Przejazd przez Osmołodę, czyli Lwów w życiu i twórczości Zygmunta Nowakowskiego To jeden z największych sukcesów frekwencyjnych i kasowych we Lwowie lat trzydziestych, Scena lwowska w sezonie 1938/39. Program teatralny. Zeszyt 1, Lwów [1938], s. 1, zbiory autora.

Przejazd przez Osmołodę, czyli Lwów w życiu i twórczości Zygmunta Nowakowskiego

„Ja pochodzę… z wyższych sfer!” – zaskakiwał słuchaczy. Lubił przyznawać się do góralskiego rodowodu. „A jeśli chodzi o matkę… – dodawał, spektakularnie zawieszając głos – to może jestem jeszcze lepiej urodzony… Bo moja matka była lwowianką!”. Oklaskom i owacjom emigracyjnej publiczności nie ma końca. Najpopularniejsza postać przedwrześniowego Krakowa: aktor i legionista, doktor filozofii UJ, dyrektor teatru, dziennikarz, działacz sportowy i społeczny, i… kto tam jeszcze. Z podwawelskim grodem w Londynie kojarzony, jak Marian Hemar – z tym znad Pełtwi miastem. Podobnie – niezłomny. Przez komunistów w kraju – wymazany.

– Mamo!…

– brzmi ostatnie zdanie Rubikonu – kolejnej, przebojowej powieści Zygmunta Nowakowskiego z 1935 roku. Wcześniej ukaże się Przylądek dobrej nadziei, którym trwale wkroczy w dzieje literatury ojczystej. Wyjaśniał po latach w „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza”: „Powieść ta jest jedynie na pół autobiograficzna, odmalowuje tylko klimat mego dzieciństwa i naszego domu. […] Pewne epizody są zmyślone albo przebudowane, pewne sceny wziąłem z rzeczywistości. Najbardziej prawdziwą postacią jest matka, która walczyła o nas jak lwica, pragnąc, byśmy wyszli «na ludzi». Mając blisko pięćdziesiąt lat, ponownie zdała maturę seminarialną i zapisała się na uniwersytet, jako słuchaczka nadzwyczajna, by dostać posadę nauczycielki w szkole wydziałowej”. To nazwisko panieńskie Heleny przyjmie jako pseudonim. Najpierw – aktorski, potem – literacki.

W niedokończonych wspomnieniach pod twardym tytułem Galery przywoływał porzucony krakowski dom: „W hall’u jest wielkie powiększenie fotografii mojej matki, która była osobą wielkiej piękności. Mówiono o niej, że wygląda, nie wiem dlaczego, jak królowa wdowa hiszpańska. Rysy nadzwyczaj regularne, włosy białe, przecudne, uśmiech miły i dowcipny zarazem. Wielka dama! Było nas czterech i żaden nie wdał się w matkę. Wszyscy […] odziedziczyliśmy po ojcu plebejskie, gminne rysy[…] wprost z chałupy poszedł do gimnazjum, potem na uniwersytet. […] Nie wiem, co to jest ojciec”. Błażej Tempka zmarł, gdy Zygmunt miał pięć lat. To pewien… mezalians – małżeństwo rodziców… W Przylądku… wytworna kresowa matrona, wielka patriotka,„[…] postać występująca jako «babcia», w rzeczywistości była ciotką, nie matką mojej matki, ale jej charakter odmalowałem wiernie […]”.

Przedwojenna lwowska premiera przebojowego widowiska legionowego Zygmunta Nowakowskiego pt. Gałązka rozmarynu zasłynie szczególnie z jednego powodu…, Scena lwowska w sezonie 1938/39. Program teatralny. Zeszyt 1, Lwów [1938], okładka, zbiory autora.
A więc – lwowianka! Szczycił się: „moja babka była z domu Monné, a cioteczna siostra mej matki o mało nie została panią Arturową Grotgierową”. Niewiele wiemy o tej (legendarnej?) koligacji oraz o najwcześniejszych związkach z rodzinnym – „po kądzieli” – miastem. Zanotuje epizod z dzieciństwa o gościach: „Gdy przyjeżdżali jacyś kuzyni ze Lwowa czy z dalsza, mówiło się w domu z odcieniem śmiertelnej nudy i lekceważenia: «Trzeba im koniecznie coś pokazać, bo przecież to – to nie widziało niczego, ani grobów królewskich, ani Zygmunta, ani Wita Stwosza, ani żadnej rzeczy, która Krakowa jest»”. Tak! W jednym ze swych najbardziej „lwowskich” artykułów deklaruje: „[Ja] Krakowiak naprawdę stuprocentowy i Krakowem obłąkany, w Krakowie jednym całą Polskę widzący” …A jednak matczyne miasto pokochał. Nie ma – mówią – miłości, tylko jej dowody.

Przed wojną – cztery głośne powieści. Przyzna: „największy sukces miała ta, której najbardziej nie lubię, mianowicie Przylądek dobrej nadziei. Także moja matka nie lubiła jej i zwykła robić mi wyrzuty, mówiąc: «Po coś ty to napisał? Po co ludzie mają czytać, że u nas w domu była taka bieda, że ja się tak strasznie męczyłam!?». Stało się i już się nie odstanie. Napisałem”.

Napisał i inne

„Rozmaite interesy wydawnicze, związane głównie z czytankami dla młodzieży, kazały mi przyjeżdżać do Lwowa dosyć często, gdyż tam rezydował najznakomitszy redaktor czytanek, a świetny, choć nieznany ogółowi poeta, Stanisław Maykowski […]. Ach, jakiż to inteligentny był człowiek! Zawsze korespondował ze mną telegraficznie, streszczając w depeszy cały obstalunek np. za pomocą słów: «dwieście pięćdziesiąt wierszy trzysta złotych – stop – chłopiec ucieka w świat – stop – jazda na osi – stop – dużo humoru – stop – wielkie miasto – stop – od śmierci głodowej ratuje konsul polski – stop – najpóźniej wtorek». Odpowiedź brzmiała: «Pięćset złotych – najpóźniej środa». Tak powstało jedno z mych niezliczonych małych arcydzieł, opowiadanie pt. Józek Gwizdała”.

Włączy je do książki pt. Złotówka Manoela (1936). W drugim – podobnym – zbiorze znajdziemy uroczą lwowską nowelkę Historia pasty do butów o wyprawie małoletnich Władka i Tadka na marsz szlakiem „Kadrówki”. „A kłaniajcie się Lwowowi! Bo to piękne miasto!” – żegnał chłopców na kieleckim dworcu komisarz policji, co ich zdybał, ale bohaterowie mówią literacką polszczyzną. Ciotka obywatela – porucznika Wilka rozbawi już baciarzeniem do łez widownię Gałązki rozmarynu. I tę przed prawie każdą ważniejszą sceną w Polsce w latach 1937–1939, i tę obozową w Murnau, i tę w Londynie w latach 1955 i 1968… Po drugiej fali krajowej furoryroku 1988, legionowe widowisko święci tryumfy z okazji stu lat niepodległości (nowe inscenizacje – w Białymstoku i Bielsku-Białej). Przedwojenna lwowska premiera zasłynie szczególnie z jednego powodu…

„Kurier Warszawski” w lutym 1938 donosi: ponieważ inscenizacja Gałązki… łączy się „z dużymi kosztami, dyrekcja teatrów […] zwróciła się do […] związków i stowarzyszeń lwowskich z propozycją, aby z góry zamówiły względnie zakupiły odpowiednią ilość biletów”. Od siły rezonansu uzależniono miejsce w programie. „Taktyką tą poczuł się dotknięty autor […], który opublikował w prasie lwowskiej oświadczenie” i oznajmił, że „sposób taki uchodzić może w handlu detalicznym, ale na gruncie teatralnym stanowi nowość niepraktykowaną nigdzie i nie dopuszczalną tych względów nie wyraził zgody na inscenizację. Z trudem się dogadano – nowy sezon 1938/1939 okrasiło przedstawianie w reżyserii Mieczysława Szpakiewicza. To jeden z największych sukcesów frekwencyjnych i kasowych we Lwowie lat trzydziestych. Oraz – jak określił Gałązkę… Jan Lechoń – „[…] uśmiech poezji, bez wielkich słów, jeden z ostatnich przed nadchodzącą burzą”. Gdyż przyszłość przyniosła głównie…

…Krew i łzy

To paradoks, że najsilniej połączy Nowakowskiego z miastem „uśmiechniętym” i „bardzo przyjemnym” czas najbardziej ponury. Ewakuowany z Krakowa podporucznik rezerwy przeżyje miesiąc – najpierw chorej gorączki, potem zimnej grozy. Nie będziemy rozwodzić się nad „zamachem stanu” (żądaniem od gen. Sikorskiego przyjęcia dyktatorskiej władzy), ani dodatkowo smucić bezskutecznym nakłanianiem Boya do wspólnej ucieczki przed Sowietami. Sam opowiedział o tym nie raz. Jeszcze częściej wracał w artykułach ów „przeklęty dzień”: „Pamięć ludzka tylko wydaje się zawodna, w rzeczy zaś samej jest bardzo trwała. Pewne obrazy nie dadzą się zatrzeć nigdy, przeciwnie, z biegiem czasu stają się coraz bardziej wyraźne. Żebym żył jeszcze sto lat, nie zapomnę Sądnego Dnia we Lwowie, dnia, który był najgorszym dniem w całym moim dość długim życiu”.

Oto, szeroką ulicą Legionów „[…] szła marszem tryumfalnym armia czerwona. Szła brnąc po kostki albo nawet po kolana w karabinach, ładownicach, szablach, siodłach, porzuconych na środku jezdni. Konie i czołgi rozgniatały, kruszyły to nasze dobro na miazgę”. „Nie mogłem pojąć, skąd we Lwowie tak nagle, tak jakby spod ziemi wzięło się tyle czerwonych chorągwi i tyle czerwonych transparentów z gotowymi napisami w trzech językach. Miasto w jednej chwili stało się czerwone a mnie zalała krew również czerwona. Krew i łzy”. „Czerwono mi było przed oczyma a przecież to jeszcze nie był najgorszy widok. Zagryzłem zęby, ale spojrzawszy w boczne ulice, stanąłem, nie mogąc kroku zrobić. Nogi ugięły się pode mną. Jezus, Maria! Nasi z białymi chorągwiami!”. „Okropny widok! I przeklęty dzień!”. „Rozpłakałem się z bólu i pobiegłem szybko, gdzieś w bok, byle nie patrzeć”.

„Jakiś stary człowiek. Poznał mnie i powiada:

– Pan płakał przed chwilą!

– Nie! Nie płakałem!

– Płakał pan! Niech się pan tego nie wstydzi! Ale płakał pan niepotrzebnie: Polska będzie wielka, potężna, od morza do morza! Mówię to panu jakem Żyd i jak dziś jest Sądny Dzień!”. Jom Kipur 1939… W tym samym wspomnieniu przywoła słowa sędziwego szewca Salesa:

„– Panie Nowakowski! Pan mi za te buty zapłacisz w wolnym Krakowie!. […]

To już jest drugie proroctwo w jednym dniu. Oba wyszły z ust Żydów! Oba w Sądny Dzień! Nie przesłyszałem się! […] Minęło lat dwadzieścia trzy od tego dnia i…  I jeszcze mu nie zapłaciłem”.

„Nabytki zachodnie […] są słusznym, choć tylko częściowym odszkodowaniem, lecz nie za Lwów i nie za Wilno, tylko za straszliwe zbrodnie niemieckie, których ofiarą padła Polska”, Z. Nowakowski, Nie za Lwów i nie za Wilno, „Wiadomości” nr 38 (77), 21 września 1947, s. 1.
„Pugodny wyraz twarzy”

Do ucieczki spod skrzydeł Sowietów nie tylko porządne obuwie, ale i paszport potrzebny. Dokumenty ciągle bezpłatnie wystawia dawny urzędnik województwa. Płonna okazuje się plotka o wizie rumuńskiej, ale papiery lepiej mieć, na pewno. Tylko jak zdjęcie zrobić, gdy bolszewicy wszystko rabują: „Ktoś jednak powiada mi, że […] fotograf przy ul. Akademickiej ma klisze. Dalejże ja do niego! Staruszek, okropnie chudy, przygnębiony i smutny, spojrzał na mnie krytycznym okiem, zaczął wykręcać mi głowę w prawo i w lewo, zmieniał raz po raz pozycję parawanu i wreszcie odezwał się tonem błagalnym a zarazem beznadziejnym.

– Ta proszy bodaj na ty chwili zrobić pugodny wyraz twarzy!

Usłyszawszy tę prośbę, roześmiałem się. […] Po raz pierwszy od wielu dni. […] Wybuchnąłem śmiechem tak swobodnym, tak szczerym, tak serdecznym, że fotografia wypadła nadspodziewanie dobrze. Wyglądam na niej, jakbym miał najwyżej dwadzieścia lat, a już dochodziłem do pięćdziesiątki. Zachowałem tę fotografię na pamiątkę”. Niebawem „Jakiś życzliwy Ukrainiec, dziennikarz, więc kolega po fachu, który mnie ostrzegł przed aresztowaniem, powiedział, że pozostaje mi najwyżej pięć minut czasu. W ciągu tych pięciu minut ubrałem się pośpiesznie […], po czym wybiegłem na ulicę tylko ze szczoteczką do zębów”. Kolejny dokument – już „legalny” – otrzyma na Węgrzech. Też go zatrzyma do końca, nie biorąc obcego obywatelstwa: „Chowam […] paszport wydany w Budapeszcie […] i nigdy się go nie pozbędę”.

W jednym z ostatnich tygodniowych odcinków (zdjęcie tej gazecie kiedyś w Bibliotece Polskiej POSK zrobiłem, ale jaka to data – zginęła notatka), po prostym tytule „Na Lwów” – zwierzy się: „Człowiek myśli zawsze o powrocie…”

Walka o dwa miasta

Jeszcze w 1943 roku, w Londynie, „wywoła” niegdysiejszego przyjaciela, potem współpracownika – teraz wrogiego ministra: „Widzę prof. [Stanisława] Kota […] na tle Lwowa, we wrześniu i październiku 1939 r. Cóż za energia, ile rozmachu w sprawach nie mających nic wspólnego ani z nauką ani z polityką. Przecież nie kto inny, ale prof. Kot rozwijał wszechstronną akcję, aby wielotysięczne rzesze […] zaopatrzyć w kwatery, w żywność, aby dostarczyć odrobiny mleka dla dzieci, lekarstw dla chorych. Nasz komitet opieki dla uchodźców z województwa krakowskiego liczył 18 000 głów rodzin! Prof. Kot, nie kto inny, ale właśnie on przede wszystkim, troszczył się np. o groch, o kapustę, o słoninę, o słomę i o sienniki. On otwierał masowe jadłodajnie. I on, w dniu wymarszu bolszewików przysłał do mnie rano, o szóstej, córkę, uroczą p. Alinę, domagając się, bym pobiegł na miasto zaraz i wybrał z polskich magazynów wojskowych, co się jeszcze da wybrać, zanim bolszewicy rozdrapią te zapasy… […] Ileż pomysłowości, ile energii okazał […]”.

Teraz kreśli gniewne słowa o postawie rządu, o jego „energii, pomysłowości i rozmachu” – ale w zatracaniu się w czczych działaniach, które nie obronią Polski przed zakusami Sowietów i nie złamią obojętności sojuszników z Zachodu: „Wszystko to bardzo zręczne, oszałamiająco przebiegłe, interesujące jako rozgrywka, ale równocześnie trochę małe. Nie na miarę naszego nieszczęścia i nie na miarę czasu, gdy trzeszczy dosłownie cały świat”. Narazi się tym bardzo: „Gdy generał [Władysław] Sikorski przywiózł z sobą symboliczne złote klucze miasta Chicago, które tam wręczają często byle komu, ośmieliłem się spytać, jak stoi sprawa kluczy żelaznych do innych miast, do Lwowa i do Wilna. Moje pytanie, postawione na łamach «Wiadomości Polskich», wywołało gromy oburzenia. Propaganda puściła w ruch wszystkie kadzielnice, aby w ich dymie zatracił się właściwy obraz naszej nieszczęsnej rzeczywistości”.

Paweł Chojnacki

Tekst ukazał się w nr 2 (486), 20 stycznia 2025 – 12 lutego 2026

X