Legendy starego Stanisławowa. Część 91 Ul. Komarowa, lata 80. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Legendy starego Stanisławowa. Część 91

Dlaczego „stumetrówka”

Początek ul. Niezależności ludzie nazywają „stumetrówką”. Jest to strefa piesza od placu Wiecowego do skrzyżowania z ulicami Wagilewicza i Strzelców Siczowych. Gdy spojrzymy na mapę, to ten odcinek ma równo 420 m. Skąd się wzięła nazwa „stumetrówka”? Powinno się ją nazywać raczej „czterystumetrówką”.

Ale ani architekci, ani krajoznawcy nie wiedzą, skąd wzięła się ta nazwa. Jest kilka wersji. Wcześniej, jako ul. Radziecka, była przejezdna dla transportu. Na początku lat 80. część jej do pierwszego skrzyżowania z ul. Szaszkiewicza zamknięto i zamieniono na pieszą. Ten odcinek miał niby 100 m – stąd wzięła się nazwa. Następnie część pieszą stopniowo przedłużano, a nazwa pozostała. Ale i tu mamy nieścisłość – ten pierwszy odcinek miał 190 m.

Inną wersję przekazał architekt Zenowij Sokołowski. W 1984 r. na ówczesnej ul. Komarowa (ob. Szaszkiewicza) zbudowano kawiarnię „Mleczna”. Na ogródek kawiarni zamknięto całą ulicę. To jej długość stanowiła 100 m. W 1986 r. jako pieszy odcinek zamknięto również sąsiednią – ul. Radziecką.

Know-how od „Pegaza”

W czasach „rozwiniętego socjalizmu” we Frankiwsku odczuwalny był brak zakładów zbiorowego żywienia, dlatego pojawienie się każdej nowej kawiarni spotykano z radością. 16 kwietnia 1985 r. swe podwoje gościnnie otworzyła restauracja „Pegaz”. Jej firmową potrawą były „kurczęta tabaka” (danie kuchni gruzińskiej), której przepis był utrzymywany w ścisłej tajemnicy. Według menu ta potrawa nazywała się „Apetyt” – kurczak był faktycznie pokryty apetyczną rumianą skórką i był dość tani. Zrozumiałe, że niebawem ruszyły tam tłumy klientów.

Wejście do restauracji „Pegaz”, lata 90. XX w. Zdjęcie z archiwum restauracji

Wraz z kurczakiem podawano miseczkę z wodą i pływającym w niej plasterkiem cytryny. Wielu gości tą cytrynką przekąszało wódeczkę, a potem wypijało wodę z miseczki. Goście bardzo dziwili się, że kelnerzy przy tym jakoś dziwnie się uśmiechają.

Wszystko było o wiele prostsze. Mądrość ludowa głosi, że „rybę, drób i młódkę bierze się rękoma”. Więc kurczaka również. Przy takim jedzeniu ręce stają się tłuste i trudno jest utrzymać np. kielich wina czy stopkę wódki, a i niezbyt estetyczne. Dlatego podawano miseczki w wodą cytrynową do spłukania rąk, ponieważ kwas ułatwiał rozpuszczanie tłuszczu.

Miasto Przykarpack

Tę historię usłyszałem od Olega Marcinkowskiego, jemu zaś opowiedział ojciec, który w czasach sowieckich pracował w biurze konstruktorskim Zjednoczenia „Prykarpatpresmasz”. Zjednoczenie tworzyło pięć zakładów i podporządkowane ono było bezpośrednio Moskwie. Głównym odbiorcą produkcji był kompleks wojskowy. Wojskowi różnych stopni regularnie odwiedzali produkcję we Frankiwsku i ktoś z nich zdradził swego rodzaju tajemnicę naczelnemu inżynierowi.

W tym czasie we Lwowie mieścił się sztab Przykarpackiego Okręgu Wojskowego, obejmującego dziesięć zachodnich obwodów Ukrainy. Wojska tam było dosyć – dwanaście dywizji lądowych, jedna armia powietrzna, oddziały obrony przeciwlotniczej. Ale Lwów jako miasto historyczne słynął z zabytkowej architektury, zbiorów muzealnych, teatrów itp. Było tam pełno zachodnich turystów, pośród których mogli być szpiedzy imperialistyczni. Niektórzy z generałów nie byli zadowoleni z zachowania tajemnic w mieście Lwa i woleliby przenieść sztab gdzieś w spokojniejsze miejsce. W wysokich gabinetach zrodził się pomysł budowy nowego miasta Przykarpack. Miało ono powstać w lasach, gdzieś pomiędzy Frankiwskiem a Kałuszem jako megapolis administracyjno-militarne. Frankiwsk był miastem zamkniętym, więc z zachowaniem tajemnic było tu lepiej, niż w ludnym Lwowie. Tym bardziej, że koło miejscowości Cenżów istniał już punkt dowodzenia sił Paktu Warszawskiego i była tam łączność ze wszystkimi państwami Paktu.

Miasto przyszłości. Ilustratywne zdjęcie ze źródeł internetowych

Jednak 3 maja 1985 r. w obw. lwowskim miała miejsce katastrofa samolotowa. W niebie nad Złoczowem zderzyły się pasażerski TU-134A i wojskowy samolot transportowy An26. Tym ostatnim lecieli generałowie, lobbujący powstanie Przykarpacka. W wyniku katastrofy 96 pasażerów i członków załogi zginęło. Na wolne posady przeznaczono nowe postacie i ten projekt przepadł. Tak, nawet na dobre się nie zacząwszy, zakończyła się historia powstania wojskowego megapolisu.

Stary dąb na Wałach, 1985 r. Zdjęcie z archiwum Igora Panczyszyna

Zielony patriarcha miasta

Niedawno w Internecie pojawiła się mapa najstarszych drzew na Ukrainie. Na terenach naszego obwodu takich patriarchów jest 14, ale żaden z nich nie rośnie we Frankiwsku. Chociaż w mieście jest kilka drzew w poważnym wieku, nie były jednak godne, by trafić na tę listę. Dęby w naszych lasach mają po 500-900 lat, jak np. dąb Karpińskiego pod Kołomyją.

A przecież i w naszym mieście był kiedyś dąb, który śmiało mógł się znaleźć na tej wspomnianej liście. Rósł on na Wałach, mniej więcej w tym miejscu, gdzie teraz buduje się cerkiew. Dobrze go pamiętam, bo w latach 1990. studiowałem w Instytucie Nafty i Gazu i okna naszego audytorium wychodziły wprost na to drzewo. Na początku lat 2000. dąb ścięto – może był spróchniały, a może ktoś z miejskich szefów puścił go sobie na deski. Długo w tym miejscu widniał stary pień, który powoli gnił i rozpadał się. Słojów na nim nikt nie liczył. Drzewo na pewno miało z pół tysiąca lat.

Teraz żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia tego drzewa, ale wówczas były problemy z filmami do aparatów. A jednak zdjęcie najstarszego dębu w mieście udało mi się znaleźć! Opublikował je artysta i architekt Igor Panczyszyn. Wykonał zdjęcie około roku 1985. Pozują pod dębem pracownicy warsztatów konserwatorskich, a pan Igor stoi pierwszy od prawej. W tle widoczna jest dziecięca kawiarnia „Bajka”. Głównym bohaterem zdjęcia jest jednak potężny dąb, pamiętający chyba czasy Potockich. Aby go objąć, trzeba było trzech dorosłych mężczyzn. Lub czterech nieco niższych i z krótszymi rękoma.

Płomień pokoju

Przeważna większość pacjentów przychodni na Pasiecznej zakłopotana jest własnymi problemami zdrowotnymi i nie rozgląda się na boki. Ale wystarczy jednego spojrzenia na to zdjęcie, by wspomnieć – tak, widziałem ten znak i mijałem go nie raz! Co to? Tablica po ukraińsku i angielsku informuje, że jest to „Iwanofrankiwski obwodowy szpital kliniczny”. Ale nie jest to zwykły znak.

Oto co pisze o nim przewodnik z czasów sowieckich „Trasami chwały Przykarpacia”:

„Ten unikalny pomnik, jako symbol przyjaźni radzieckiego i niemieckiego narodów wybudowany został przez młodych budowlańców NRD, budujących w centrum obwodowym kompleks szpitalny. 27 lipca 1985 r. miało miejsc uroczyste otwarcie na terenie szpitala obwodowego pomnika międzynarodowej współpracy. Obelisk „Płomień pokoju” to wielka czasza, umieszczoną na sześciu granitowych pylonach. Pod czaszą na pylonach umieszczono tablicę z napisem po rosyjsku i niemiecku: „Komsomoł. Stowarzyszenie Wolnej Młodzieży Niemieckiej. Na wieki razem. Płomień pokoju”.

Symbol przyjaźni radziecko-niemieckiej. Zdjęcie Romana Wodwuda

Po trzydziestu latach pomnik nieco się zmienił. Napis na tablicy stał się apolityczny, języki – bardziej aktualne, a płomień teraz już nie płonie – gaz za drogi! Jednym słowem – dekomunizacja.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 14 (450), 26 lipca – 29 sierpnia 2024

X