Dalajlama z Grammy Fot. upload.wikimedia.org/wikipedia

Dalajlama z Grammy

Tegoroczna gala rozdania Grammy, nagród amerykańskiego przemysłu muzycznego, jak zwykle przyciągnęła uwagę mediów całego świata. Tym razem, oprócz zaskakujących triumfatorów, ekstrawaganckich strojów i światopoglądowych manifestacji, komentowany był również gest, który zaskoczył świat – wyróżnienie w kategorii nagrań słowa mówionego albumu Meditations: The Reflections of His Holiness the Dalai Lama (Medytacje: Refleksje Jego Świętobliwości Dalajlamy), którego wykonawcą jest nie kto inny, jak Tenzin Gjaco, XIV Dalajlama, duchowy i polityczny przywódca Tybetańczyków na uchodźctwie w Indiach.

Zanim jednak do tego przejdziemy, warto pokrótce przypomnieć sobie, o co z tym Dalajlamą tak właściwie chodzi. Tenzin Gjaco bowiem w powszechnej świadomości ludzi Zachodu w znacznym stopniu zlał się ze swoją funkcją, a historia tejże sięga XV wieku, gdy aktywny był tybetański lama (czyli mędrzec – duchowny) Gendun Drup, który w znacznym stopniu wpłynął na kształt buddyjskiej tradycji gelug, obecnie jednej z największych na świecie. Zgodnie z buddyjskimi wierzeniami, po śmierci reinkarnował się, a za jego wcielenie uznano chłopca nazwanego później Gendunem Gjacą. Lata mijały, a kolejne pokolenia wiernych odnajdywały kolejnych reinkarnowanych Gendunów Drupów, nadając mu z czasem tytuł Dalajlamy. Przedostatnim jego wcieleniem miał być Thubten Gjaco, którego historia zastała w dość niepewnej pozycji. Do jego pojawiania się Tybet podporządkowali sobie wojowniczy Mandżurowie z dynastii Qing, kontrolujący już między innymi Mongolię i Chiny. Gdy ich obalono, cesarstwo – przemianowane na Republikę Chińską – pogrążyło się w chaosie, rozparcelowane na kliki skłóconych ze sobą watażków. Sytuację tę wykorzystali zarówno Tybetańczycy, jak i Mongołowie, do uniezależnienia się spod obcego władania. Samodzielnymi władcami obu krain zostali miejscowi przywódcy buddyjscy. Ich historie potoczyły się jednak zgoła inaczej.

Mongolia podzielona była na dwie części – Zewnętrzną (znaną dziś jako niepodległa Mongolia) oraz Wewnętrzną (dzisiejszy region autonomiczny w ramach Chińskiej Republiki Ludowej). Wolność udało się zapewnić tylko Mongolii Zewnętrznej, gdzie jednak prędko pojawili się Rosjanie, w związku z toczącą się na truchle państwa Romanowów wojną domową. Po przegnaniu stamtąd białogwardzistów, bolszewicy pomogli ustanowić w Mongolii władzę komunistyczną, tworząc z niej swój protektorat, który tym samym ochronili przed ponownym włączeniem do państwa chińskiego. Tybet nie miał jednak takiego protektora. Samodzielność zachowywał tylko dlatego, że siła, która wyrosła na dominującą w Republice Chińskiej – nacjonalistyczna partia Kuomintang – miała na głowie zbyt wiele problemów, by zajmować się pacyfikowaniem regionu, który ogłosił niepodległość. Na arenie międzynarodowej pozostawała ona jednak nieuznawana, a zarówno Tybet, jak i Mongolię, uważano za część Republiki Chińskiej. Gdy w wyniku wojny domowej władzę w państwie zdobyli komuniści, którzy proklamowali ChRL, ich państwo również nie zostało z początku uznane, dlatego inwazję jego sił na Tybet (którym rządził już młody Tenzin Gjaco) potraktowano jako napaść władzy nieuznawanej na równie nieuznawanych separatystów.

Chińscy komuniści przekształcili Tybet w region formalnie autonomiczny, w praktyce jednak podjęli działania mające na celu jego możliwą sinizację. Ruch niepodległościowy był zawzięcie zwalczany, a XIV Dalajlamę zmuszono do ucieczki za granicę, skąd kontynuował swoją działalność. Z czasem uzyskał on na Zachodzie znaczną popularność, co zbiegło się z falą zainteresowania mas duchowością wschodu, a za jej kulminację można uznać popularność tak zwanego „New Age”. Tenzin Gjaco wyrósł na ogólnoświatowego celebrytę, symbol dążenia do pokoju, wolności i duchowego bogactwa. Lata jednak mijały i naturalną koleją rzeczy było to, że zainteresowanie osobą Dalajlamy oraz sprawą tybetańską słabło. Jednoznaczna polityka Pekinu również zdziałała wiele, by automatycznie skojarzyć hasło „wolny Tybet” z naiwnym idealizmem. Dziś Dalajlama, laureat Pokojowej Nagrody Nobla za rok 1989, ma dziewięćdziesiąt lat, nieco mniejsze poważanie, niż kiedyś… I bogatą dyskografię.

Meditations: The Reflections of His Holiness the Dalai Lama jest projektem o tyle niepozornym (bo nawet pozbawionym okładki z prawdziwego zdarzenia), że w 2020 roku Tenzin Gjaco wydał już pełnoprawny album studyjny, Inner World (Świat wewnętrzny), na którym jego głos wsparty był gronem instrumentalistów i producentów, którzy zapewnili mu odpowiednio uduchowioną, ludowo-ambientową otoczkę. Na najpopularniejszej obecnie z platform do udostępniania muzyki, szwedzkim Spotify, poszczególne utwory z Meditations nie uzyskały też wyników odtworzeń, jakie satysfakcjonowałyby nawet tych mniej rozpoznawalnych muzyków. Najpopularniejsza z zawartych nań kompozycji, „Heart”, nie przekroczyła nawet trzydziestu tysięcy przesłuchań, podczas gdy pozostałe utwory z płyty włączano na całym świecie raptem po kilka tysięcy razy. Dla porównania, pierwszy singiel z Inner World, „Compassion”, zbliżył do trzech milionów odtworzeń (co i tak nie jest szczególnym osiągnięciem w dobie masowego użytkowania Spotify), podczas gdy pozostałe piosenki notowały wyniki od kilkuset tysięcy do ponad miliona „sprawdzeń”. Warto zaznaczyć, że te liczby są i tak już zawyżone przez rozpromowanie Meditations przyznaniem mu Grammy, tak więc przynajmniej część osób, które sprawdziły dzieło zespołu Dalajlamy, przyciągnęło właśnie to niespodziewane wyróżnienie.

Pomysł zagospodarowania wizerunku i dawnej sławy Dalajlamy do przypomnienia o jego istnieniu nie jest zarazem aż tak egzotyczny, jak mógłby się wydawać. Pionierski w zastosowaniu podobnych zabiegów promocyjno-ewangelizacyjnych jest bowiem Watykan, masowo produkujący nagrania modlitw, przemów i śpiewu kolejnych papieży. Okazjonalnie, pojawiały się też odważniejsze próby wydawnicze, jak album Abbà Pater z 2002 roku, którego „wykonawcą” był sam Jan Paweł II. Jego głos wykorzystano do uzupełnienia kompozycji bliższych stylistyce muzyki New Age. Zaznaczmy, że mówimy tu o przedsięwzięciu licencjonowanym, powstającym z błogosławieństwem Stolicy Apostolskiej. Na prawach ciekawostki można też wspomnieć, że płyta ta pokryła się w Polsce potrójną platyną. O krok dalej poszło otoczenie cieszącego się renomą nowoczesnego papieża Franciszka, z którego nagrań stworzono w 2015 roku album Wake Up! (Obudźcie się), o tyle nietypowy, że utrzymany w stylistyce rocka progresywnego. Przy nim obie płyty Dalajlamy są co najmniej zachowawcze w formie.

W swojej kategorii, Meditations pokonał albumy wykonywane przez Ketanji Brown Jackson, sędzię Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, południowoafrykańskiego komika Trevora Noaha (który to, swoją drogą, prowadził galę wręczenia statuetek), osiemdziesięcioletnią aktorkę Kathy Garver, czytającą historię życia autorki piosenek Carol Connors i francuskiego piosenkarza Faba Morvana. On akurat miał już wcześniej styczność z Grammy, gdy w 1990 roku odbierał nagrodę jako członek duetu Milli Vanilli. Ten zaś przeszedł do historii głównie za sprawą afery, jaka wybuchła, kiedy opinia publiczna dowiedziała się, że żaden z jego członków nie brał udziału przy powstawaniu sygnowanej tą nazwą muzyki. Koniec końców, był to jedyny w historii przypadek odebrania Grammy. Po latach na historię wielkiego oszustwa zwykło się patrzeć inaczej, zwłaszcza, że sprawcą całego zamieszania byli nie dwaj występujący w teledyskach przystojni, młodzi panowie, a pewien niemiecki producent, natomiast druga z twarzy Milli Vanilli, Niemiec Robert Pilatus, nie poradził sobie ze wszystkim tym do tego stopnia, że prędko popadł w narkomanię, która kosztowała go życie. Swoją pierwszą, właściwą nominację, Morvan otrzymał właśnie za nagranie opowieści o burzliwej historii własnego życia. Mogło wydawać się, że lepszego kandydata w tej mniej ważnej kategorii nie ma, a przyznanie Grammy Morvanowi będzie symbolicznym domknięciem pewnej całości, lecz jury zadecydowało o przyznaniu nagrody Dalajlamie.

Z czysto artystyczno-komercyjnego punktu widzenia, przyznanie Grammy Meditations można rozpatrywać jako skorygowanie dawnego zaniedbania, jakim było pominięcie bardziej nadającego się do tego wyróżnienia Inner World. Zrzucić możemy to na karb faktu, iż nagrody Grammy przyznawane są często według dyskusyjnego klucza. Tym częściej, im mniej gremium decyzyjne obeznane jest z danym gatunkiem. Szczególnie widać to po nominacjach i zwycięstwach w kategoriach muzyki metalowej, gdzie w kategorii „najlepszego wykonania metalowego” swoistą tradycją stało się wręczanie statuetki Metallice, jeżeli ta tylko cokolwiek nagrała – do tego momentu grupa zwyciężyła siedmiokrotnie, między innymi za luźne zagranie piosenki z repertuaru Queen, czy tytułowy utwór z uważanego za jeden z jej najsłabszych albumów St. Anger. W innych przypadkach znaczenie symboliczne danego nagrania jest tak wyraźne, że nie trzeba się w ogóle zastanawiać dlaczego zostało ono nominowane, bądź też wygrało w danej kategorii. Tak było  w 2025 roku z nagrodzonym za „najlepszy występ rockowy” „Now and Then” Beatlesów, piosenką odtworzoną przez Paula McCartneya i Ringa Starra ze starego dema Johna Lennona, przy wykorzystaniu partii gitarowych również zmarłego George’a Harrisona.

Jako kierowanie się polityką, nie sentymentem, odbierane bywa też przyznanie statuetki za „album roku” portorykańskiemu, hiszpańskojęzycznemu raperowi Bad Bunny’emu, choć za nim – w przeciwieństwie do Dalajlamy – idą też akurat konkretne wyniki sprzedażowe. Nie mniej w dobie brutalizacji zwalczania nielegalnej imigracji (z naciskiem na Latynosów) w wykonaniu obecnej amerykańskiej administracji, trudno jest nie mieć przynajmniej wątpliwości, czy aby ten czynnik – chociażby częściowo – nie przechylił szali zwycięstwa na korzyść płyty Debí tirar más fotos.

Na reakcję pekińskiego MSZ nie trzeba było długo czekać. Jak zawsze w takich sytuacjach, jego rzecznik przyjął narrację o manipulacjach politycznych i ich antychińskim podłożu. Kto słucha przekazu ChRL ten dawno już powinien przyzwyczaić się do tego, że czegoś takiego, jak Tybet nie ma, nie było, a każdy, kto twierdzi inaczej, obraża uczucia ponad miliarda ludzi. Tybet ma prawo istnieć tylko i wyłącznie jako część ChRL.

Wiele wskazuje na to, że świat powoli żegna się z sędziwym Dalajlamą. Ten natomiast myśli o swojej sukcesji, świadom, że jeżeli pozostawi ją wyłącznie w rękach tradycji, to wysłannicy Pekinu odnajdą w Tybecie jego następne wcielenie, które magicznie zacznie mówić głosem reżimowej propagandy. Zrezygnował więc z zapowiedzi, że przestanie się odradzać i ogłosił, że jego następna forma pojawi się poza okupowaną ojczyzną. Pytanie tylko, czy kogoś będzie to jeszcze faktycznie obchodzić.

Maciej Serżysko

Tekst ukazał się w nr 3 (487), 13 – 26 lutego 2026

X