Minister i pneumatyki
11 listopada 2010 r. na frankowskim lotnisku spotykano wysokiego gościa. Z Kijowa przyleciał sam minister obrony Ukrainy Mychajło Jeżel. Był cywilem, ale większą część życia służył w marynarce i był w stopniu admirała rezerwy. Prawdopodobnie w marynarce adm. Jeżel był fachowcem wysokiej klasy, ale w lotnictwie – jak powiadają – „orłem nie był”. O tym lotnicy przekonali się szybko.
Podczas przeglądu samolotów minister zainteresował się, dlaczego koła mają „łyse” opony. Technik wyjaśnił mu, że lotnicza guma nie wymaga protektora. Jakość ogumienia sprawdzana jest według specjalnych zagłębień. Gdy te dotykają nawierzchni pasa startowego, opona idzie do wymiany. Ale przeglądane pneumatyki są dobre do wykorzystania i długo jeszcze posłużą.
– Dobrze, dobrze – przerwał minister, ale dlaczego guma jest łysa?
Potem zrobił uwagę, dotyczącą kurzu w maszynach grupy przechowywania (gdzie przez lata stoją niesprawne samoloty) i z uczuciem dobrze spełnionego obowiązku odleciał do Kijowa.

Armaty Potockich
Gdy uważnie popatrzymy pod nogi, to przed bramą dawnego pałacu Potockich możemy zobaczyć dwie niewielkie armaty. Są głęboko wkopane w asfalt i widoczne są jedynie ich fragmenty. Kiedyś ta artyleryjska para broniła bramy pałacu. Niektórzy krajoznawcy świadczą, że są to pozostałości po potężnej artylerii Potockich, liczącej w XVIII w. około 200 dział. W początkach lat 2010. „czarni archeolodzy” mieli zamiar wydostać działa, ale okazało się, że głębiej są przyspawane do bramy. Odwalony asfalt w tym miejscu przypomina o tej nieudanej próbie kradzieży.
Ciekawe, czy zaryzykowaliby te działania, gdyby wiedzieli, że nie są to prawdziwe armaty? W rzeczywistości są to dwa stalowe bloki, stylizowane „na armatę”. Wkopano je przy bramie z bardziej prozaicznych przyczyn – by karety i powozy, wjeżdżające na teren pałacu nie niszczyły kołami bramy. Podobne elementy dekoracyjne zachowały się przed wjazdem do stacji pogotowia przy ul. Strzelców Siczowych. Wprawdzie pałacowa „artyleria” jest starsza – przynajmniej o sto lat.
„Szyszkin”
Kto odwiedził kawiarnię-antykwariat „SzpindeL” wie, że jest tam pełno starych rzeczy, w tym i obrazów. Jeden z nich ma interesującą historię.
W 2011 r. na znanej europejskiej aukcji pewien Anglik wystawił obraz znanego rosyjskiego artysty Iwana Szyszkina, dodając do obrazu certyfikat oryginalności. Nowym właścicielem zażartej aukcji stał się szczęśliwy gospodarz antykwariatu „SzpindeL”.
Jednak szczęście antykwariusza nie trwało długo. Przy przekraczaniu granicy celnik był zszokowany, że granicę Ukrainy przekracza obraz najbardziej znanego pejzażysty na świecie. Aby rozwiać wątpliwości zamówiono ekspertyzę we frankiwskim muzeum. Ekspert orzekł, że obraz nie jest autorstwa Szyszkina.

Właściciel slusznie się oburzył i skierował pretensje do byłego właściciela-Anglika, który po długich dyskusjach zwrócił część zapłaconych pieniędzy. Wyglądało to na typowe oszustwo, często zdarzające się przy handlu dziełami sztuki.
Historia miała jednak interesującą kontynuację. Kilka lat przed wybuchem wojny z Rosją obrazem zainteresował się jeden z rosyjskich kolekcjonerów, którego nie niepokoiły poprzednie spory wokół obrazu. Zaproponował on wykupienie dzieła. Właściciel „SzpindLa” odmówił i Szyszkin-nie-Szyszkin został we Frankiwsku.
Interesujący pomnik
Tę historię opowiedział mi znajomy przewodnik. Od razu uprzedzę, że było to przed wojną w 2012 r. Istnieje popularna trasa „Karpackie Koło”, prowadząca z Frankiwska przez Kołomyję, Kosów, Werchowynę (Żabie), Worochtę i Jaremcze.
Pewnego razu przewodnik oprowadzał po tej trasie grupę turystów z Rosji. Pokazał gościom piękno przyrody Karpat, zapoznał z tradycyjną huculską kuchnią, odwiedzili bazarek z upominkami – jednym słowem, było jak zawsze. Do Frankiwska autokar wracał inną drogą – od strony lotniska. Stoi tu pomnik Stepana Bandery. Przed pomnikiem pewna wiekowa nauczycielka wygłosiła komplement: „А посмотрите, какие украинцы молодцы. Нам говорили, что они тут все страшные националисты, а они памятник Путину поставили!” („Zobaczcie, jacy wspaniali są Ukraińcy. Nam mówiono, że są strasznymi nacjonalistami, a oni pomnik Putinowi wystawili!”).

Artystyczne proroctwo
Porzekadło głosi, że „idee latają w powietrzu”. Jest jeszcze jedna interesująca zależność – mogą przez dłuższy czas gdzieś tam sobie latać, a potem jednoczenie przychodzą do głowy kilku różnym ludziom. Uczeni nawet dorobili do tego interesującą hipotezę, która nazwali „mnogim odkryciem”. We Frankiwsku ta hipoteza też znalazła swoje potwierdzenie.
Mieszka u nas artysta-malarz Nazar Kardasz. Za każdym razem, gdy przechodził przez pl. Szeptyckiego czuł, że brakuje tam pomnika metropolity. Jego postać pozostawiła znaczący wkład w historii Ukrainy i zasłużyła sobie na godne upamiętnienie – większe niż skromna tabliczka z nazwą placu. Ale jak tu zwrócić uwagę społeczności na potrzebę ustawienia tu pomnika Szeptyckiego? Nazar Kardasz podszedł do tego twórczo – postanowił namalować plac z pomnikiem władyki Andreja w centrum i eksponować obraz na wystawie. Było to w dalekim 2012 r., gdy o dzisiejszym pomniku jeszcze nikt nie myślał. Ponieważ obecne miejsce pomnika zajmowało wówczas dzieło kowalskie „Wielkanocne słoneczko”, artysta umieścił pomnik nieco bliżej fontanny.
Gdy obraz był na ukończeniu, do artysty zadzwonił wydawca Wasyl Iwanoczko i zaproponował spotkanie. Przy kawie powiedział, że zbliża się jubileusz 150-lecia metropolity i dobrze byłoby uwiecznić go w spiżu. Na to Kardasz odpowiedział:
– Wasylu, namalowałem już taki pomnik!

Interesujące, że Iwanoczko już wcześniej zainicjował konkurs na najlepszy projekt takiego pomnika. Niestety artyści zignorowali jego propozycję – nie przedstawiono ani jednej pracy. Trzeba było zaczynać od nowa. Wydawca poprosił, by Nazar Kardasz stworzył własny projekt i przedstawił go jury. Artysta zgodził się i zaproponował pomnik Szeptyckiego w młodzieńczym wieku 35 lat – takim, jakim zapamiętali go ówcześni mieszkańcy Stanisławowa, gdy był tu biskupem.
Tym razem na konkurs przysłano siedem propozycji. Pierwszeństwo oddano pracy lwowskiego rzeźbiarza Stepana Fedoryna. Ta właśnie postać metropolity uwieczniona została w 2015 r. na placu Szeptyckiego.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 19 (479), 17 – 30 października 2025
