Z Pawłem Kochem, dyrektorem Towarzystwa Muzycznego im. Ignacego Jana Paderewskiego w Sosnowcu rozmawiała Anna Gordijewska.
Od kiedy działa Towarzystwo Muzyczne im. Ignacego Jana Paderewskiego w Sosnowcu?
Towarzystwo Muzyczne w Sosnowcu powstało w 2018 roku. Wtedy w Polsce obchodziliśmy stulecie niepodległości. Pomyślałem sobie wtedy, że pięknie byłoby zostawić taką pamiątkę po tym jubileuszu. Pomyślałem, że idealną, niesamowitą postacią jest właśnie Ignacy Jan Paderewski, o którym w Polsce może za mało się mówiło. Inaugurację powstania Towarzystwa rozpoczęła prof. Lidia Grychtołówna, też związana ze Lwowem. Ponieważ tutaj spędziła dzieciństwo. Miejmy nadzieję, że wkrótce przybędzie na swoje 97 urodziny, chce przyjechać.

Czy mógłby Pan opowiedzieć o wizycie Ignacego Paderewskiego we Lwowie?
Na pewno jedną z najważniejszych okazji było wystawienie jego jedynej opery Manru w 1901 roku. Wiedział, że musi być we Lwowie, tu biło serce Polski i tu biło serce muzyczne.
Często właśnie tak było, że właśnie we Lwowie odbywały się premiery.
Paderewski często o tej premierze we Lwowie wspominał. Dość często tu przyjeżdżał. Myślę, że tutaj odpoczywał, nabierał energii, spotykał się z wieloma artystami. Pewnie czuł się jak w domu.
Towarzystwo Muzyczne w Sosnowcu ogłosiło rok 2025 rokiem Jana Śliwińskiego. To jego organy są w katedrze.
Dwa lata temu grałem na organach w kościele św. Jana Chrzciciela w Sosnowcu. Jest tam tabliczka: „Jan Śliwiński, Lwów. Budowniczy organów”. I to mnie zainspirowało żeby przyjechać do Lwowa, gdzie są jego organy w katedrze lwowskiej, gdzie była jego pracownia na ul. Kopernika 16 w budynku z płaskorzeźbami instrumentów muzycznych na fasadzie. Zafascynowała mnie ta postać. To był wielki budowniczy organów po szkole paryskiej, miał też wspaniałych uczniów. Słuchałem te niedawno wyremontowane organy. Jest to cudowny instrument.
Często mówimy o organach, o pięknej muzyce, słyszymy te organy, ale zapominamy kto je wybudował. Jego organy były w wielu miejscach. Sosnowiec ze Lwowem łączą właśnie te organy Jana Śliwińskiego. Chcemy zorganizować rajdy rowerowe szlakiem organów Jana Śliwińskiego. Pragniemy koncertować. W Zamościu są jego słynne organy, w Krakowie w kościele św. Katarzyny. Są też miejsca, gdzie kiedyś organy były i już nie istnieją, na przykład w filharmonii lwowskiej.
Jestem organistą w katedrze sosnowieckiej. Dlatego te organy są mi tak bliskie, katedra lwowska jest mi tak bliska. Poznałem Pana Bronisława Pacana, wieloletniego organistę i wspaniały chór katedry lwowskiej im. św. Jana Pawła II.

Czy Panu marzy się zagrać na organach w katedrze lwowskiej?
Chcę się pochwalić, że już zagrałem na tych organach, byłem tutaj w listopadzie i w grudniu. Cudowne brzmienie! To naprawdę jest wyjątkowy instrument. Bardzo się cieszę, że nawet w czasach trudnych – covidu i wojny – udało się przeprowadzić remont. Wiemy że to jest potężna inwestycja.
Przypomnijmy, że sfinasował remont Narodowy Instytut Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą POLONIKA, a wykonał Zakład Organmistrzowski „Ars Organum” Adam Olejnik

Chciałabym jeszcze Pana zapytać o wspaniałym śpiewaku. Wszyscy pewnie wiedzą z jakim miastem Jan Kiepura był związany…
Z Sosnowcem, oczywiście. Mamy to szczęście i dumę, że ten słynny na cały świat tenor urodził się w naszym Sosnowcu. Na Pogoni, na ulicy Majowej. Wtedy tam była jedyna parafia, więc został ochrzczony w dzisiejszym kościele katedralnym. W księgach z 1902 r. jest oryginalny wpis aktu chrztu, czyli na te czasy jednocześnie aktu urodzenia. W tym roku minęła setna rocznica debiutu Jana Kiepury we Lwowie. 15 stycznia 1925 r. w operze Gounoda Faust. Jako Towarzystwo Muzyczne chcieliśmy uczcić to wydarzenie. Dlatego tu przyjechaliśmy wraz z przedstawicielami Towarzystwa.


Warto dodać, że kiedy Kiepura zaśpiewał partię w Fauście we Lwowie, dopiero później była premiera w Warszawie. Kiepura nie chciał być drugim Caruso, chciał być pierwszym Kiepurą.
Pewnie tak było. Miał swoją godność. Jest wiele różnych anegdot o Kiepurze, natomiast na pewno chciał śpiewać dla ludzi. Pomimo że był wielkim śpiewakiem operowym, potrafił wyjść na balkon i zaśpiewać do tłumów, potrafił wejść na samochód i zaśpiewać. Kochał śpiew, kochał ludzi. Myślę, że był na tyle przemyślny, że rozumiał, że to we Lwowie w Teatrze Wielkim musi rozpocząć karierę. Nigdzie indziej, tylko tutaj, w tym mieście. Od tego momentu rozpoczyna się jego prawdziwa kariera artystyczna.
Mieliśmy dobrą okazję wejść do pokoju w hotelu George`a, gdzie zatrzymywał się Jan Kiepura. Są tam zdjęcia, stoi pianino, wyszliśmy na balkon, z którego śpiewał. Dotykaliśmy tych samych barierek, otwieraliśmy drzwi tą samą klamką. To było wielkie przeżycie.
Z balkonu widać największy wówczas plac we Lwowie, nazywany wtedy Mariackim, później i obecnie Adama Mickiewicza z jego pięknym pomnikiem, który teraz ze względów wojennych jest zabezpieczony specjalną klatką. Na lewo widok na dawne Wały Hetmańskie, obecny prospekt Swobody, który prowadzi do Teatru Wielkiego. Wyobrażam sobie jak Kiepura wyszedł na balkon. Pod balkonem tłum ludzi, który chciał słyszeć jego głos. To był jego charakterystyczny styl – on śpiewał dla wszystkich. Być może było chłodno, nie patrzył na to. Zobaczył ludzi i chciał dla nich śpiewać. Wyszedł na ten balkon i zaśpiewał. Taki był Jan Kiepura.
Tylko nie wiemy co wtedy zaśpiewał.
Być może „brunetki, blondynki”?

Ci słynni, znakomici przyjeżdżali do Lwowa. Marzyli by tutaj być, zaśpiewać.
Kilka razy byłem we Lwowie i za każdym razem gdy wyjeżdżam to już tęsknię. I wracam tu. I wszystkim w Sosnowcu czy gdziekolwiek jestem opowiadam, że Lwów jest cudowny. Tym razem przywiozłem ludzi z Towarzystwa Muzycznego i są zachwyceni każdą ulicą, każdym zakątkiem i tą przeszłością, tymi ludźmi którzy tu życie spędzili, albo przyjeżdżali. We Lwowie człowiek czuje się jak w domu. I myślę, że ci ludzie też dlatego tu przyjeżdżali.
Ten duch historii jest nadal w katedrze lwowskiej.
Grałem w wielu katedrach, ale to jest jakieś wyjątkowe miejsce. Gdy gram w katedrze lwowskiej czuję spokój i taką wielką godność. Katedra lwowska człowieka stawia do pionu z wielkim szacunkiem. Akustyka jest wspaniała, te organy cudownie brzmią. Człowiek czuje się tu naprawdę jak w niebie gdy patrzy na ten wizerunek Matki Bożej i zna historię ślubów Jana Kazimierza. W Sosnowcu w prezbiterium jest fresk namalowany przez Włodzimierza Przerwę-Tetmajera przedstawiający śluby Jana Kazimierza we Lwowie – akt oddania królestwa pod opiekę Matki Bożej. Tu dotykamy historii i jak człowiek wchodzi do tej katedry, czuje się szczęśliwy.
Czyli „ni ma jak Lwów”?
Nie ma jak Lwów. Lwów trzeba kochać.
Dziękuję serdecznie za rozmowę.
Rozmawiała Anna Gordijewska

