Lotniskowcem po narkotyki Nicolás Maduro, fot. lipstickalley.com

Lotniskowcem po narkotyki

Na fali ogólnoświatowego zainteresowania najpierw Ukrainą, potem Gazą, a chwilowo również Libanem oraz Iranem, opinii publicznej umknęło kilka wojen, zamachów stanu i podobnych, o niebo mniej emocjonujących zdarzeń. Ostatnio jednak każdy szanujący się geopolityk z dostępem do Internetu i jedynych słusznych kanałów nadawczych wzbogacił swą mapę specjalizacji o kolejny kraj – Boliwariańską Republikę Wenezueli. Oto media zaczęły podawać informacje o wzmożonej aktywności Ameryki na polu walki z kartelami narkotykowymi. Ta, od ostrzeliwania na pełnym morzu wypływających z Wenezueli jednostek podejrzewanych o przewóz wiadomych substancji, przeszła do wysłania w jej pobliże lotniskowca USS „Gerald R. Ford”. Działania te, wraz ze zmianą retoryki prezydenta i jego administracji na dużo ostrzejszą, wzbudziły obawy, czy aby wkrótce świat nie usłyszy o kolejnej wojnie. Uzasadnione?

Na wstępie warto zaznaczyć, że współczesny, amerykański lotniskowiec atomowy to już nie to samo, co przebudowane z innych jednostek lotniskowce, jakie kojarzymy z filmów o II wojnie światowej. Taki USS „Gerald R. Ford” jest już w praktyce pływającym miastem, z załogą liczoną w tysiącach osób i arsenałem pozwalającym na prowadzenie szeroko zakrojonych operacji bez szczególnego wsparcia z zewnątrz. Naszpikowany bronią i elektroniką, stanowi coś, z czym uzbrojona w dwadzieścia rosyjskich Su-30 Wenezuela nie może się równać. W przeciwieństwie do (również dysponującego przestarzałym sprzętem) Iranu, tamtejsza armia nie posiada w swoim arsenale niczego, co mogłaby Amerykanom przeciwstawić. Miejscowy dyktator, Nicolás Maduro, wyciągnął natomiast wnioski ze smutnego finału historii Saddama Husajna i doskonale zdaje sobie sprawę z niemocy własnych sił zbrojnych.

Jedynym asem w rękawie, o którym jak dotąd wspominał, są – również rosyjskie – pociski ziemia – powietrze 9K38 „Igła”. Zarazem, odgrażając się nimi, nie miał na myśli zaawansowanych systemów w rodzaju baterii Patriot. „Igły” przenosi się ręcznie, w niewielkich wyrzutniach, choć warto zaznaczyć, że owszem, potrafią strącić samolot, czy helikopter, o czym boleśnie przekonali się już parokrotnie Rosjanie na wschodzie Ukrainy. Mimo wszystko, nawet deklarowana liczba „przynajmniej pięciu tysięcy sztuk” nie stanowi godnej przeciwwagi dla arsenału amerykańskiego, zwłaszcza gdyby ten miał zostać użyty w charakterze innym, niż straszaka. Również to Maduro doskonale rozumie.

Kilka dni temu pojawiły się w mediach informacje, że Amerykanie wysłali w kierunku Wenezueli dwa ciężkie bombowce strategiczne B-1B. Już taka demonstracja wystarczyła, by z buńczucznych zapowiedzi obrony suwerenności przed amerykańską agresją, dyktator przeszedł do publicznego powtarzania słowa „pokój” w manierze dość histerycznej, ponadto posługując się językiem angielskim. Że samoloty te mogły coś wtedy zrzucić, nie trzeba nikogo przekonywać. Po upadku Związku Radzieckiego Stany Zjednoczone wzięły na siebie rolę „globalnego policjanta”, którą przez lata sumiennie wypełniały, śląc drony i oddziały komandosów na tereny państw trzecich. Zwykle by eliminować terrorystów, w szczególności tych związanych z fundamentalizmem muzułmańskim, ale bywało, że zdarzył się też ktoś taki, jak Ghasem Solejmani, jedna z najpotężniejszych person Iranu, którego w 2020 roku kazał zlikwidować, nie kto inny, jak Trump.

Ówczesny i obecny prezydent lubi kreować się na sprawczego i „groźnego gracza”, a przy tym, jak już nam wszystkim wielokrotnie udowodnił, nie nawykł do oglądania się na to, co ludzie powiedzą. Maduro miał więc uzasadnione powody, by bać się o swoją władzę, a nawet o własne życie. Tym bardziej, że pod drugimi rządami Trumpa Amerykanie bez ogródek zapowiadają jego obalenie. I nie chodzi tu nawet o wypowiedzi pokroju tej republikańskiego senatora z Florydy, Ricka Scotta, który sugerował mu ucieczkę do ChRL, bądź Rosji. Sam Trump ogłosił niedawno, że zwróci się do Kongresu o autoryzację użycia siły poza granicami USA celem walki z narkotykami, a także, że nie wyklucza operacji lądowych na terenie Wenezueli. Oczywiście, wymierzonych w tamtejsze kartele.

W ostatnich miesiącach pałający nienawiścią do Maduro Trump oparł retorykę na utożsamianiu go z handlem narkotykami, tym samym legitymizując wszelakie akcje w niego wymierzone. Według twierdzeń amerykańskiego prezydenta, dyktator ma prowadzić (ramię w ramię z przestępcami) produkcję i przerzut narkotyków z Wenezueli do Stanów Zjednoczonych. Tezy takie – nawet jeśli niepotwierdzone – brzmiałyby pewnie o wiele mniej wiarygodnie, gdyby tak właśnie nie finansował się odizolowany od świata reżim Baszara al-Asada, obalony w grudniu 2024 roku. Asad, bliski sojusznik Kremla i irańskich ajatollahów, był jedną z głównych postaci antyzachodniego bloku, do którego zapisał swój kraj również Maduro. Dziś kryje się w Moskwie i drży o to, żeby protektor nie przehandlował go za koncesje na utrzymywanie cennych baz wojskowych w Syrii od jej nowego rządu.

Maduro, podobnie jak Asad, nie jest jakimś Kimem, czy Putinem, żeby nie mieć przeciwko sobie opozycji. Owszem, nie jest to sytuacja, w której uzbrojone frakcje kontrolują część kraju, bo siły chcące jego obalenia wybrały drogę demokratyczno-parlamentarną. Jej czołową postacią jest María Corina Machado, nie dość, że pozostająca w kraju (tyle że w ukryciu), to jeszcze wzmocniona niedawno Pokojową Nagrodą Nobla, a co za tym idzie, ogólnoświatową falą zainteresowania. Jakby tego było mało, Machado również ideologicznie dystansuje się od obecnego, lewicowego rządu Wenezueli, wychwalając Trumpa, wypowiadając się pochlebnie o argentyńskim prezydencie Javierze Milei (autorze kontrowersyjnych reform wolnorynkowych), zajmując stanowisko proizraelskie i deklarując się jako antykomunistka. Z perspektywy Trumpa trudno wyobrazić sobie lepszego następcę Maduro. Nawet jeśli nie on sam, to jego otoczenie może postrzegać obecną sytuację jako okno czasowe do zwiększenia nacisków na reżim wenezuelski. Reżim o niskiej estymie – o czym niżej. Co więcej, jeśli powiąże się go z rozprowadzaniem narkotyków, jakakolwiek forma uderzenia w Maduro mogłaby zostać sprzedana nie tylko jako walka o demokrację, a może przede wszystkim jako cios w narkobarona. Maduro jest, bądź co bądź, przywódcą – nawet jeśli częściowo nieuznawanym, w wyniku sfałszowanych wyborów – niezawisłego państwa, więc ewentualnych wytłumaczeń i argumentów nigdy za mało. Chociażby miały być równie przekonujące, co dowody na posiadanie przez Irak broni chemicznej, jakie prezentował w 2003 roku przed ONZ Colin Powell.

Maduro faktycznie się boi. Wie, że łatka drugiego Escobara może do niego pasować, a przez to posłużyć nawet jeśli nie jako pretekst do bezpośredniej inwazji – której, co do zasady, Amerykanie nie potrzebują – co do szerokiego wachlarza działań możliwych do podjęcia przeciw niemu. USA mogą organizować operacje specjalne, finansować opozycję (tak jak to robiły z „Solidarnością” w PRL-u), czy wreszcie podburzać ją, a także podejmować się kroków niewymagających bezpośredniego kontaktu z wenezuelskim aparatem bezpieczeństwa – naloty na terytoria karteli, wypady komandosów w trudno dostępne tereny. Maduro można osłabiać i kompromitować, nie trzeba wcale zabijać, czy zbrojnie obalać. Z perspektywy Amerykanów dużo bardziej korzystny byłby pucz, czy coś w rodzaju Euromajdanu, a gdyby jeszcze w wyniku takich wystąpień na czele państwa stanęła Machado, to jest to już scenariusz dla Waszyngtonu wprost wymarzony.

Wróćmy jednak na chwilę do przywołanej już kwestii estymy. Ostatnie lata upłynęły Maduro pod znakiem robienia wszystkiego, by nikt go nie brał za poważnego i rozsądnego przywódcę. Tłumienie opozycji, protesty, bieda – doniesienia o wszystkich tych sprawach wewnętrznych Wenezueli powracały w światowych mediach głównie z okazji przedstawianych na prawach ciekawostki informacji o tym, że dyktator ogłaszał przesuwanie na wcześniejsze, jesienne daty Świąt Bożego Narodzenia. Oficjalnie – by podnieść naród na duchu. Nieco mniej oficjalnie – by odwrócić uwagę krajan od dręczących ich problemów i własnej bezsilności. Dołączył tym samym do wesołego panteonu despotów-dziwaków, gdzieś obok Turkmenbaszy Nijazowa i marszałka polnego Amina, rezerwując sobie podrozdział w przyszłych książkach i artykułach o co barwniejszych tyranach. Mało zaszczytne grono z pretensjami do najweselszej sali w domu bez klamek. W Wenezueli jednak proporcje śmiesznego i strasznego przesuwały się częściej na korzyść tego drugiego, jak pod koniec 2023 roku, gdy o możliwej wojnie zaczęło się mówić głośno i nie chodziło tu o amerykańskie ambicje zmiany reżimu.

Wenezuelsko-gujański zatarg terytorialny liczy sobie już prawie dwa stulecia i nadal nie doczekał się ostatecznego rozwiązania. Sprawa pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych, gdy dzisiejsza Gujana wciąż była kolonią brytyjską, a Wenezuela funkcjonowała już jako niepodległy byt. Rolę granicy między nimi spełniała rzeka Essequibo. Problemem było brytyjskie osadnictwo na jej drugim brzegu, w wyniku którego pod panowanie brytyjskie dostały się ziemie, które Wenezuelczycy uważali (i wciąż uważają) za swoje. Mijały lata, Gujana się usamodzielniła, a efekt jest taki, że dzisiaj jej większa (choć rzadziej zaludniona) część figuruje na wenezuelskich mapach jako integralna część terytorium Wenezueli.

Maduro gotów był chwycić się czegokolwiek, byleby tylko odwrócić uwagę obywateli od trudnej sytuacji. Być może podpatrując u Putina wojenno-patriotyczną mobilizację wokół władcy, rozpoczął prowokacyjną politykę, zachowując się jakby szykował się do przeprowadzenia „specjalnej operacji wojskowej”. Kto wie, być może i zdecydowałby się na jakieś działania, przynajmniej hybrydowe, gdyby nie silne niezadowolenie opinii międzynarodowej. Po stronie niewielkiej, liczącej sobie nieco ponad osiemset tysięcy mieszkańców Gujany, opowiedziała się też regionalna potęga, Brazylia, której irredenta u granic była, delikatnie rzecz ujmując, w niesmak. Maduro postraszył świat wojną, pokazał się od najgorszej strony, a potem, zaszczuty, wyciszył temat.

W wygrażaniu Nicolásowi Maduro zobaczyć też można ciąg dalszy trumpowskiej opowieści o zalewie przemocy, imigrantów i narkotyków, przed którym tylko on może obronić ojczyznę. Fakt faktem, w Wenezueli nie żyje się łatwo i szacunki mówią o nawet prawie ośmiu milionach ludzi, którzy wyjechali z kraju w poszukiwaniu lepszego życia, znaczna część z nich w ciągu ostatnich dziesięciu lat (choć przecież nie wszyscy) wyruszyła do Stanów Zjednoczonych. Narracja Trumpa jest jednak czymś innym, niż zwróceniem uwagi na poważne problemy – ich hiperbolizacją, utworzeniem połączeń tam, gdzie ich nie ma i zaoferowaniem wyborcy spójnej opowieści o świecie. Tłumaczy niepowodzenia – podobnie jak u Maduro – oraz wskazuje wroga. W trumpowskiej rzeczywistości zasadnicze ośrodki zła są dwa, jednym są imigranci, czyli przestępcy i sprawcy zapaści gospodarki. Drugi to „radykalna lewica” – na ile radykalna i na ile faktycznie lewicowa, pozostaje do oceny we własnym zakresie. Jest ona międzynarodowym intelektualno-polityczno-finansowym ruchem wymierzonym w Trumpa i jego ruch, noszącym pewne cechy spisku w wydaniu stalinowskim – pojawia się tam, gdzie akurat widzi go wódz. „Radykalna lewica” jest też głównym winowajcą upadku Ameryki, a tego podstawową formą był napływ migrantów. Powstaje więc błędne koło, które tylko nieoglądający się na konwenanse przywódca jest w stanie przerwać.

Opowieść o „radykalnej lewicy” i imigrantach, podszyta masą teorii spiskowych, wyrwanych z kontekstu faktów, uprzedzeń i strachu, ponadto uzbrojona w algorytmy mediów społecznościowych, zalała Amerykanów podczas ostatnich wyborów prezydenckich. W duecie z faktyczną słabością kandydatów Partii Demokratycznej (najpierw sędziwego Bidena, potem uosabiającej niepopularny, liberalny establishment Harris) stanowiła dla Trumpa klucz do Białego Domu.

Dziś więc, zastanawiając się jaka będzie przyszłość Wenezueli, spoglądamy właśnie na niego. Jest prawdopodobne, że gdyby zapytać go, czy będzie wojna, odpowiedź brzmiałaby „może będzie, a może nie będzie”. Ewentualnie padłaby deklaracja, że „tak, zdecydowanie”, po czym za parę dni Trump dałby jeszcze Maduro czas do namysłu, czy nie odda władzy. Ale zdaje się, że Wenezuelczykowi daleko do czarującego uśmiechu Putina i jego sztabu specjalistów od rozpracowywania rysów psychologicznych, po kursach KGB.

Ale nie, wojny nie będzie. Naloty na kartele i komandosi w dżungli to jeszcze nie wojna. Trump chwalił się też, że zarządził operacje CIA przeciwko Wenezueli. Te, jak pokazuje historia, mogą przyjmować różne formy – od cyberataków, po coś w rodzaju inwazji w Zatoce Świń. Jej jeszcze bardziej nieudaną podróbkę przypomina z pewnością sytuacja z 2020 roku. Między trzecim a czwartym maja wenezuelskie służby złapały grupę nieco bardziej zdecydowanych opozycjonistów, którzy przypłynęli do Wenezueli wraz z amerykańskimi najemnikami, by razem uprowadzić Maduro i jego czołowych dygnitarzy, kładąc kres reżimowi. Pomysł rodem z hollywoodzkiej komedii akcji, wykonanie bliższe już „Gangowi Olsena”. Trudno przypuszczać, by operacja zaaranżowana przez CIA była równie naiwna, co nieudolna, jednak – nie wnikając, czy amerykański rząd maczał w niej palce, czy nie – stanowiła ona doskonałą okazję do wybadania gruntu i skuteczności miejscowego aparatu bezpieczeństwa, jak i lojalności armii oraz elit. Zwiastun czegoś większego? Kto wie?

Jedno jest pewne – za Maduro świat raczej nie będzie płakał, nie licząc Rosji i jej podobnych peryferii moralnych świata.

Maciej Serżysko

Tekst ukazał się w nr 20 (480), 31 października – 13 listopada 2025

X