Słoneczny letni dzień. Przyroda wydaje się być w pełnym rozkwicie. Słońce przebija się przez korony drzew, a jego ciepłe promienie tańczą na zielonych liściach. Można dostrzec jak drobinki światła igrają nawet w cieniu drzew. Cieszy mnie, że mimo wszelkich trudności natura kwitnie.

Śpieszę się odebrać moją Anię z przedszkola. Przez całą drogę słychać odgłosy pracujących generatorów. W Kijowie nie ma prądu. Wszyscy są przyzwyczajeni do ładowania urządzeń do 100%, sprawdzania zasięgu sieci komórkowej i życia według harmonogramu dostarczania energii elektrycznej.
Z daleka widzę dzieci bawiące się na placu zabaw. „Syrena, alarm! Czy wy nie słyszycie! Musimy się schować” – docierają do mnie słowa mojej Aneczki. Ale sprawdzałam kilka minut wcześniej, teraz nie ma żadnych alarmów! Zaczynam przyśpieszać. Biegnę. Biegnę, aby pomóc wychowawczyni zaprowadzić dzieciaki do schroniska.
Uff, udało się! Już jestem przy mojej córeczce. Mówię do niej: „Aniu, chodźmy do schronu”. Słyszę odpowiedź: „Mamusiu, ale my się bawimy. To gra „w alarm”. Kiedy prowadzący mówi słowo „alarm”, musisz się schować. Nie wolno chować się obok bloków, bo one mogą się zawalić”. Ona nadal wyjaśnia mi zasady tej gry, a ja myślę o czymś innym. Dlaczego moje dziecko musi wiedzieć, gdzie jest najbliższy schron, dlaczego musi bać się samolotów, dlaczego wieczorem, kiedy modlimy się – prosi Boga, aby zachował ją i całą rodzinę przy życiu i pozostawił dom nietknięty w czasie ostrzału?
Mogłabym powiedzieć mojej córeczce, że kiedy byłam dzieckiem, również bawiliśmy się w podobną grę, ale ona się nazywała „w chowanego”. Mieliśmy sporo tych gier: klasy, guma, głuchy telefon, berek, puszczanie kaczek. Co do mnie, najbardziej lubiłam robić lalki Barbi z kwiatów mleczy, tworzyć i odszukiwać widoczki oraz kleić paznokcie z płatków kwiatów.
Cóż, jakie czasy – takie gry.
Ludzie przyzwyczajają się do wszystkiego, przystosowują się, przestają być wrażliwi na smutek innych. Zupełnie jak w wierszu Wisławy Szymborskiej „Koniec i początek”:
„…Ale już w ich pobliżu
zaczną kręcić się tacy,
których to będzie nudzić…”.
Gdy z córeczką spotykamy osobę wojskową – dziękujemy jej i obdarzamy uśmiechem. Ponieważ wokół jest tyle smutku i cierpienia. Chociaż wcale nie musi tak być! Dlatego że nie powinno być obojętności, ale empatia i wiara w zwycięstwo Ukrainy.
Tetiana Korobenko
Tekst ukazał się w nr 4 (464), 28 lutego – 13 marca 2024
