Legendy starego Stanisławowa. Część 101 Bar „Sadko”. Radziecka pocztówka, 1965 r. Z kolekcji autora

Legendy starego Stanisławowa. Część 101

Królestwo na drucie

W 1993 r. pisarz Jurij Andruchowycz przeniósł się do nowego mieszkania przy ul. Iwasiuka. Okolica, chociaż nie centralna, ale z dogodnym transportem – obwodnica. Do tego rzeka. W sąsiedztwie wznoszono jakąś modernistyczną budowlę. W połowie lat 90. budowlę ukończono i okazało się, że to dom modlitewny z oficjalną nazwą Sala Królestwa Świadków Jehowy.

Przy tym wszystkim numer telefonu w mieszkaniu Andrija był dziwny, ale łatwy do zapamiętania – 70 000. Po otwarciu wspomnianej Sali do Andrija zaczęli wydzwaniać wierni tej sekty. Prawdopodobnie ich numer był podobny do jego i odróżniał się tylko jakąś cyfrą. Telefon mógł dzwonić o każdej porze – od 6 rano do 1 w nocy. Początkowo pisarza strasznie denerwowały te telefony, gdy wyjaśniał za każdym razem, że to pomyłka. Z czasem przyzwyczaił się, a czasami nawet żartował.

Pewnego razu, gdy kolejny rozmówca zapytał, czy to Sala Królestwa, Andrij spokojnie odpowiedział: „Nie, sekretarz Sali na razie jest nieobecny, ale przekażę wiadomość”.

W połowie roku 2000 pisarz przeniósł się bliżej centrum, zmienił numer i z Królestwa już go więcej nie nagabywał.

Sala Królestwa Świadków Jehowy. Fot. Igor Hudź
Sowiecki plakat agitacyjny. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Milczenie jest złotem

W połowie lat 80. w Moskwie wybuchł głośny skandal międzynarodowy – podczas budowy nowego gmachu swojej ambasady Amerykanie wyjawili rozległą sieć podsłuchów. Przez stolicę przetoczyła się nawet anegdota, że ambasada powstała z mikrobetonu – 10% betonu i 90% mikrofonów.

System totalnej kontroli był obowiązkowym atrybutem sowieckiego totalitaryzmu. Nasze miasto też nie było wyjątkiem.

W latach 50. na brzegu jeziora wzniesiono miłą restaurację Karpaty, która potem stała się Czajką, a w końcu barem Sadko. W latach 1990. restaurację sprywatyzowano. Nieremontowana od jej powstania wymagała kapitalnego remontu. Ówczesny jej właściciel Oleg Łoda opowiedział interesującą historię:

Gdy rozebraliśmy stary podwieszany sufit, zobaczyliśmy, że nad każdym stolikiem zamontowany był mikrofon, a w pokoiku z balkonem siedział dyżurny oficer bezpieki i nagrywał rozmowy klientów. Myślę, że po to właśnie restaurację zbudowano”.

Z innej zaś strony słynny sowiecki plakat uprzedzał gadatliwych obywateli:

„Miej się na baczności, teraz i ściany mają uszy.

Od gadulstwa jeden krok do zdrady”

Filatelistyczna afera

Na początku lat 90. na Ukrainie odczuwalny był brak znaczków pocztowych. Państwowe drukarnie nie mogły uporać się z popytem i Kijów zmuszony był zezwolić regionalnym dyrekcjom poczty druk własnych znaczków. Do akcji włączyli się pocztowcy naszego obwodu.

Latem 1993 r. Frankiwsk wyemitował własny znaczek. Wprawdzie niewiele przypominał on najlepsze wzorce filatelistyczne – były to zwykłe kawałki papieru z drukiem niebieską farbą z domieszką sproszkowanego metalu. Znaczki były w niezwykłych nominałach 10, 12, 23 i 50 karbowańców.

Znaczki pocztowe, emitowane we Frankiwsku. Z kolekcji Romana Biłana

29 lipca puszczono je w obieg. Wszystko odbyło się w tajemnicy, społeczeństwa nie zawiadomiono, ale niebawem kupno znaczka stało się prawdziwym problemem. Nakład był ograniczony – 4,5 tys., co było kroplą w morzu potrzeb takiego miasta, jak nasze. Ale produkcją zainteresowali się filateliści na Zachodzie i niebawem cena znaczka osiągnęła cenę 5 dol. USA (ówczesne płace wahały się około 12 zielonych).

Potem wybuchł skandal! Okazało się, że znaczki wyemitowano z naruszeniem obowiązujących procedur i bez odpowiednich zezwoleń. Gdy przeszukano mieszkania kierownika miejskiej poczty i wiceprezesa miejskich filatelistów, wyjawiono u nich ponad 1500 takich znaczków. Schemat przestępstwa był prosty. Urzędnicy wyemitowali ograniczony nakład znaczków, stworzyli sztuczny deficyt i z sukcesem sprzedawali na czarnym rynku filatelistycznym znaczki po wyznaczonych przez siebie cenach

Sprawa stała się głośną. Aferzystów zatrzymała SBU i Prokuratura, ale do więzienia nikt nie trafił.

Zabytki-duchy

We Frankiwsku jest wiele starych gmachów, które powstawały w czasach austriackich czy w okresie Polski przedwojennej. Większość jest zabytkami architektury, mają numer ochronny i, zgodnie z ustawodawstwem, są chronione przez państwo przez rozbiórką czy wątpliwą rekonstrukcją. Ich ochrona leży w gestii Wydziału ochrony spuścizny kulturowej departamentu budownictwa miejskiego i architektury Rady miasta. Obecnie prowadzi się tam prace nad powstaniem jednolitej rejestracji wszystkich zabytków.

Nie jest to jednak takie proste. Okazuje się, że poszczególne budowle brano pod ochronę w różnych okresach, a nawet po kilka razy; jednym nadawano numery, innym – nie. Innymi słowy – w papierach kompletny galimatias. Pracownik tego Wydziału, Igor Kajuk, opowiedział mi o dwóch obiektach, które są prawdziwą zagadką w dziedzinie ochrony zabytków.

Ul. Gwardii Narodowej. Zdjęcie autora

Zgodnie z decyzją prezydenta Ukrainy wpisano do listy ochronnej budynek przy ul. Gwardii Narodowej 16. Nadano mu numer 1128-if. W roku 2000. powstał nowy ogólnopaństwowy rejestr zabytków, obejmujący zabytki z całej Ukrainy. Ten obiekt figuruje tam pod numerem 110297.

Informacji o nim jest niewiele. Wskazano jedynie, że wzniesiony został pod koniec XIX w., ale gdy przespacerujemy się ul. Gwardii Narodowej, to pod wskazanym adresem ujrzymy… sowiecki 5-piętrowy blok mieszkalny z lat 1980-1990. Mieszkania otrzymali tam przeważnie oficerowie frankiwskiego garnizonu.

Może i kiedyś stała tam zabytkowa kamienica, która została zwalona w latach 80., a potem bez sprawdzenia wzięto pod ochronę nowo powstały obiekt. Mieszkaniec bloku Jarema Kwaśniuk twierdzi, że wcześniej na tym terenie były obiekty 70 dywizji strzeleckiej. Nie posiadały wówczas swego adresu, jedynie numer poczty polowej, a wzdłuż całej ul. Gwardii Narodowej (ówczesnej Armii Czerwonej) ciągnął się drewniany płot – aż do ul. Konowalca. Na terenie tych koszarów stało wiele starych austriackich budynków, ale chyba nikt nie brał je pod ochronę.

Jednak, jeżeli na Gwardii Narodowej jest przynajmniej jakiś budynek, to na ul. Gordyńskiego nie ma w ogóle nic. Ale numer ochronny jest!

Ul. Hordyńskiego. Zdjęcie autora

Taż decyzja prezydenta Ukrainy nadała mu numer 1137-if i kamienica z lat 1920. rzeczywiście stała wówczas przy ul. Gordyńskiego 23. Jest tam wiele starych kamienic, ale kończą się one na numerze 17. Wprawdzie naprzeciwko stoi konstruktywistyczna dwupiętrowa kamienica z adresem Gordyńskiego 22. Może tę właśnie miał na myśli urzędnik, układający listę, lecz maszynistka pomyłkowo zapisała inną cyfrę?

Ludzie często się mylą.

Herb czy zegar?

W 1988 r. wybudowano dla obwodowego Komitetu Partii nową rezydencję (Biała chata). Jego fronton dekorował wówczas herb ZSRR. Budowla niedługo służyła swoim właścicielom. Po kilku latach herb zdjęto. I powstała kwestia – czym go zastąpić? Trójząb wówczas jeszcze nie został zatwierdzony jako herb Ukrainy, więc proponowano różne warianty.

Ostatecznie zgodzono się na propozycję zamontowania tam zegara. Właściwie nikt nie był „przeciwko”, pozostało jedno ale… jakie cyfry – arabskie czy rzymskie, mają być na tarczy. Żadna ze stron nie chciała ustąpić i zegara nie zamontowano.

Herb na gmachu Administracji województwa. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Obecnie umieszczony tam tryzub został odsłonięty dopiero 22 sierpnia 1994 r. – w przededniu trzeciej rocznicy Niezależności Ukrainy. Na początku lat 2000. został pozłocony i, jak twierdzi Wasyl Romaniec, do dziś jest to jedyny pozłacany herb na dachu administracyjnym w całej Ukrainie.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 2 (462), 31 stycznia – 13 lutego 2024

X