata wytworzyły ciekawy paradoks – Rosjanie, prowadząc wojnę, ochrzcili ją „specoperacją”, natomiast gdy za specjalną operację wojskową zabrały się Waszyngton z Tel Awiwem, ich komunikaty mówią o wojnie. I naturalnie, twierdzenie to podszyte jest wisielczym żartem, w końcu za narracją Moskwy stoi konkretna strategia propagandowa, podczas gdy my, funkcjonując w wolnej Europie, możemy sobie pozwolić na rzeczywistą analizę sytuacji w Zatoce Perskiej.

Może zacznijmy od tego czym jest wojna. Już w tym momencie napotykamy zasadniczy problem w definiowaniu – opisujemy stan faktyczny, czy prawny? De iure wojna na Półwyspie Koreańskim wciąż trwa, a ta brytyjsko-argentyńska o Falklandy nigdy nią nie była – formalne deklaracje przecież nie padły. „Wojną” nazywamy też różne zjawiska, jest wojna hybrydowa, chociaż i ona może przybierać rozmaite kształty. Nazywaliśmy tak zarówno bezpośrednią agresję rosyjską na wschodniej Ukrainie, ze wspieraniem, zbrojeniem i organizowaniem bojówek separatystycznych oraz obecnością moskiewskich jednostek na ziemi sąsiada, jak i działania wymierzone w państwa Zachodu – ingerencję w wybory, kampanie dezinformacyjne, cyberataki i prowokacyjny ton wypowiedzi przedstawicieli reżimu.

Z definicjami – słownikowymi, czy osobistymi, tworzonymi przez poszczególnych badaczy – jest ten problem, że nie zawsze nadążają one za rzeczywistością. Lata dwudzieste XXI wieku najlepiej chyba pokazały, jak bardzo wojna odbiegła od antycznego wzorcu skrzyknięcia przez wodza wojowników i uderzenia na terytorium sąsiada. Wojną może być dzisiaj bardzo wiele, często odległych od siebie zjawisk.

„Specjalna operacja wojskowa”, użyta w kontekście operacji „Epicka Furia” vel „Ryczący Lew” (pierwszą nazwę stosują Stany Zjednoczone, drugą Izrael), odnosi się bardziej do charakteru działań. Przede wszystkim, odpowiedzieć sobie musimy na pytanie, jakie cele postawili przed sobą alianci. Jest ono o tyle trudne, że zdaje się, że nawet nie wszyscy w Waszyngtonie potrafią na nie odpowiedzieć, a także, że założenia Tel Awiwu nie muszą w stu procentach pokrywać się z tym, czego chce Biały Dom.

Dla państwa żydowskiego Iran, w swoim obecnym kształcie, jest zagrożeniem egzystencjonalnym – co do tego nie należy mieć żadnych wątpliwości. Oś Oporu, czyli sieć bojówek, milicji i organizacji terrorystycznych, jakimi Teheran sukcesywnie oplata Bliski Wschód, bierze na cel przede wszystkim „małego szatana” (jak język irańskiej ideologii nazywa Izrael, wielkim są Stany Zjednoczone), a państwo ajatollahów aktywnie rozwija możliwości rażenia oddalonych od swoich granic celów, poprzez program rakiet dalekiego zasięgu, rozwój dronów, czy przedsięwzięcia takie, jak okręty przenoszące bezzałogowe aparaty powietrzne, zaczynające już przypominać konwencjonalne lotniskowce. Równocześnie Irańczycy świadomi są odległości, jaka dzieli ich od śmiertelnego wroga oraz skuteczności jego obrony przeciwpowietrznej – dlatego, oprócz myślenia o jakości swojej broni, poszli w kierunku optymalizacji kosztów i przytłaczania przeciwnika ilością. Skuteczność takiego podejścia potwierdza się dziś, gdy rakietami za miliony dolarów zestrzeliwane są nad państwami arabskimi drony często tańsze o parędziesiąt razy.

Zdobycie przez Iran broni jądrowej byłoby najczarniejszym scenariuszem dla Amerykanów oraz regionu. Przede wszystkim, na świcie panuje jak dotąd konsensus, że wąskie grono posiadaczy tej najpotężniejszej z broni masowego rażenia nie powinno się poszerzać. Gdyby jednak kraj taki, jak Iran – zwaśniony z otoczeniem i agresywny – pozyskał ją, niemalże gwarantowane byłoby, że zaraz bomby atomowej dorobiliby się przynajmniej Saudowie. To zaś stworzyłoby niebezpieczny precedens, który mógłby uruchomić łańcuch zdarzeń, prowadzący do jeszcze szerszego rozpowszechnienia się broni jądrowej ze „względów bezpieczeństwa”, wysuwanych przez inne rządy. Poza tym, w samym regionie, przy tych możliwościach przenoszenia ładunków wybuchowych, jakimi już dzisiaj dysponuje Iran, okazałoby się, że „zniszczenie Izraela”, tak często zapowiadane w Teheranie, mogłoby się zmaterializować. Oczywiście, czysto teoretycznie – wojna jądrowa nie jest w niczyim interesie, ale chodzi o to, co należy uwzględniać w kalkulacjach. Nie wspominając już nawet, że sam fakt posiadania broni jądrowej czyni państwo niemalże bezkarnym. Przykład? Rosja, Korea Północna. Podobnie zakłócający ład międzynarodowy Iran, podobnie jak Irak, czy Libia, nie posiadały jej i tam już likwidacje przywódców, inwazje i naloty bywały realizowane.

Rzadziej dostrzeganą w Europie perspektywą była ta, w której Izrael jest zagrożeniem egzystencjonalnym dla Iranu. To z Tel Awiwu słychać zapewnienia o dążeniu do obalenia miejscowej władzy. To jego służby zabijają irańskich naukowców pracujących nad programem atomowym (zaznaczmy, że nie zorientowanym jednoznacznie na budowę broni – oficjalnie, jest on cywilny, aczkolwiek trudno nie uważać, by nie miał zapewnić możliwości możliwie szybkiego pozyskania głowic), ostatnio również generałów, o kierownictwach członków Osi Oporu nie wspominając. Izraelska doktryna wojenna w znacznym stopniu nastawiona jest na walkę z Iranem, zresztą, relacje między zwaśnionymi stronami od dawna określa się mianem lokalnej zimnej wojny.

Zdecydowanie, nie należy jednak stawiać znaku równości między Iranem a Izraelem. Pierwszy jest, mimo wszystko, opresyjnym, autorytarnym reżimem, który bez zawahania morduje własnych obywateli, karmi ich propagandą i więzi w okowach religijnego fanatyzmu. Owszem, w kraju tym wykształcił się system wyborczy, jednakże znacznie skrępowany nieograniczonymi wpływami i bezkarnością najwyższego przywódcy, a przy tym podatny na nasilające się z biegiem lat manipulacje i fałszerstwa. Obecna Islamska Republika Iranu nie przypomina już młodej, porewolucyjnej, założonej – przynajmniej częściowo – na fundamentach wolnościowych. Dzisiaj kontrolę nad nią cementuje Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, alternatywna do regularnej, religijna armia, dysponująca rozległymi strukturami, wpływami i ogromnymi środkami. Wybór na następcę zabitego Chameneiego jego syna, wyniesionego przez Strażników Modżtaby – jeszcze większego radykała, bez żadnych osiągnięć, doświadczenia, czy autorytetu – tylko pokazuje, w którym kierunku ten reżim zmierza.

Izrael również ma swoje za uszami – nikt tu nie neguje nagannego stosunku do ludności palestyńskiej, czy zbrodni wojennych w Strefie Gazy, tak jak i tendencji premiera Netanjahu do nadwyrężania instytucji oraz jego przymierza z ugrupowaniami balansującymi na granicy fundamentalizmu wyznaniowego. Mimo wszystko, jest to demokracja. Do demonstrantów się tam nie strzela, a ludzie o poglądach innych niż władza dostają się do parlamentu, mogą też wygrywać wybory.

Gdy Izrael walczy o przetrwanie państwa jako wspólnoty obywateli, Iran jest gotów poświęcać ich tysiącami dla zachowania reżimu. To zasadnicza różnica między tymi dwiema siłami.

A Amerykanie? Cóż, wiele się mówi, że ich operacja „Epicka Furia” jest w znacznym stopniu pokłosiem sugestii i nacisków środowisk oraz jednostek zdolnych wkupić się w łaski Donalda Trumpa. Oprócz Izraelczyków, którzy – po upadku dynastii Asadów w Syrii, zdziesiątkowaniu Hamasu i nadwyrężeniu Hezbollahu oraz sukcesach tak zwanej wojny dwunastodniowej postanowili wykorzystać koniunkturę, by osłabić Teheran tak mocno, jak tylko się da – wymienia się tu byłego przeciwnika obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, senatora Lindsey’a Grahama. Uważany on jest za szczególnie ciętego na Iran zwolennika interwencjonizmu, stojącego w sprzeczności z główną linią zaplecza Trumpa, określanego mianem ruchu MAGA. Zresztą, sam Trump kreował się na przeciwnika wikłania się w nowe konflikty – przynajmniej do chwili dostania się w orbitę wpływów Grahama.

Podejście amerykańskiego prezydenta do rozwiązywania geopolitycznych zagwozdek ewidentnie ukształtował niebywały sukces podporządkowania sobie Wenezueli, poprzez usunięcie jej dyktatora i dogadanie się z jego sparaliżowanym otoczeniem. Trump, który – delikatnie rzecz ujmując – o funkcjonowaniu świata ma pojęcie mgliste, najwidoczniej sądził, że tak to właśnie działa. Wystarczy usunąć jednostkę, ewentualnie jakąś elitę, po czym podyktować warunki. Przebija przez to jego mocno personalistyczne myślenie, tak dobrze unaocznione nam próbami rozpatrywania sytuacji rosyjsko-ukraińskiej przez pryzmat osób Putina i Zełenskiego.

Niestety dla Trumpa, okazało się, że rozwiązywanie problemów nie jest tak proste. Nie wystarczyło zabić najwyższego przywódcy Chameneiego i paru oficerów, by rzucić Iran na kolana. Oszczędzony w nalotach prezydent Pezeszkian – być może widziany jako druga Delcy Rodriguez – nie wyciągnął białej chorągiewki. Została więc specjalna operacja wojskowa – ostrzały, ostrzały i jeszcze raz ostrzały, obliczone na obalenie przywódcy, nie kraju. Iran trzyma się i póki co nic nie wskazuje na to, by chciał wychodzić ze stanu konfrontacji. Wygląda na to, że trzeba będzie albo zabrać się za zniszczenie systemu, nie zabijanie ludzi, albo wycofać się z podkulonym ogonem, pozostawiając Iran poobijany, ale zradykalizowany i rozjuszony. Ewentualnie czekać, aż sam się zawali. I, co najgorsze, wydaje się, że na razie tę opcję wybiera Trump.

Maciej Serżysko

Tekst ukazał się w nr 5 (489), 17 – 30 marca 2026

X