Ostatnie miesiące upływają krajowym mediom pod znakiem nieustannego emocjonowania się osobą Donalda Trumpa i jego oddziaływaniem na zastaną rzeczywistość. Ci publicyści, którzy znudzili się już socjologizującymi dywagacjami na temat „Co to świadczy o naszym świecie”, raczą odbiorców krótszymi tekstami. W nich przekazują kolejne sensacje z prezydenckiego obozu, tudzież przytaczają komentarze „ekspertów”. Tymi, jak wiadomo, może być dziś każdy, kogo rangę w nagłówku da się podnieść do stopnia, w którym zwiedziony słowami „CZOŁOWY ANALITYK NIE MA WĄTPLIWOŚCI…” czytelnik klika w link. I co najwyżej czerwieni się potem z zażenowania, gdy „czołowym analitykiem” okazuje się emerytowany adiunkt z uniwersytetu w Delaware. Rzecz jasna, nie tylko na polu szeroko rozumianej geopolityki inflacja wielkich słów postępuje. W dobie zamieszania wokół kadry narodowej nic tak nie podziała na wyobraźnię kibica, jak nagłówek krzyczący o „legendarnym trenerze” chcącym objąć jej kierownictwo. Dalej okazuje się, że jest nim nie kto inny, jak siedemdziesięciopięcioletni Winnie Schäfer. Dla niewtajemniczonych – dyrektor techniczny reprezentacji Ghany, ostatni raz prowadzący drużynę państwową blisko dekadę temu (notabene, jamajską), a zapewniające mu prasowe miano „legendarnego” sukcesy wyhamowały gdzieś w latach dziewięćdziesiątych.
Zaskakująco wiele „legendarny trener” wspólnego ma z „generałem Kellogiem”, specjalnym wysłannikiem Trumpa do spraw Rosji i Ukrainy. Jakkolwiek deklaracje o błyskawicznym rozwiązaniu konfliktu nawet w nadwiślańskim obozie jego zwolenników traktowane były z pewną rezerwą (żeby nie rzec, że z przymrużeniem oka), tak wizerunek oddelegowanego do odpowiedzialnego zadania generała błyskawicznie podchwycono ponad światopoglądowymi podziałami.
„Generał Kellog” – jak się go tytułuje, co można odbierać jako pewną formę obłaskawiania amerykańskiej administracji – dostał z pewnością spory kredyt zaufania polskich publicystów i dziennikarzy. Gdy tylko pojawiła się informacja, jaką funkcję ma objąć i gdy faktycznie mu ją powierzono, pojawiły się dwie bliźniacze fale artykułów naświetlających jego sylwetkę. „Wojna w Wietnamie, Zatoce Perskiej i Kambodży, atak terrorystyczny na World Trade Center, a wreszcie wojna w Iraku – generał Keith Kellogg zapisał się na kartach historii wszystkich tych wydarzeń. Nie dziwi więc, że prezydent Donald Trump właśnie jego mianował specjalnym wysłannikiem USA do spraw Ukrainy i Rosji” – tak zaczynała swój tekst z 18 lutego 2025 roku redaktor Interii Paulina Sowa. W poprzednim „rzucie” Jakub Majmurek z Wirtualnej Polski podkreślał, że choć Trump nominował na odpowiedzialne stanowiska wielu wiernych sobie ludzi pozbawionych doświadczenia, ten jeden – choć wierny – jest również kompetentny. Nie było powodów, by sądzić inaczej, Keith Kellogg był bowiem, w rzeczy, samej wojskowym z wieloletnim doświadczeniem, powiązanym wcześniej z Waszyngtonem. Pozostaje zapytać, czy jego „generałowatość” nie była tutaj wyolbrzymiana kosztem późniejszej działalności.
Z pewnością nie było przesadą podkreślanie jego bliskich związków z otoczeniem Trumpa. Kellogg jest bowiem członkiem Instytutu Polityki „Ameryka Pierwsza”, powstałej w 2021 roku kuźni kadr dla dzisiejszej administracji. Przez cztery lata grupa wypracowywała zaplecze (w tym również intelektualne) dla objęcia sterów państwa przez ludzi o, delikatnie rzecz ujmując, określonym zapatrywaniu na świat oraz jasno sprecyzowanej lojalności. Wiele o zasługach IPAP może świadczyć fakt, iż jego przewodnicząca, Brooke Rollins, kieruje dziś resortem rolnictwa. Wśród członków organizacji możemy wyróżnić też takich nominatów, jak John Ratcliffe (dyrektor CIA), Kash Patel (dyrektor FBI), czy Pam Bondi (prokurator generalna). Podkreślano także, że Kellogg ma doświadczenie na urzędzie doradcy do spraw bezpieczeństwa. Tak, jako pełniący obowiązki. Przez siedem dni. Był za to doradcą do spraw bezpieczeństwa wiceprezydenta za kadencji Mike’a Pence’a, jednak w amerykańskim krajobrazie politycznym wiceprezydent co do zasady znaczy niewiele, lub tyle co nic. No, chyba, że nazywa się Cheney, bądź prezydenta akurat ktoś zastrzeli.
Kellogg faktycznie miał okazję służyć na kilku wojnach, mundur przywdział bowiem jeszcze w latach sześćdziesiątych. Choć podkreślano, że jest emerytowanym generałem, co do zasady nie wspominano, że od dwudziestu dwóch lat. Tak jak i sam „generał” używany był tak często, że w większości przypadków zapomniano wspomnieć, że w amerykańskich siłach zbrojnych istnieje spora różnica między generałem porucznikiem, a generałem. O ile ten drugi może być zwyczajowym określeniem pierwszego, o tyle nie są to synonimy, a dwa różne stopnie. Generałem zostają wyłącznie oficerowie pełniący najważniejsze, kierownicze stanowiska, jako że jest to de facto najwyższy ze wszystkich stopni (wyższe, choć istnieją, nadano ostatni raz bohaterom II wojny światowej). Generał porucznik zazwyczaj kieruje strukturą wielkości korpusu, choć, jak pokazuje historia, nie zawsze. Tę konkretną historię napisał właśnie Donald Trump. Jej bohaterem jest zaś młody, bo pięćdziesięciosześcioletni generał porucznik Dan Caine, w 2024 roku przeniesiony do cywila. Równocześnie, od lat orbitujący wokół urzędów państwowych, a także aktywny inwestor. Rozgłos zdobył, gdy czterdziesty siódmy prezydent Stanów Zjednoczonych przywrócił go do służby, po czym mianował przewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – najważniejszym dowódcą w całych siłach zbrojnych. Według słów samego Trumpa, Caine miał ująć go wyznaniem miłości i uwielbienia oraz deklaracją, że jest gotów dla niego zabijać.
„Generał Kellogg” – rocznik 1944 – przez ponad dwadzieścia ostatnich lat kierował przedsięwzięciami w dużych korporacjach, niczym, co by przypominało korpus. Pomimo prezentowania go przez media jako wojskowego, ewentualnie byłego wojskowego (z naciskiem na to, że jednak wojskowego), Kellogg to tylko jeden z kolejnych polityków powiązanych z biznesem, jakich na pęczki w otoczeniu Trumpa. Z tą różnicą, że ten konkretny nie znaczył nigdy przesadnie wiele, a ostatnimi czasy w ogóle zepchnięty został nie tyle na boczny tor, co z torów. Tym, kto zajął jego miejsce, jest jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci otoczenia Trumpa – jego przyjaciel, Steve Witkoff.
Na początku miało być dwóch specjalnych wysłanników, odpowiedzialnych za urzeczywistnienie woli prezydenta, który nie życzył sobie wojen. Kellogg miał zająć się rosyjską inwazją na Ukrainę, Witkoff – Bliskim Wschodem. Innymi słowy, zimną wojną Izraela z Iranem, która ostatnimi czasy stawała się coraz gorętsza, by wreszcie ewoluować w bezpośrednią konfrontację. Dziś wszystkim zarządza w teorii Witkoff. On, w przeciwieństwie do Kellogga, nie posiada do tego absolutnie żadnych kompetencji. Nie jest nawet dyplomatą.
Skąd zatem wziął się ów człowiek w ścisłym centrum historycznych wydarzeń? Otóż z Nowego Jorku. Tam jego majątek przekroczył magiczną barierę miliarda dolarów, gdy przez lata dorabiał się na nieruchomościach jako wpływowy deweloper. „Drobne sumy” inwestował też w Republikanów. No dobrze, ale co uprawnia go do współdecydowania o losach świata? Sęk w tym, że nic. Poza przyjaźnią z Trumpem, a ten lubi grywać z nim w golfa.
Spektakularnych sukcesów Witkoff póki co nie odnosi. Co poszczyci się wypracowaniem rozejmu między Izraelem a palestyńskimi bojówkami, to ten wznowi ofensywę i jeszcze zabije któregoś z przywódców Hamasu. Rozładowywanie napięć z Iranem w wykonaniu Witkoffa również zakończyło się wojną, a nawet bezpośrednim zaangażowaniem się w nią Amerykanów. Jeżeli zaś miałby kogoś swą postawą zachwycić, to chyba tylko Rosjan, którzy bez trudu namawiają go, by na kolejne bezowocne spotkanie z Putinem w charakterze petenta przyszedł z ich własnym tłumaczem. I tak, o ile w przypadku Iranu możemy przyjąć, że – co bardzo prawdopodobne – Witkoff nie ma bezpośredniego wpływu na decyzje prezydenta, o tyle to pole do manewru, które mu pozostawiono, nie powinno być za żadne skarby miejscem aż tylu klęsk. Dziś Witkoff, zamiast pomagać Trumpowi rozgrywać Putina i reżim ajatollahów, z pełnym przekonaniem powtarza kremlowskie narracje i, co może nawet cenniejsze z punktu widzenia wrogów Ameryki, sieje ferment wewnątrz dyplomacji. Raczej szkodzi, niż pomaga.
Nawet gdyby w Witkoffie obudził się uśpiony Talleyrand, trudno byłoby mieć nadzieję, że znacząco wpłynęłoby to na politykę Waszyngtonu. Przez nową administrację przewijali się przecież ludzie z prerogatywami, z którymi wiązano pewne nadzieje i którzy przestawali liczyć się w świcie Trumpa. Nie tylko Kellogg podzielił ten los.
Wielu analityków składu drugiego gabinetu Trumpa pocieszało się postacią Marca Rubia, człowieka reprezentującego bardziej tradycyjne skrzydło Partii Republikańskiej. Miał być temperującym nieprzewidywalnego prezydenta głosem rozsądku. Nawet wyposażono go w właściwe ku temu narzędzie, stanowisko sekretarza stanu. Dziś Rubio jest również pełniącym obowiązki administratora likwidowanej USAID i archiwisty Stanów Zjednoczonych oraz – jak ongiś Kellogg – doradcy do spraw bezpieczeństwa. Mimo to niespecjalnie widać w działaniach prezydenta większy wpływ owego czynnika łagodzącego. Rubio natomiast zdaje się sięgać po trumpowską retorykę tak, by nie zostać posądzonym o nielojalność, ale też bez specjalnego entuzjazmu. Ot, nagiąć kręgosłup i robić swoje.
Układ Trumpa jest w rzeczy samej kompetencjoodporny. Wynagradza przede wszystkim wierność, oczekiwane jest też wyrażanie jej w postaci hołdów. Takie założenie faworyzuje ludzi dla których posiadane umiejętności nie są podstawową zaletą. Zresztą, po co one komu, gdy nie tego się od podwładnych oczekuje? Od podejmowania decyzji jest przywódca, on oczekuje tylko, by „jakoś” to zrealizować. Nie jest to, w żadnym razie, system zdrowy, ani tym bardziej efektywny. Każdy talent i dobry pomysł zostaje w nim rozmyty, zwłaszcza, że musi konkurować z o wiele słodszymi podszeptami.
Zdaje się, że wokół Trumpa wytwarza się dwór w stylu schyłkowego Mao, ze wszystkimi jego dziwactwami, wynikającymi z bezkrytycznego podporządkowania się dziwactwom starzejącego się cesarza. Nawet jeżeli Trump nie jest dyktatorem, we własnym kręgu, posiada pozycję iście dyktatorską. Jest postacią otoczoną kultem i wszechmocą, zarazem bez wyraźnego „tego drugiego” za sobą. Bo kto niby miałby nim być? Rubio, który nigdy na dobre nie wsiąkł w ruchu MAGA i traktowany jest jako ktoś od czarnej roboty, coraz mniej wymagana atrapa normalności? Płaszczący się Vance, z którym warto było się obfotografować na wyborach jako z „reprezentantem biedoty”? Część MAGA wyobraża sobie wręcz, że któregoś dnia prezydentem mógłby zostać najmłodszy syn Trumpa, o którym niewiele wiadomo. Oczywiście, poza tym, że miałby wejść w rolę kopii i przedłużenia ojca.
Możemy zadać sobie pytanie – czy wielkim wodzem się jest, jeśli ma się kogoś za sobą? Lenin, w chwili śmierci, nie miał u boku predestynowanego na następcę Stalina, jak chciałaby to widzieć radziecka propaganda wiadomego okresu, ani też Trockiego, wbrew wyobrażeniem wielu historycznych rewizjonistów. Miał tego następcę do 1919 roku, był nim Jakow Swierdłow, ale później już nie. Sun Jat-sen, twórca Republiki Chińskiej, również nie był skazany na zastąpienie przez Czang Kaj-szeka. Wydawało się wręcz, że będzie nim zhańbiony późniejszą kolaboracją z Japończykami Wang Jingwei. Ale kto wie, jak potoczyłaby się historia Chin, gdyby nie powiódł się zamach na Songa Jiaorena? Również Piłsudski w momencie sprawowania rządów nie miał oczywistego kontynuatora. Na pewno nie był nim Rydz-Śmigły, „o czym boleśnie przekonał się naród polski”.
Wódz niekwestionowany nie ma nikogo, kto przyćmiłby jego blask. Nawet Stalin, choć stworzył potężnego Berię, nie był przez niego ani przez chwilę przysłonięty. Niestety dla ludu, wielki wódz to również ktoś, kto pozostawia za sobą anarchię i walkę o władzę. Nie trzeba być przy tym dyktatorem. Wiele przedsiębiorstw rozpadło się, gdy zabrakło ojca-założyciela, a to, niestety, jest model, w który Trump pcha własne otoczenie.
Stając się niekwestionowanym przywódcą cementuje się system. Można utrwalić taki, który jest naszpikowany absurdami, niewydajny, w dodatku podatny jest na korozję. Stany Zjednoczone, jako globalny hegemon, oddziałują na cały świat. Jako globalne centrum finansowe i gwarant ładu międzynarodowego wewnętrznymi turbulencjami uderzają we wszystkich.
Pozycja USA jako hipermocarstwa chwieje się – oddały już prym przemysłowy, właśnie oddają technologiczny. Militarny jeszcze trzymają, choć z coraz większym trudem, finansowy się ich trzyma, natomiast polityczny – rękami Trumpa – same starają się podkopywać. I to naprawdę nie jest dobra wiadomość, bo Stany Zjednoczone są jedyną alternatywą wobec reżimu, które zwie się Chińską Republiką Ludową.
Maciej Serżysko
Tekst ukazał się w nr 13 (473), 15 – 28 lipca 2025
