Dziś nie ma żadnego problemu, by zatelefonować za granicę czy złożyć komuś życzenia np.… w dniu św. Patryka. Wprawdzie trochę to kosztuje, ale już nie tak drogo, by się tym przejmować. Ale ze 200 lat wstecz było to o wiele bardziej złożone…
Wynalazek nauczyciela Bella
Przez dłuższy czas jedynym sposobem kontaktowania się na duże odległości była poczta. Wprawdzie ten środek komunikowania się miał wiele „ale”… Po pierwsze – nie był tani. Po drugie – doręczenie korespondencji wymagało dużo czasu i zdarzało się, że w chwili doręczenia, wiadomość traciła sens. Po trzecie – listy po prostu nie dochodziły. Przypomnijmy sobie sceny napadów na pociągi pocztowe z amerykańskich westernów.

Wynalazek elektromagnetycznego telegrafu w latach 1830. zmienił sytuację. Wysokie ceny telegrafu czyniły telegram wzorem lakoniczności – każde słowo było jeżeli nie na wagę złota, to przynajmniej srebra.
I wreszcie pojawił się Graham Bell, który wynalazł dla ludzkości telefon! Był nauczycielem w szkole dla dzieci niesłyszących. Wraz z pomocnikiem Tomaszem Watsonem (proszę zwrócić uwagę – nie doktorem, a inżynierem) prowadzili doświadczenia przekazywania głosu na odległość. Jednak bez doktora w tej historii też się nie obyło. Kolega przekazał Bellowi ucho osoby zmarłej. Wzorując się na ludzkim uchu Bell wynalazł membranę.

10 marca 1876 r. zabrzmiało sakramentalne zdanie: „Panie Watson, proszę przyjść, jest mi pan potrzebny”.
Interesujące jest to, że gdy Bell opatentował swój wynalazek, to po dwóch godzinach do biura patentowego przybiegł inny wynalazca Eliasz Grej z analogicznym projektem.
Drogie zadowolenia
W Stanisławowie pierwszą stację telefoniczną otwarto w czerwcu 1894 r. Mieściła się na parterze gmachu przy ul. Smolki 4 (ob. Baczyńskiego). Początkowo było 12 abonentów. Przyczyną tego była drożyzna nowego urządzenia. Instalacja aparatu telefonicznego kosztowała 50 reńskich i tyleż wynosił roczny abonament. Dla porównania podam, że średnio statystyczny robotnik zarabiał dziennie 1,5-2 reńskie.
Oprócz drożyzny aparat był ponadto niewygodny w obsłudze. Aby zadzwonić, trzeba było jedną ręką przyłożyć słuchawkę do ucha, pochylić się do mikrofonu, stojącego osobno na podstawce, pokręcić korbką i doczekawszy się odzewu telefonistki podać numer, z którym chciało się rozmawiać. Pamiętacie państwo: „Panienko! Panienko! Smolny! Smolny!”
Tu od razu zdradzę tajemnicę wojskową. Do dziś w Siłach Zbrojnych wykorzystywany jest telefon marki TA-57, zasada działania jest prawie taka sama. Zapamiętałem moskiewskie ogłoszenie z XX w. o naborze dziewcząt do obsługi stacji telefonicznej. Wybierano dziewczęta wysokie o długich rękach, bo im dłuższe ręce tym większą powierzchnię komutatora panienka mogła obsłużyć. Lepiej było przyjąć do pracy dwie wysokie panienki, niż trzy niższe. W stolicach gdzie działało tysiące numerów, stacje telefoniczne były potężne. Nasz Stanisławów był małym miasteczkiem i w 1914 r. stacja telefoniczna obsługiwała 457 abonentów. Wystarczało chyba tych niższych panienek.
W 1909 r. stacja telefoniczna „przeniosła się” do nowej siedziby – dopiero co wybudowanego gmachu poczty (przy Strzelców Siczowych 15). Tu osiadła prawie na 30 lat. Pierwsze numery telefonów składały się z dwóch cyfr, z czasem pojawiły się trzycyfrowe. Na przykład: do wojskowego więzienia Dąbrowa można było zadzwonić pod nr 114, do burmistrza Wacława Chowańca – 204, a godzinę wieczornych seansów w kinie Warszawa można było otrzymać zadzwoniwszy pod nr 73.
Wszystko dla abonentów
W latach 20. ub. wieku usługi telefoniczne znacznie potaniały i stały się dostępne dla wielu. Wówczas abonenci podzielili się na trzy kategorie:
A – prywatni abonenci, czyli aparaty zainstalowane w prywatnych lokalach. Opłata abonamentowa stanowiła 20 zł na miesiąc;
B – telefony służbowe, czyli numery w urzędach, kancelariach, szpitalach, biurach adwokackich. Opłata stanowiła 28 złotych na miesiąc;
C – telefony publiczne, czyli stojące w hotelach, kawiarniach, teatrach, klubach dostępne dla wszystkich chętnych. Opłata abonamentowa była tu najwyższa – 36 złotych miesięcznie.
Ilość abonentów stale wzrastała i w 1929 r. ukazała się pierwsza książka telefoniczna Stanisławowa – „Informator miasta Stanisławowa”. Nieco różniła się od znanych nam książek telefonicznych, bo obok nazwiska adresu i telefonu abonenta, wskazywała również rodzaj działalności danej osoby. Na przykład: Tel.: 324, dr Maksymilian Blumenfeld, adwokat, ul. Sobieskiego l. 5.

W 1932 r. nastąpił skok technologiczny. Od tej chwili już nie trzeba było kręcić korbką, by uzyskać połączenie z telefonistką – wystarczyło tylko podnieść słuchawkę.
W przededniu wojny stacja telefoniczna zmienia adres po raz kolejny. Teraz mieści się w nowym gmachu poczty przy ob. ul. Strzelców Siczowych 13a. Przenosiny miały skutki pozytywne, bowiem niebawem zjawiły się numery czterocyfrowe, a w czerwcu 1939 r. wprowadzono automatyczną stację telefoniczną i łączenie odbywało się bez udziału „panienek”. Od tego czasu na aparatach telefonicznych pojawiły się tarcze numerowe.
Po wojnie telefonia rozwija się w szalonym tempie. W latach 1950. wszystkie numery zamieniono na pięciocyfrowe. Przez gwałtowny wzrost abonentów powstają stacje telefoniczne w poszczególnych dzielnicach miasta: stacja na poczcie odpowiadała za numery, zaczynające się od 2 i 3, stacja na ul. Długiej – od 4, a na Wołczynieckiej – od 6.
W 1968 roku główna stacja telefoniczna znów przenosi się z poczty, ale niedaleko – specjalnie dla niej dobudowano prawe skrzydło poczty i siedmiopiętrową wieżę, gdzie do dziś mieści się stacja telefoniczno-telegraficzna. A w 1969 r. na ulicach pojawiły się telefony-automaty, z których 3-minutowa rozmowa kosztowała 2 kopiejki.
Wiek XXI przyniósł kolejne innowacje. Większość numerów składała się już z sześciu cyfr. Szeroko wprowadza się radiotelefony, które spełniły marzenie większości pań – teraz mogły gotować obiad i równocześnie wymieniać z koleżanką ostatnie ploteczki, czy omawiać wady wspólnej znajomej. W 2010 r. opłata za używanie telefonu wynosiła już 10 hrn. 51 kop i można było rozmawiać przez 200 minut na miesiąc. Ogólna liczba abonentów Ukrtelekomu we Frankiwsku wynosiła ponad 50 tys. osób.
Ale był to koniec ery przekazywania głosu przez drut. W tym czasie weszła nowa era telekomunikacji – telefony komórkowe, które szybko przeniosły tradycyjny telefon z dyskiem do muzeum.
Ale to już zupełnie inna historia.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 2 (486), 20 stycznia 2025 – 12 lutego 2026
