Narodziny w jagiellońskiej mozaice
Gdy myślimy o postaciach, których życiorysy wypełnione są niezłomnością i poświęceniem, nasuwa się kilka powszechnie znanych nazwisk: Witold Pilecki, Kazimierz Moczarski czy Jan Karski. Jednak w cieniu wielkich bohaterów pojawia się postać wyjątkowa, wciąż niedostatecznie rozpoznana, a zasługująca na uznanie na równi z najsłynniejszymi symbolami polskiego oporu. Taką osobą jest Stanisława Rachwałowa (z domu Surówka), ps. „Herbert”, „Herburta”, „Rysiek”, „Ryś”, „Zygmunt” (ur. 29 czerwca 1903 roku w Rudkach, zm. 18 października 1985 roku w Rzeszowie).
Rudki, niewielkie kresowe miasteczko niedaleko Lwowa, w którym przyszła na świat Stanisława, było świadkiem historii wielonarodowej Rzeczypospolitej. W tych okolicach stykały się różne kultury i wyznania, a dawna Rzeczpospolita niosła inspirującego ducha jagiellońskiej mozaiki narodów. To właśnie w takich warunkach dorastała młoda Stanisława, w domu przepełnionym patriotyzmem i szacunkiem dla polskiej kultury. Jej ojciec, Karol Surówka, był cenionym prawnikiem lub – wedle innych źródeł – wysoko postawionym urzędnikiem, zaś matka, Emilia, wywodziła się ze znanych rodzin ziemiańskich o silnie zakorzenionej polskiej tradycji.

We wczesnych latach młodości Stanisława miała zaledwie przedsmak niepodległości. Powrót do odrodzonej Polski po Wielkiej Wojnie zdawał się otwierać przed nią i jej pokoleniem niezwykłe perspektywy. Na skutek zawirowań dziejowych jej rodzina przenosiła się do Wiednia, potem z powrotem we Lwowie zdała egzaminy w Gimnazjum Sióstr Urszulanek, aż wreszcie przyszła młoda mężatka, panna Surówka, w 1923 roku wyszła za Zygmunta Rachwała – oficera Wojska Polskiego i funkcjonariusza przedwojennej Policji Państwowej. W tych spokojnych latach międzywojennych rodzina osiedlała się w różnych miastach: w Łodzi, Katowicach, Krakowie i Myślenicach. Zawsze żyli na względnie wysokim poziomie materialnym. Stanisława chętnie angażowała się w działalność społeczną, zbierając doświadczenie, które wkrótce miało przydać się w zdecydowanie trudniejszych warunkach.
Wydawało się, że nic nie zakłóci harmonii poukładanego życia. Wykształcona, elegancka, pełna energii, Stanisława była kobietą, którą trudno było złamać. Nie sądziła jednak, że najcięższe próby, jakie zgotuje jej los, dopiero miały nadejść.
Ojczyzna w potrzebie – pierwsze konspiracyjne kroki
Wojna przyszła nagle, nie dając czasu na wahania. Wrzesień 1939 roku zastał Stanisławę z córkami w Gródku Jagiellońskim, a jej męża, Zygmunta, w wirze ewakuacji wojsk i policji z Krakowa. Próba ucieczki na wschód przed szybko nacierającymi Niemcami zakończyła się tragicznie: rodzina Rachwałów została aresztowana przez wkraczających Sowietów. Choć po przekupieniu strażnika udało się Stanisławie i córkom odzyskać wolność, Zygmunt pozostał w więzieniu – wywieziono go do łagrów na Syberii. Tam nabawił się gruźlicy, a następnie zmarł w 1943 roku już na Bliskim Wschodzie, dokąd zdołał dotrzeć wraz z Armią Andersa. Tę wiadomość Stanisława poznała dopiero po wojnie.
Po powrocie do okupowanego przez III Rzeszę Krakowa, w 1940 roku trzydziestokilkuletnia wdowa z dwiema córkami musiała szybko zorganizować sobie życie w realiach terroru. Była osobą zdolną, opanowaną i dobrze znającą język niemiecki. Wstąpiła do lokalnych struktur podziemnych, które zostały włączone w struktury Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), późniejszej Armii Krajowej. Złożyła przysięgę i przyjęła pseudonimy: „Herbert”, „Herburta”, „Rysiek”, „Ryś”, „Zygmunt”. Szybko stała się ważną postacią w konspiracji w Krakowie, odpowiadając za łączność i wywiad. Jej dom przy ul. Sobieskiego 5 służył za schronienie dla działaczy podziemia z różnych części Małopolski.
Niezwykłe zdolności organizacyjne i liczne znajomości w środowisku przedwojennej Policji Państwowej sprawiły, że Stanisława stała się „klamrą” spinającą policyjne siatki konspiracyjne z siatkami AK-owskimi. Współtworzyła Brygady Wywiadowcze (BW), nawiązując współpracę z Janem Pasierskim i Romanem Protem Sztabą – przedwojennymi oficerami Policji Politycznej, którzy organizowali sieć rozpoznania i kontrwywiadu w Krakowie, a potem w całej Generalnej Guberni. Jej mieszkanie stało się także punktem kontaktowym, gdzie konspiratorzy przekazywali zdobyte informacje wojskowe, polityczne i gospodarcze.
Równocześnie, w tym samym konspiracyjnym środowisku, Stanisława spotykała ludzi bez reszty oddanych walce z okupantem, takich jak choćby słynny narciarz Stanisław Marusarz czy Aleksander Bugajski ps. „Halny”. Oni wszyscy działali z narażeniem życia, organizując przerzuty kurierów na Węgry, zbierając dane o ruchach wojsk niemieckich, walcząc z konfidentami i agenturą Gestapo.
„Ani kroku wstecz” – więzienia i obozy
W 1941 roku przez krakowskie środowisko konspiracyjne przetoczyła się seria aresztowań. Jedną z ofiar „wielkiej wsypy” była właśnie Stanisława Rachwałowa, podejrzana o współpracę z „Halnym”. Trafiła do katowni Gestapo przy ul. Pomorskiej, gdzie była wielokrotnie bita, kopana i torturowana. Straciła wówczas kilka zębów. Mimo to nie przyznała się do działań wywiadowczych; gestapowcy dali się zwieść pozorom, iż łączyły ją z konspiratorami jedynie bliżej nieokreślone „stosunki towarzyskie”. Po wpłaceniu łapówki została zwolniona. Wróciła do podziemia, nie zamierzając zaniechać walki.
Niestety już w październiku 1942 roku doszło do kolejnego aresztowania – tym razem w związku z jej znajomością z komendantem Policji Polskiej w Nowym Targu, kpt. Józefem Wraubkiem, również zaangażowanym w konspirację. Przesłuchanie w siedzibie Gestapo w Krakowie okazało się dla Stanisławy przełomowe – zapadła decyzja o jej wywiezieniu do obozu koncentracyjnego. Pod koniec 1942 roku trafiła do KL Auschwitz II-Birkenau. Na miejscu przeszła procedurę „sauny”, podczas której odebrano jej rzeczy osobiste, ogolono głowę, wykąpano w lodowatej wodzie i wydano obozowy pasiak z numerem 26281.

W Birkenau z początku przydzielono ją do ciężkich prac na polu, przy burzeniu domów, w grupach sprzątających latryny. Szybko jednak okazało się, że jej dobra znajomość niemieckiego, francuskiego i włoskiego może się przydać strażnikom SS do zadań biurowych. Została zaangażowana do PolitischeAbteilung – Aufnahme, czyli biura zajmującego się rejestracją nowo przybyłych więźniów. Tam miała wgląd w kartoteki i dokumenty, co pozwoliło jej na kontynuowanie pracy wywiadowczej w warunkach obozowych. Ryzyko było ogromne: za najmniejszą przejawioną „nielojalność” groziły dodatkowe tortury albo komora gazowa.
W obozie zetknęła się z jedną z najokrutniejszych hitlerowskich zbrodniarek – komendantką kobiecego obozu Birkenau, SS-Oberaufseherin Marią Mandel. Ta – choć z pozoru elegancka i dystyngowana – znana była z brutalnego sadyzmu, przejawiającego się w nieludzkim biciu i maltretowaniu więźniarek. Sama obecność tzw. „Mandelki” wywoływała paniczny strach. Rachwałowa była świadkiem niezliczonych okrucieństw wobec współwięźniarek, a mimo to nie poddała się załamaniu. Chorowała na tyfus, ale dzięki pomocy bohaterskich lekarek i z ogromną dawką szczęścia zdołała przeżyć. Przeniesiono ją następnie do KL Ravensbrück i podobozu Neustadt-Glewe, gdzie doczekała wyzwolenia w maju 1945 roku przez wojska alianckie.
Dla wielu mogłoby się wydawać, że koszmar niemieckich obozów to koniec wszelkich dramatów w życiu polskiego żołnierza konspiracyjnego. Jednak dla Stanisławy Rachwałowej, podobnie jak dla setek tysięcy żołnierzy Armii Krajowej i innych formacji Polskiego Państwa Podziemnego, dramatyczne przeżycia miały dopiero nabrać kolejnej, strasznej odsłony – teraz pod rządami komunistycznego aparatu terroru.
Ubecka cela i wyrok śmierci
W Polsce Ludowej, która szybko przeobraziła się w zależne od Związku Sowieckiego państwo marionetkowe, nie było miejsca na niezależnych bohaterów. Dla rządzącej elity komunistycznej Armia Krajowa i wszelkie formy oporu antysowieckiego stanowiły wroga numer jeden. W ich opinii każdy, kto był wierny rządowi RP na uchodźstwie albo stawiał opór sowietyzacji, stawał się „zdrajcą” nowej władzy.
Stanisława, nie chcąc się pogodzić z kolejnym zniewoleniem Polski, kontynuowała działalność wywiadowczą – tym razem w ramach organizacji „Wolność i Niezawisłość” (WiN). Znowu gromadziła informacje, werbowała do współpracy osoby pracujące w urzędach, milicji, wojsku i sądach. Zbierała dane o kontyngentach wywożonych do Związku Sowieckiego, przygotowywała charakterystyki aktywnych członków partii komunistycznej. Niestety, także i tym razem bezpieka wpadła na jej trop.
Aresztowana przez Urząd Bezpieczeństwa, trafiła do więzień, w których często przetrzymywano wspólnie więźniów politycznych oraz… zbrodniarzy niemieckich. Tym sposobem trafiła do jednej celi między innymi z Marią Mandel i Teresą Brandl, okrutnymi strażniczkami z Auschwitz. Paradoks historii i nieludzkość totalitarnego reżimu PRL sprawiły, że ofiara i jej kaci siedzieli za tymi samymi kratami.
Wkrótce zapadł wyrok śmierci dla Stanisławy Rachwałowej – jako „szpiega i zdrajczyni Polski Ludowej”. Ten potworny wyrok zamieniono później na dożywocie, utratę praw obywatelskich i przepadek mienia. W więzieniach PRL doświadczyła brutalnych przesłuchań, „metod śledczych” wzorowanych na sowieckim NKWD. Praktyki te, niestety, w niczym nie ustępowały okrucieństwu Gestapo: bicie, tortury psychiczne, wielodniowe pozbawianie snu, oskarżenia o „szpiegostwo” i „propagandę antypaństwową”. Wypuszczono ją dopiero w październiku 1956 roku, kiedy powiew odwilży politycznej pozwolił wielu więźniom politycznym opuścić cele.
Życie na wolności wciąż nie oznaczało dla niej spokoju – władze PRL nie zapominały o ludziach tak zasłużonych w walce o prawdziwie wolną Polskę. Aż do śmierci w 1985 roku była inwigilowana przez Służbę Bezpieczeństwa, którą interesowały wszelkie kontakty byłych żołnierzy AK i WiN. Jej los weteranki zamykał się więc w ciągłej obserwacji – z jednej strony uzależnionej już od sowieckiej polityki, a z drugiej strony łudząco podobnej do mechanizmów stosowanych przez niemieckich nazistów.

Wierność ponad czasem – lekcja dla pokoleń
Stanisława Rachwałowa jest symbolem niezłomnego trwania przy wartościach, których nie zgasiły ani niemieckie obozy koncentracyjne, ani komunistyczne więzienia. Biografia tej nieugiętej wywiadowczyni ZWZ–AK i WiN pokazuje, że totalitaryzm w gruncie rzeczy wszędzie posługuje się podobnymi metodami terroru, prowokacji i dezinformacji – niezależnie, czy nazwiemy go nazistowskim, stalinowskim czy współczesnym postsowieckim. Zakładano nam różne kajdany, próbowano kneblować wolność słowa i zabijać ducha narodu, zawsze jednak pojawiali się ludzie takiego formatu jak Stanisława Rachwałowa, którzy nie godzili się z niesprawiedliwością i deptaniem wolności.
Pozostawiła po sobie wzór patriotyzmu i głębokiej wiary w potęgę ducha. Nie doczekała wolnej Polski, o którą walczyła całe życie. Zmarła 18 października 1985 roku w Rzeszowie, stolicy Podkarpacia, rejonu bliskiego jej sercu już od czasów międzywojennych. Dzisiejsza pamięć o takich osobach jak ona wciąż nie jest dostatecznie żywa – tym bardziej należy przypominać o jej dokonaniach i oddawać jej należny szacunek.
Wielu z nas w swoim codziennym życiu nie staje przed dramatycznymi wyborami, jakie przypadły w udziale pokoleniu II wojny światowej i powojennego podziemia niepodległościowego. Jednak przykład Stanisławy Rachwałowej skłania do refleksji nad tym, jak krucha może być wolność, gdy na horyzoncie wyrastają mury totalitarnej przemocy. Nie tak dawno świat był świadkiem agresji na Ukrainę – kolejnego brutalnego przypomnienia, że polityka rosyjskiego imperializmu, podobnie jak niegdyś stalinowskiego, opiera się na podobnych, nieludzkich fundamentach, co totalitarna Rosja Sowiecka czy hitlerowskie Niemcy.
W tych kolejnych odsłonach dziejowego dramatu widać wyraźnie, iż mechanizmy zła nie zestarzały się: propaganda, prowokacje, tortury, masowe deportacje, zbrodnie wojenne – oto metody, które łączą dawne i dzisiejsze tyranie. Dlatego też Stanisława Rachwałowa, jej niezłomność i hart ducha stanowią dziś potężny znak pamięci oraz ostrzeżenia. Jej biografia może być czytana jak żywa lekcja patriotyzmu – odważnego, niekalkulującego, stającego w obronie ludzkiej godności i niepodległości ojczyzny ponad wszystko.
Na łamach „Kuriera Galicyjskiego”, pisma przywołującego tradycje wielonarodowego dziedzictwa Rzeczypospolitej, nie sposób nie podkreślić tego kresowego rodowodu bohaterki, tego czaru południowo-wschodnich rubieży, który kształtował jej wrażliwość na krzywdę i niezgodę na zniewolenie. Jednocześnie, w duchu jagiellońskim, tak drogim naszemu pismu, przypominamy, że nasza pamięć i nasza solidarność są skierowane do wszystkich, którym droga jest wolność – niezależnie od narodowości, wyznania czy przynależności społecznej.
Dziś, kiedy wolna Polska należy już do wspólnoty europejskiej, przywoływanie przykładów takich ludzi, jak Stanisława Rachwałowa, jest potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Nasza rzeczywistość – jakkolwiek inna – wciąż wymaga ludzi ceniących wolność ponad własne bezpieczeństwo. Nadal w wielu zakątkach świata dochodzi do prześladowań i stosowania brutalnych metod politycznych; nadal szerzy się imperialistyczne myślenie i pogarda dla suwerenności sąsiadów. Historia zaś wskazuje, że tam, gdzie pojawia się tyrania, w ślad za nią idzie wojna, terror, przesiedlenia, obozy, mordy i łamanie wszelkich praw człowieka.
Przesłanie płynące z dziejów Stanisławy Rachwałowej jest zatem jasne: jedyną obroną przed ponownym rozprzestrzenieniem się totalitaryzmu jest nasze zdecydowane stanowisko, wspólna solidarność i gotowość stawienia mu czoła. A pamięć o tych, którzy kiedyś powiedzieli mu „nie”, jest zobowiązaniem, byśmy i my potrafili powiedzieć „nie” wtedy, gdy znów pojawi się zagrożenie. Właśnie taka jest rola historycznych świadectw – służą nam jako lustro, w którym przeglądamy się i zadajemy sobie pytanie o nasze własne sumienia.

Stanisława Rachwałowa – cierpiąca w niemieckich obozach, prześladowana przez komunistyczną władzę, aż do końca życia inwigilowana przez bezpiekę – nigdy nie porzuciła ideałów polskiej niepodległości.
Obowiązkiem żyjących jest otaczać jej postać godną czcią i pamięcią, by heroizm nie zginął w mrokach zapomnienia. Jej imię powinno wybrzmieć dumnie tak w murach szkół, jak i na publicznych uroczystościach, bo jest dowodem, że nawet w najbardziej mrocznych chwilach ducha narodu nie da się całkowicie zdusić.
Z historii Stanisławy Rachwałowej płynie zatem ważne ostrzeżenie dla nas wszystkich: metody zbrodni i terroru potrafią przybierać nowe formy, ale zawsze dążą do tego samego – złamania wolnego człowieka. Nie ma znaczenia, czy wrogiem jest III Rzesza, sowieckie NKWD, PRL-owska bezpieka, czy współczesna Federacja Rosyjska z jej imperialnymi zapędami. Gdy wolność jest zagrożona, musi znaleźć się ktoś, kto powie „dość”, kto umie i chce obronić godność ludzką, swój kraj, historię i przyszłość.
Dziedzictwo Stanisławy Rachwałowej to właśnie taki głos nieugiętej odwagi. Niech trwa w naszej pamięci i umacnia wiarę, że Polska – mimo wszelkich dziejowych przeciwności – potrafi opierać się tyranii, bo zawsze znajdą się ludzie gotowi zapłacić za wolność najwyższą cenę.
Artur Żak
Tekst ukazał się w nr 5 (465), 14 – 27 marca 2024
