Dr Piotr Olechowski: Lwowa nigdy nie porzuciłem i wracam do niego, jestem w nim cały czas, tematyka lwowska jest mi bardzo bliska

Dr Piotr Olechowski: Lwowa nigdy nie porzuciłem i wracam do niego, jestem w nim cały czas, tematyka lwowska jest mi bardzo bliska

dr Piotr Olechowski, Instytut Historii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz Instytut Strat Wojennych im. Jana Karskiego w Warszawie, w rozmowie z Konstantym Czawagą.

Jak to się stało, że Pan zajął się tematyką lwowską?

Kiedy studiowałem historię na Uniwersytecie Szczecińskim, wykrystalizowały się te moje zainteresowania tematyką przede wszystkim lwowską, ale też szeroko pojętą tematyką wschodnią, gdyż podejmowałem również inne tematy poza Lwowem. Co nie zmienia faktu, że Lwów zawsze był, jest i prawdopodobnie będzie mi najbliższy. Wyraz temu dałem, przenosząc się na studia magisterskie w 2013 r. na Uniwersytet Rzeszowski.

Z perspektywy czasu już wtedy wiedziałem, że chciałem po prostu być bliżej Lwowa. W Rzeszowie pozostałem również na okres studiów doktoranckich, na okres niecałych czterech lat, z czego, jakby tak lekko policzyć, to ponad rok z pewnością spędziłem we Lwowie. A później już szukając pracy zawodowej po obronie pracy doktorskiej trafiłem do Warszawy i dalej do Katowic.

Piotr Olechowski i Jan Malicki, zbiory P. Olechowskiego

Jaki był pierwszy temat dotyczący naszych terenów?

Pierwszy temat dotyczący tych kwestii nazwijmy to lwowskich to była jeszcze tak naprawdę praca licencjacka na Uniwersytecie Szczecińskim, która dotyczyła Cmentarza Obrońców Lwowa w ujęciu przekrojowym, gdyż tak to w Polsce zazwyczaj wygląda, że prace licencjackie nie mają być odkryciem naukowym, a jedynie ujęciem tematu, nazwijmy to tak w sposób na podstawie dotychczasowych opracowań innych badaczy. Później, z kolei już na Uniwersytecie Rzeszowskim moja praca magisterska dotyczyła stosunków polsko-ukraińskich we Lwowie międzywojennym, ale tylko na podstawie wspomnień jednej i drugiej strony, co ważne. Już takie pojęcie porównawcze zarówno z ukraińskiego, jak i polskiego punktu widzenia. I ta praca ukazała się nawet drukiem w formie monografii w Przemyślu w 2017 r.

W latach następnych troszeczkę odszedłem od Lwowa, czego rezultatem jest chociażby moja książka dotycząca życia codziennego na ziemi Stanisławowskiej, czyli dzisiejszym Iwano-Frankiwsku, zarówno za pierwszych sowietów, a więc w latach 1939-1941 oraz za okupacji niemieckiej, czyli do 1944 r. Mamy tu również porównanie, jak wyglądało codzienne funkcjonowanie w warunkach wojny. Nie tak dawno zresztą w Centrum Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego w dawnym Stanisławowie, dzisiejszym Iwano-Frankiwsku odbyła się prezentacja tej monografii i myślę, że dobrze ukazaliśmy, jak to się ma w odniesieniu do dzisiejszej sytuacji na terenie Ukrainy, a więc jak funkcjonować w warunkach wojny, jak to życie codzienne wygląda.

Natomiast moim póki co głównym i najważniejszym osiągnięciem naukowym jest monografia Agonia Polaków we Lwowie w latach 1944-1959, która dotyczy Lwowa powojennego, a więc tego okresu, który dotychczas tak w polskiej, jak i w ukraińskiej historiografii, w nauce historycznej nie był, mówiąc wprost, zbadany w sposób należyty. Bo praktycznie wcale nie podjęto żadnych inicjatyw w tym kierunku.

Coraz mniej świadków tych wydarzeń. Ludzie odchodzą, starsze pokolenia odchodzą. Z jakich źródeł Pan czerpie informację? Z archiwum?

Niewątpliwie tak. Pan Redaktor ma rację. Jako historyk zawsze przewagę oddawałem źródłom archiwalnym w przeciwieństwie do relacji ludzi, aczkolwiek relacje ludzi też są w tej książce, tylko nie przeze mnie zebrane, a chociażby przez Archiwum Wschodnie Ośrodka Karta w Warszawie i kilku innych badaczy w ramach rozmaitych projektów z zakresu tzw. historii mówionej. Natomiast ja, mając na uwadze źródła, wykorzystałem ponad 27, jeżeli dobrze liczę, archiwów, z czego większość to archiwa ukraińskie, przede wszystkim archiwa lwowskie. Państwowe Archiwum Obwodu Lwowskiego (DALO), jak również jego filia, o której polscy badacze w większości nie wiedzą, położona na Nowym Lwowie, przy dawnej już ulicy Bujki, obecnie nosi imię Dumanśkoho, pracująca jedynie we wtorki i w czwartki, obecnie już po remoncie, w warunkach nazwijmy to zupełnie normalnych. Natomiast w czasach, gdy ja prowadziłem badania, było tam, mówiąc wprost, zimno i jedyny okres, kiedy można było przyjeżdżać, to właśnie lipiec, sierpień, ewentualnie jeszcze wrzesień.

Korzystałem także z archiwów kijowskich, przede wszystkim Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Archiwum Wyższych Organów Władzy, Archiwum tzw. Organizacji Społecznych Ukrainy, dzisiaj oczywiście te nazwy już brzmią troszeczkę inaczej, podobnie jak nazwy ulic, przy których te jednostki się znajdują. Natomiast podstawą było oczywiście, jak już wspomniałem, to lwowskie archiwum, archiwa wszystkich uniwersytetów i szkół wyższych we Lwowie, zasoby Biblioteki Stefanyka, chociażby prasa codzienna, słynny Czerwony Sztandar, który ukazywał się do czerwca 1950 r.

Czy te źródła archiwalne są dostępne? Jak układa się współpraca?

Na dzień dzisiejszy jak najbardziej archiwa działają. Poza archiwami Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, zarówno to centralne w Kijowie, jak i we wszystkich obwodach, w moim przypadku przede wszystkim we Lwowie, nad czym bardzo ubolewam. Nie ma dostępu, gdyż osoby tam zatrudnione w warunkach wojny zajmują się, mówiąc wprost, czym innym, aniżeli działalnością archiwalną.

Natomiast wspomniane DALO pracuje w nazwijmy to trybie normalnym, podobnie jak Biblioteka Stefanyka, podobnie jak inne archiwa obwodowe, chociażby nie tak dawno właśnie byłem w Iwano-Frankiwsku, gdzie także zostało wszystko co potrzebowałem dostarczone i udostępnione. Co ważne i co trzeba podkreślić wyraźnie, od pewnego czasu we wszystkich archiwach państwowych obwodowych na terenie Ukrainy można fotografować własnym zasobem, własnym sprzętem w sposób bezpłatny, co biorąc pod uwagę wcześniejsze lata, jest swego rodzaju rewolucją dla badaczy nie tylko z Polski, także badaczy miejscowych. Natomiast trzeba też sobie szczerze przyznać, że w obecnych warunkach kolegów i koleżanek z Polski w archiwach lwowskich czy innych na terenie Ukrainy raczej nie spotykam.

Jakie ciekawe niespodzianki znalazł Pan w tych źródłach?

Tego typu niespodzianek, czy jak to się mówi w Polsce, kwiatków jest bardzo, bardzo dużo. Tutaj można wymieniać chociażby inwigilację księży rzymskokatolickich po II wojnie światowej, inwigilację tak zwanych zwykłych ludzi, inwigilację inteligencji. Nie tak dawno ukończyłem i mam zamiar opublikować tekst – myślę, że to będzie część przyszłej monografii – dotyczący inwigilacji doskonale znanego we Lwowie dr. Henryka Mossinga, późniejszego utajnionego księdza rzymskokatolickiego w latach stalinowskich, czyli od 1947 r., kiedy to się zaczęło, do 1953 r. Na razie odnalazłem w zasadzie tyle dokumentów, gdyż po śmierci Stalina w 1953 r. nastąpiły przemiany, jeżeli chodzi o strukturę i nazewnictwo radzieckich służb specjalnych. Nie wątpię, że tego rodzaju działania były prowadzone dalej, aczkolwiek na razie więcej odnaleźć się nie udało. Ale liczę na to, że w przyszłości, kiedy archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy otworzy się po raz kolejny, będzie można do tego powrócić i tego rodzaju teczki, informacje odnaleźć.

Protokół zeznań, zbiory P. Olechowskiego

Czy służby sowieckie wiedziały o działalności duchownej doktora Mossinga?

Zdecydowanie tak, tutaj zdecydowanie trzeba przyznać, że doskonale wiedziały.

Co jeszcze udało się Panu znaleźć?

Mamy chociażby sytuację wewnętrzną we wszystkich wówczas jeszcze trzech szkołach z polskim językiem wykładowym, gdzie raportowano, czyli mówiąc wprost, donoszono o zachowaniu poszczególnych uczniów. Nie tylko na łamach oficjalnej prasy, jaką był Czerwony Sztandar, ale także w tego rodzaju raportach, nazwijmy to, wewnętrznych, a więc nieupublicznianych, bardzo często spotykamy się z konkretnymi nazwiskami wówczas uczniów, dzisiaj już osób w podeszłym wieku albo niestety nieżyjących, które jeszcze jako te kilkunastoletnie, może nawet tylko kilkuletnie dzieci dopuszczały się z punktu widzenia radzieckich władz rzeczy niewyobrażalnych, rzeczy zabronionych. A polegało to na przykład na śpiewaniu polskich pieśni patriotycznych w murach szkoły z polskim językiem nauczania, gdzie język polski przecież był dozwolony. Narodowa jak gdyby w treści, natomiast komunistyczna w formie miała być ta nauka. To też było widać na podstawie programów nauczania.

Orzeczenie o postawieniu w stan oskarżenia, 1945 r., zbiory P. Olechowskiego

W archiwach można odnaleźć ponadto bardzo dużo informacji takich, które nie ujrzały światła dziennego, a na przykład były jakimiś prognozami, przygotowaniami. Chociażby kwestia likwidacji parafii kościoła św. Marii Magdaleny w 1962 r. Tak naprawdę przygotowania trwały już od drugiej połowy lat 50., od wyjazdu Polaków w ramach tak zwanej drugiej „repatriacji”. A trzeba wyraźnie podkreślić, że to nie była żadna repatriacja, tylko tak zwana lub też w cudzysłów należy to zawsze ubierać, ponieważ ci ludzie tak naprawdę nie powracali do ojczyzny, gdyż zostali w swoim mieście, w swoim miejscu urodzenia, a tylko granice się zmieniły po II wojnie światowej.

Lista członków towarzystwa kościoła pw. św. Marii Magdaleny, zbiory P. Olechowskiego

To we Lwowie. A w obwodzie lwowskim?

W archiwum obwodowym, zwłaszcza w tej części znajdującej się na ulicy Podwale mamy osobny tak zwany fond, czyli zespół o numerze 1332, „religijny”, który dotyczy w zasadzie wszystkich wspólnot religijnych działających na terenie powojennego Lwowa i okolic. Dokumentacja była prowadzona w trybie ciągłym do lat 90., czyli do upadku Związku Radzieckiego i tam za każdym razem osobnym jak gdyby rozdziałem, osobną komórką, jednostką – jakbyśmy to nazwali – była kwestia kościoła rzymskokatolickiego obejmującego nie tylko Lwów, ale także parafię na terenie całego obwodu lwowskiego. I to funkcjonowanie wyglądało w sposób taki, że co kwartał, jeżeli dobrze pamiętam, były sporządzane szczegółowe raporty, statystyki, jak to wszystko było przekazywane lub też zbierane. Nie oszukujmy się – wprost od agentów, od donosicieli, którzy takich informacji dostarczali najczęściej za jakieś różnego rodzaju korzyści.

Protokół o wyroku trzyletniego więzienia Franciszki Mach, 1937 r., zbiory P. Olechowskiego

A co Pan może opowiedzieć o Polakach działających w nauce, kulturze, takich wybitnych postaciach?

Cały rozdział mojej książki Agonia Polaków we Lwowie jest poświęcony polskiej inteligencji we Lwowie powojennym. I tutaj od razu chciałbym w pewnym sensie odkłamać dotychczas funkcjonujące w polskiej nauce, w polskiej historiografii pojęcie jakoby tych naukowców z przedwojennym rodowodem narodowości polskiej we Lwowie zostało mało. Ich została niecała trzydziestka, więc to jest liczba całkiem pokaźna, całkiem duża, całkiem dobra, z czego najwięcej oczywiście na dawnej Politechnice Lwowskiej, czyli wówczas już Lwowskim Instytucie Politechnicznym, na jaką została przekształcona zgodnie z radziecką nomenklaturą. Takie nazwiska jak chociażby Gabriel Sokolnicki, przedwojenny rektor Politechniki Lwowskiej, jak Wilhelm Moser, jak Witold Aulich, Jan Bagiński, jak jeszcze wielu, wielu można by wymieniać dalej. Ostatni z nich, profesor Adam Kuryłło, zmarł na początku lat osiemdziesiątych. I co jest interesujące, ci ludzie odchodząc już na zasłużoną emeryturę, mając w zasadzie osiemdziesiąt, a niekiedy nawet dziewięćdziesiąt lat bardzo często pracowali do ostatnich swoich dni w charakterze tak zwanych konsultantów, a więc wspomagali wówczas już naukowców radzieckich, wówczas nawet jeszcze nie ukraińskich, tylko radzieckich w bieżącym funkcjonowaniu. Co jeszcze raz potwierdza moją tezę, jaką postawiłem, że byli po prostu niezbędni dla funkcjonowania tej uczelni, zwłaszcza w drugiej połowie lat czterdziestych i na początku lat pięćdziesiątych, kiedy to tych kilkunastu Polaków w większości stali na czele katedr. Więc widać, że nawet nauka radziecka dopuszczała coś takiego, że osoba narodowości polskiej mogła stać na czele katedry, jeżeli była na tyle wybitnym naukowcem w swojej dziedzinie. Zupełnie inną historię mieliśmy w przypadku nauk humanistycznych, chociażby na ówczesnym już Uniwersytecie imienia Iwana Franki, gdzie po śmierci dwóch wybitnych prawników Przemysława Dąbkowskiego czy później Juliusza Makarewicza, Polaków z przedwojennym – podkreślam – rodowodem nie było praktycznie wcale.

Informacja milicyjna o złożeniu kwiatów pod pomnikiem Mickiewicza przez aktorów Polskiego Teatru Ludowego, październik 1981 r., zbiory P. Olechowskiego

Czy mogę zapytać o plany wydawnicze?

W tej chwili oczekuję na wydanie mojej książki habilitacyjnej. Ona akurat nie będzie dotyczyła Lwowa, tylko tak zwanej operacji polskiej, a więc lat 1937-1938 na terenie za Zbruczem, czyli na terenie ówczesnego obwodu jeszcze winnickiego, a od 1937 r. wyodrębnionego obwodu kamieniecko-podolskiego. To jest podyktowane taką, można powiedzieć, niepisaną zasadą w polskiej nauce, że habilitacja powinna dotyczyć innego tematu niż doktorat, stąd też zdecydowałem się na takie chwilowe, powiedzmy sobie w cudzysłowie „odejście” od Lwowa. Chociaż tak naprawdę Lwowa nigdy nie porzuciłem i wracam do niego, jestem w nim cały czas, tematyka lwowska jest mi bardzo bliska i kontynuuję obecnie nawet w warunkach wojny badania archiwalne tego rodzaju. Będzie przygotowana kolejna publikacja na temat Lwowa, na temat Lwowa powojennego, ale o tym opowiem troszeczkę przy innej okazji.

Dziękuję bardzo.

Rozmawiał Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X