Z pomocą do ostatnich Polaków Zagłębia Borysławskiego Maria Popadyniec i Iwona Romaniak, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Z pomocą do ostatnich Polaków Zagłębia Borysławskiego

Niezwykłą akcję pomocową organizowała Fundacja Bratnia Dusza. Już po raz drugi wolontariusze z Polski odwiedzili ostatnich Polaków w różnych miejscowościach Zagłębia Borysławskiego, którzy są pod opieką Regionalnego Towarzystwa Kultury Polskiej w Borysławiu.

Wąska uliczka prowadzi do budynku z pierwszej połowy XX wieku.

– Urodziłam się w Borysławiu i mieszkam dalej w Borysławiu – mówi Alicja Bek. – Mieszkam sama. Rodziców już nie ma, nikogo nie ma. Tak, mieszkam sama… W domu rozmawialiśmy po polsku cały czas. Tata nauczył mnie czytać i pisać. Byliśmy bez kościoła. Kto gdzie mógł, tam chodził. Do jakiej cerkwi mógł, tam poszedł. A teraz każdy ma swój kościół. Cerkwie teraz różne są, i prawosławne, i grekokatolickie… To jest dom pana Pinkasa. To był Żyd, gospodarz, który tutaj działki miał. To wszystko jego pole było, to był jego dom. On go wynajmował i mama tutaj wyszła za mąż i przyszła tutaj mieszkać. A później podczas wojny Pinkasy zginęli. Niemcy ich zabrali… Miałam brata i siostrę. Brat mieszkał w Bieczu koło Gorlic, a siostra w Lubieniu Legnickim. Siostra zmarła w 2016 roku, a brat w 2017. W dobrym wieku, 85 i 87 lat.

– Jak żyją Polacy w Borysławiu? – pytam.

– Jak kto może, tak żyje – odpowiada. – Może przed wojną troszkę inaczej było. Teraz to ludzie porozrzucane po całym świecie. Co ja bym życzyła… Zdrowia i spokoju w świecie.

Z Orysią Burą i jej synem Andrzejem spotkaliśmy się w ich domku rodzinnym. Pani Orysia kiedyś dekorowała wyroby w zakładach porcelany w Borysławiu. Pokazała nam ładne kubeczki i filiżanki. Niestety fabrykę zlikwidowano i kobieta została bez pracy. Rodzina boryka się z trudnościami materialnymi. Syn Andrzej potrzebuje stałej opieki. Gdy jeszcze był w piątej klasie, babcia zaprowadziła go do nowego kościoła. Chłopak jest dumny, że pomaga proboszczowi.

fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Z paczkami z żywnością ruszamy przez przełęcz do uzdrowiska Schodnica i dalej wzdłuż rzeki Stryj do podkarpackiej wsi Smólna. Ta malownicza miejscowość wyludnia się. Wiele pięknych chat jest zamkniętych. Maria Popadyniec mieszka samotnie.

– Mój ojciec miał siedmiu braci – opowiada o swoim życiu. – Wszyscy Polacy wyjechali do Polski. Dwóch moich braci wyjechało do Polski. Chcieliśmy stąd wyjechać, było niespokojnie. Ale zostaliśmy, siedzieliśmy cicho. Moja matka była Ukrainką. Tata ożenił się z Ukrainką. Tata i jego bracia mówili po polsku. Tata uczył mnie polskich piosenek. Tata był w polskim wojsku, służył przy koniach. Za sowietów pracowałam w kołchozie. Trzeba było cały dzień ciężko pracować, aby zarobić jednego rubla. Byliśmy biedni. Ja nie mam męża, moja córka nie ma męża, oni zmarli. A wnuka zabrali do wojska. Gospodarki już nie ma, nawet chodzić nie mogę. Dlatego trzeba kupić wszystko, nawet ziemniaki. Nie ma kto pracować na polu. Szłam, upadłam i mam złamaną rękę.

Na pożegnanie pani Maria zaśpiewała nam polskie pieśni, których nauczył ją tata.

fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Dalej po wąskiej dziurawej drodze docieramy do miejscowości Podburz. Tam, za rzeką była kiedyś osada polska. Pozostała jedynie dziewięćdziesięcioletnia Helena Marycz, która tam mieszka prawie jak Robinson Crusoe. Powódź zmyła kładkę i już od kilku lat trzeba tam iść przez wodę. „Kurier” już nieraz pisał o tym. Sytuacja nadal bez zmian.

Helena Marycz i Iwona Romaniak, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

– Tym razem przed wyjazdem kupiłem sobie buty gumowe, ponieważ woda w górnej rzeczce jeszcze dość zimna. Dookoła chatki pod samym lasem nie widać nikogo. Helena Marycz nie była poinformowana wcześniej o naszej wizycie. Szczeka pies, a my jakąś chwilę czekamy, aż na progu stanęła pani Helena. Zdziwiona i jak zawsze uśmiechnięta. Gościnnie zaprasza wszystkich do świetlicy.

– Pan kiedyś mówił, że ja się nie zmieniam, a teraz? – pyta mnie.

– Nie – stwierdzam.

– W środku już się zmieniam – powiedziała. – Przyszła wiosna. Trochę sadziłam w ogrodzie, ale nie mogę już. Nie mieszkałam w mieście, lecz na wiosce. A na wiosce życie jest ciężkie. Pracujesz, pracujesz. I do pracy chodziłam, ale już dałam sobie spokój… Już nie mam krowy, mam tylko psa i kota. I już. Takie jest moje życie. Już nie mam siły. Chciałabym coś robić, ale nie mogę.

I zaśpiewała na pożegnanie swoją ulubioną polską piosenkę.

Polskimi Mohikanami w Zagłębiu Borysławskim opiekuje się Regionalne Towarzystwo Kultury Polskiej w Borysławiu, które założył Sergiusz Sylantiew.

– Nasze towarzystwo to społeczna organizacja Regionalne Towarzystwo Kultury Polskiej w Borysławiu. Już dziewiąty rok jak działamy – powiedział. – Celem było upamiętnienie Polaków, którzy tu mieszkali, zbiór różnej informacji o Polakach, którzy zamieszkiwali te tereny, a także pomoc dla starszych Polaków i osób polskiego pochodzenia. Właśnie podczas wojny robimy takie akcje. Przed wojną też robiliśmy je dwa razy do roku. Odwiedzaliśmy tych ludzi na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. To już faktycznie ostatni ludzie spośród Polaków i osób polskiego pochodzenia, którzy tam mieszkają. Niestety historia tak się toczy – 1945 rok, druga repatriacja, w większości ludzie wyjechali. Została ich garstka na tych terenach. Byli pozbawieni życia religijnego. Ktoś na przykład, dojeżdżał do Sambora do kościoła, ale w większości ludzie nie mieli takiej możliwości. Ktoś nawet musiał ukrywać swoją polskość. Jadąc tu pytaliśmy, czy ktoś z Polaków jeszcze tu żyje. Pokazywali nam sami miejscowi: tam Polka mieszka, tam Polak mieszka. I tak zbieraliśmy po garstce tych ludzi, staramy się ich od czasu do czasu odwiedzać.

Zapytałem czy dociera do tych ludzi pomoc z Polski?

– Dociera przez nasze Towarzystwo, przez Fundacje zaprzyjaźnione z naszym Towarzystwem – powiedział Sergiusz Sylantiew. – Staramy się odwiedzać takie osoby. Każdy z nich boryka się ze swoimi problemami. Na przykład pani Helena w Podburzu już od lat jest w ogóle oderwana od świata. Mamy jeszcze ludzi w Stupnicy, zostało tam pięciu Polaków na całą wioskę. Jedna osoba nie ma nikogo z rodziny.

– Chcę podziękować Fundacji Bratnia Dusza, że dbają o tych Polaków, że odwiedzają. Przecież jechać z Borysławia do jednej osoby trzydzieści kilometrów to jest wysiłek dla każdego. A to jest tylko jedna osoba. Do drugiej też jechaliśmy 25 kilometrów. Ale wielka dla niej przyjemność, że nie jest zapomniana, że o niej ktoś pamięta. Pani Helena zawsze czeka, że może ktoś ją odwiedzi. Właśnie dzisiaj zrobiliśmy tę niespodziankę dla niej.

fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Akcja była wzruszająca także dla wolontariuszy Fundacji Bratnia Dusza.

– Trudno to wyrazić słowami, ponieważ spotkania z tymi ludźmi to głębokie przeżycie – podzieliła się refleksjami Iwona Romaniak, prezes Fundacji. – To coś tak pięknego, że zapiera duch w piersiach. Widzimy jak ci ludzie sobie radzą. Poznajemy ich historie i jak im było trudno. Uczymy się od nich wrażliwości. Uczymy się człowieczeństwa i tego, że można się cieszyć z rzeczy drobnych. Bo rozmowa, czy z panią Alicją czy z panią Helenką, do których szliśmy przez rzekę, by je spotkać to nie tylko jej radość, gdy nas zobaczyła. Nasza wizyta była niespodzianką. Myśmy przyszli do niej bez zapowiedzi i widzieliśmy jak ona wyszła taka rozpromieniona. Jak się z nami witała, przytulała. Jak się cieszyła, gdy zobaczyła ekipę z Fundacji Bratnia Dusza, z tymi torbami jedzenia i środków czystości. To jest coś tak niesamowitego, coś co daje nam siłę w trudnych chwilach, kiedy nie jest łatwo zbierać, zwozić, przenosić różne rzeczy. Wszystko staje się nieważne w momencie, gdy po prostu widzimy uśmiech pani Helenki. Widzimy uśmiech pani Alicji i widzimy ich wdzięczność. Widzimy jak jest ważne, żeby ci ludzie czuli, że Polacy pamiętają, że nie zapomnieli. Że Polacy pomimo tego, że nie ma drogi, że trzeba przejść przez rzekę, że droga jest czasami bardzo trudna, że się jedzie wiele godzin – przyjadą.

Regionalne Towarzystwo Kultury Polskiej w Borysławiu to coś wspaniałego. Pan Sergiusz to ktoś, kto budzi wielki szacunek, ponieważ dba na co dzień o każdego. Dzwoni, pyta, przywozi leki, żywność. Wie, jak ta rodzina po prostu sobie radzi każdego dnia i czego potrzebuje, z czym sobie nie radzą. I on na co dzień pilnuje, żeby im było lżej. My pomagamy co jakiś czas, a on tutaj mieszka. Jest dla nich wsparciem każdego dnia. I każda babcia mówi do niego jak do wnuka: Sergiuszu, Sergiuszu, pamiętasz, Sergiuszu… To jest piękne. To jest takie rodzinne. To jest przepiękne – widzieć, że Polacy są wielką rodziną. Niezależnie od granic, niezależnie czy są z wioski, czy z miasta. Starsi, młodsi. Oni są razem. Oni się jednoczą. Oni pięknie mówią w języku polskim. Dbają o swą historię, o swą kulturę. Jak pan Sergiusz powiedział, piosenkę, która nam zaśpiewała pani Helenka, śpiewała jeszcze jego babcia. On jako mały chłopiec słyszał tę piosenkę, on ją zna. Zna wszystkie wersje tej piosenki. Jestem pod wielkim wrażeniem, że pamięta, że krzewi pamięć, uczy dzieci tej kultury, tradycji, zwyczajów i tych pieśni, które zanikają. A przecież to nasza historia, to nasze dziedzictwo. To jest coś, o czym musimy pamiętać, czym mamy się szczycić. Jestem niezmiernie wdzięczna Polakom w kraju za to, że pomagają. Wszystkim szkołom, przedszkolom, instytucjom, prywatnym inwestorom – dzięki nim jesteśmy tutaj. Dzięki nim zebraliśmy żywność i mogliśmy wejść do każdej chaty. Porozmawiać z babcią, z dziadkiem, z polską rodziną, Przytulić każdego i powiedzieć: Dziękujemy, że tu jesteście. Dziękujemy, że krzewicie kulturę, że dbacie o tradycje, zwyczaje i uczycie młodych. Przekazujecie to dziedzictwo swoim dzieciom, wnukom, prawnukom i dzięki wam polskość tu nie zaginie. Dzięki wam, że zawsze tę Polskę macie w sercu. I że jest ona na pierwszym miejscu. Za to bardzo, bardzo dziękujemy.

Fundacja Bratnia Dusza wspólnie z partnerami z Ukrainy poszukuje kolejnych polskich mohikanów w tym kraju, którzy w okresie wojny najbardziej potrzebują wsparcia rodaków z Polski.

Konstanty Czawaga

Tekst ukazał się w nr 9 (469), 16 – 29 maja 2025

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X