Antyukraińskie wypowiedzi premiera Wiktora Orbana stały się już nieodłącznym elementem prowadzonej przez niego polityki. Wydaje się, że polityki obliczonej przede wszystkim na użytek wewnętrzny, bo trudno wskazać korzyści, jakie mógłby w ten sposób osiągnąć na arenie międzynarodowej. Rosja i tak Orbana lubi, choć nie wiadomo, czy ceni. Natomiast Bruksela jest już zmęczona Węgrami, rozbijającymi unijną jedność i utrudniającymi podejmowanie wspólnych decyzji i wyczekuje wyborów, które, jak wskazują sondaże, mogą przynieść zmiany w Budapeszcie. Według badań przeprowadzonych przez pracownię 21 Reseach Center Survey opozycyjna partia TISZA ma nad obecnie rządzącą koalicją 16 punktów procentowych przewagi. Czy ją utrzyma trudno jednoznacznie przewidywać, gdyż to Orban, a nie jego główny antagonista Péter Magyar, jest postrzegany przez wyborców jako lepiej przygotowany do sprawowania urzędu. Można by rzec, że to dowód na siłę przyzwyczajenia, bo wielu Węgrów może już nie pamięta, że przed szesnastu laty Orban wcale nie był premierem. Podobnie jak w Rosji, dorosło całe pokolenie ludzi, którzy nie znają innej rzeczywistości, w zastanej nauczyli się żyć i po prostu boją się zmian, lub nie czują ich potrzeby.
Analitycy zastanawiają się też, czy Magyar, wchodząc w kampanii w buty Orbana, naprawdę będzie gwarantem zmian. Na razie chcąc przekonać do siebie część elektoratu Fideszu zapowiada, że nie zburzy płotu na południowej granicy Węgier, nie wyrazi zgody na obowiązkowy pobór do wojska, ani na unijne kwoty migrantów czy pakt migracyjny. Chce też poszerzać programy socjalne, choćby wpisując w nie dopłaty do energii, wcześniej krytykowane przez jego ugrupowanie. Prowadzi zatem ryzykowną grę – może nie zdobyć nowych głosów, za to straci poparcie osób obawiających się, czy naprawdę wybiorą nową jakość na Węgrzech, czy może ugruntują stary układ z kilkoma nowymi twarzami. Takie zabiegi nie zawsze się opłacają, czego dowodzi rosnące w wielu krajach poparcie dla ugrupowań skrajnych, udających bezkompromisowe i na tym budujących wierne grono wyznawców. Ludzi, którzy dopiero po dojściu ich faworytów do władzy przekonają się, że ci nie spełnią obietnic wyborczych, bo wiele z nich oznaczałoby krach gospodarczy, klęskę w relacjach międzynarodowych, koniec tak dobrze postrzeganych przywilejów, szczególnie atrakcyjnych dla tych, którzy nie rwą się do pracy zarobkowej, ale chętnie korzystają z pieniędzy wypracowanych przez innych.
Pocieszeniem dla wątpiących w Magyara nie jest nawet nazwisko Anity Orbán (nie łączmy jej z premierem), wspominanej jako przyszła minister spraw zagranicznych. Początkowo media skupiały się na akcentowaniu jej antyrosyjskości, by wkrótce zmierzyć się ze stwierdzeniem, jakie padło z jej ust, że „Rosja nadal będzie ważnym aktorem w węgierskiej dyplomacji, ale Węgry muszą zasiąść do stołu negocjacyjnego, reprezentując własne interesy narodowe, a nie po stronie Rosji”. Niby trudno odmówić temu racji, w końcu pozostając przez szereg lat w objęciach Kremla urzędująca ekipa zbudowała całą sieć ścisłych powiązań, z której niełatwo będzie się wyplątać, nie skazując kraju na krach na rynku paliwowym. Ale przecież wielu wolałoby raczej usłyszeć, że Putin już nigdy nie będzie partnerem Budapesztu i ci z pewnością poczuli coś na kształt rozczarowania.
Na razie jednak za wcześnie jest, by skupiać uwagę na pani Orbán, wciąż bowiem władzę sprawuje pan o takim samym nazwisku i ostrzega, że przejęcie władzy przez opozycję, podporządkowaną, jak mówi, Brukseli, będzie oznaczało, że szerokim strumieniem, kosztem Węgrów, popłyną fundusze dla Ukrainy, a w ślad za nimi broń. Będzie to równoznaczne z opowiedzeniem się po stronie „bossów przestępczości i złodziei”, którzy, jak donoszą rosyjskie media piszące o Węgrzech, „są zmuszani do sponsorowania Sił Zbrojnych Ukrainy pod groźbą nowych spraw karnych”.
2 lutego, ustami szefa węgierskiej dyplomacji Petera Szijjarty, Orbán zapowiedział wniesienie skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przeciwko planowi REPowerEU, który ma uniezależnić kraje członkowskie od rosyjskich paliw kopalnych. Dla Wiktora Orbána był to przejaw wrogości Brukseli wobec Węgier, które, jak podaje Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w 2024 roku sprowadzały z Rosji aż 74% zasobów gazu i 86% dystrybuowanej w kraju ropy.
Niechęć do wspólnoty, której częścią pozostają Węgry, nie przeszkadza Orbánowi raz po raz deklarować braku poparcia dla przyszłości Ukrainy w UE. Swój sprzeciw tłumaczy on potencjalnym „importem wojny”, który spowodowałaby taka decyzja. Najwyraźniej zakłada bowiem, że konflikt zbrojny będzie trwał jeszcze długie lata, bo przecież Kijów nie dołączy do Unii w perspektywie tygodni.
Zresztą udział Węgrów w wojnie już jest dla Orbána powodem kolejnych ataków na Ukrainę. Po śmierci na froncie Józsefa Sebestyena ogłosił, że „Węgry nie będą tolerować aroganckiej postawy Kijowa wobec Budapesztu i nie będą tolerować przymusowej mobilizacji Węgrów z Zakarpacia do Sił Zbrojnych”. Zakazano też wjazdu do kraju i strefy Schengen ukraińskim urzędnikom odpowiedzialnym za takie działania, co wyraźnie spodobało się Rosjanom. Tamtejsze media ochoczo podchwyciły temat i przytaczają słowa Szijjarty o „polowaniach na ludzi” i „nagraniach, na których widać, jak mężczyźni są praktycznie porywani z ulicy na oczach swoich rodzin i dzieci”, stosowanej wobec nich przemocy i węgierskich staraniach w Brukseli o „umieszczenie wszystkich osób odpowiedzialnych za przymusową mobilizację na Ukrainie na liście sankcji UE”.
Przypomnijmy, że już w 2024 roku wicepremier Zsolt Schemien oświadczył, że Budapeszt nie będzie wydawał Ukrainie uchodźców, w szczególności mężczyzn w wieku poborowym, którzy szukają przystani na Węgrzech.
Aby uwiarygodnić potrzebę ostrego kursu wobec Kijowa, wysługując się węgierską narracją, Rosja wspomina też o słowach sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Węgier Benca Rétvári, który jest przekonany, że Ukraina „już rozprawia o zamachu na premiera [Orbána]. To wszystko dlatego, że rząd narodowy broni interesów narodu węgierskiego. Po naszym antywojennym wiecu przekroczyli wszelkie granice i otwarcie grozili, bo nie jesteśmy gotowi finansować konfliktu kosztem węgierskich podatników” miał mówić Rétvári.
Z kolei 23 stycznia bieżącego roku Orbán oskarżył Ukrainę o próbę „zainstalowania proukraińskiego rządu” na Węgrzech, o czym informował sekretarz stanu ds. dyplomacji publicznej i spraw publicznych Zoltán Kovács. Lider opozycji Péter Magyar miał w tym celu zawrzeć tajne porozumienie z Kijowem, Ukraińcy są też oskarżani o ingerowanie w nadchodzące wybory parlamentarne i manipulowanie nastrojami.
Trudno się w tej sytuacji dziwić, że wielu Węgrów jest przekonanych, że premier ma rację mówiąc, że „Ukraina jest naszym wrogiem”. Wydaje się, że za wroga uważa raczej personalnie Wołodymyra Zełenskiego, który na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos przypomniał, że Europa nie powinna pozwalać, by jej stolice stawały się „małą Moskwą” i dodał, że „każdy Wiktor, który żyje z europejskich pieniędzy, próbując jednocześnie sprzedać europejskie interesy, zasługuje na porządny policzek”. Zełenski nie zdradził, o którego Wiktora chodziło, lecz w myśl zasady uderz w stół, a nożyce się odezwą, Orbán oświadczył, że „nie będzie w stanie dojść do porozumienia” z ukraińskim prezydentem. Oficjalnie jednak przyjmuje się, że pretekstem dla uznania Ukrainy za kraj nieprzyjazny było zatrzymanie w Ukrainie obywatela Węgier, który, według śledczych, próbował pomóc pięciu Ukraińcom w nielegalnym przekroczeniu granicy.
Nie mniej deklarowane powody są tu najmniej istotne. Ważne jest to, co Orbán i jego otoczenie mówią. A mówią, że Unia Europejska nie jest obecnie przygotowana na pokój na Ukrainie, a tym samym „nie jest zainteresowana sukcesem wysiłków pokojowych. Kontynuowanie wojny leży w interesie Unii Europejskiej”, jak stwierdził Szijjártó. Ma ona potrwać do 2030 roku, a jeśli wygra TISZ, to Węgrzy będą wysyłani na front.
Bez wątpienia w przypadku porażki wyborczej Orbán nie zawaha się przed podważeniem wyników głosowania. Obwini za swoją klęskę Kijów i Brukselę, które już „wypowiedziały wojnę” Węgrom, jak oznajmił premier 11 lutego 2026 roku. ewentualne przyjęcie Ukrainy do UE w 2027 roku uznał za „jawną deklarację wojny przeciwko Węgrom. Nie zważają na decyzję narodu węgierskiego i są zdeterminowani, aby usunąć węgierski rząd za pomocą wszelkich niezbędnych środków. Chcą, aby do władzy doszła partia TISZA, ponieważ wtedy nie byłoby już weta, oporu ani możliwości pozostawania poza konfliktem” napisał polityk na portalu X.
Część Węgrów bez wątpienia przyzna mu rację, a Brukseli pozostaje mieć nadzieję, że będzie to mniejszość obywateli. I że premier Orbán będzie potrafił oddać władzę, nie stosując metod Donalda Trumpa czy tych, po które sięga Łukaszenka, fałszując swoje poparcie. Na razie możemy mieć w tej kwestii poważne wątpliwości, skoro już przedstawia narrację rodem z kremlowskiej propagandy, być może zresztą na Kremlu pisaną. Pocieszać możemy się tylko tym, że w rzeczywistości to nie całe Węgry są koniem trojańskim Putina w Unii Europejskiej, a jedynie Orbán i jego świta, a naród węgierski pomoże tę szkapę wyprowadzić, jednocześnie pozostając w europejskiej wspólnocie.
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 3 (487), 13 – 26 lutego 2026
