Chłodny lipiec 1925 r. w IKC Członkowie Bractwa Kurkowego. NAC

Chłodny lipiec 1925 r. w IKC

Ilustrowany Kuryer Codzienny (popularnie IKC), mimo iż ukazywał się w Krakowie, to informował o wydarzeniach lokalnych w całej Galicji. Podawał też wiele informacji politycznych z całego świata. Jako popularny we Lwowie – a ponadto Kuryer – zagości dziś na naszych łamach.

Kącik satyryczny IKC:
– Mam wspaniałe mieszkanie z balkonem za 2.500 zł. Rocznie
– …a ile będzie bez balkonu?

Okazuje się, że Henryk Zbierzchowski pisał nie tylko wiersze w „Gazecie Porannej”, ale też w IKC w rubryce „Listy ze Lwowa” przedstawił „Intronizację Króla Kurkowego”.

Było to w dniu Bożego Ciała. Dzień ciepły i świeży, po lekkim deszczyku porannym, znęcił za miasto wiele par miłosnych na tę ucztę królewską, której menu składa się wyłącznie z słodkich pocałunków. Ileż to głów odskoczyło od siebie z przerażeniem, gdy nagle w samo południe zatrząsł się cały Lwów od armatniego huku. Tam do djabła! cóż to? czy nowa inwazja? Dawne, zatarte już wspomnienia listopadowe odżyły nagle w duszy. Na szczęście to tylko intronizacja króla kurkowego na Strzelnicy, o której dają znać stare moździerze, co pamiętają jeszcze króla Ćwioczka.

Ten król kurkowy, to także jedna z osobliwości Lwowa, piękna pamiątka z przeszłości, nie wszystkim znana, a osobnego listu bezwzględnie warta. Było to tak. Bractwo strzeleckie było od wieków konfraternią mieszczan, której celem było ćwiczenie się we wszelakiej broni, ażeby w razie napadu wrogów swojemu miastu wojenny nieść sukurs. W czasach, gdy załogi wojskowe po grodach były nadzwyczaj szczupłe, (Lwów nie posiadał wіęсеj niż 200 żołnierza), nie mogła być obojętna królom polskim taka mieszczańska szkoła rzemiosła wojennego, jaką z biegiem czasu stało się bractwo strzeleckie we Lwowie.

Fundamentalny przywilej Zygmunta Augusta z r. 1546 między innemi powiada:

„Aby przeto ćwiczenie się w strzelaniu z kusz, jako też z rusznic mniejszych i większych coraz bardziej nie upadało, a wreszcie zupełnie zaniechane nie zostało, tym dyplomem Naszym zapobiec postanowiliśmy i nakazujemy wszystkim mieszczanom i cechom rzemieślniczym lwowskim, aby jak dawniej tak i na przyszłość, utrzymywali zwyczajem uświęcony sposób strzelania i ćwiczyli się według dawnego zwyczaju w miejscach i pewnych czasach do tego strzelania przeznaczonych. Ile zaś razy uda się któremuś z mieszczan, że ptaka, czyli kura, którego oni z drzewa zrobiwszy, jako cel do strzelania wystawiają, na górze tychże łuczników własnej, a od wieków na ten użytek im nadanej, strzałem strąci i zrzuci, ten ma używać i cieszyć się przywilejem takowym, że od wszelkich podatków będzie wolny, dopóki znowu ów ptak, czyli kur, przez innego Strzelca takim samym sposobem nie zostanie strącony”.

Jeśli każdorazowemu królowi kurkowemu przyznawano całkowite uwolnienie od podatków, i cala konfraternia strzelecka nie mogła pozostać bez nagrody. Nagrodą tą było prawo pobierania spaśnego – to jest 2 groszy od każdej sztuki bydła, sprowadzonego z Wołoszczyzny lub skądinąd, które się zatrzymało na pastwiskach gminnych.

Bractwo strzeleckie w dzisiejszych czasach nie jest już szkołą rzemiosła rycerskiego, ku obronie miasta istniejącą. Trochę klub to towarzyski i myśliwski, trochę mieszczańska partja polityczna, a jednak zachowując z pietyzmem wszystkie najdawniejsze tradycje, z intronizacją, koronacją i detronizacją króla kurkowego związane, jest bardzo ważnym szańcem, który broni polskości tej kresowej placówki, przypominając nam co roku dawne dzieje Lwiego grodu. Przywileje dzisiejszego króla kurkowego są prawie żadne. Ma za to prawo iść na procesji Bożego Ciała ze złotym łańcuchem na szyi, dźwigającym kura, w asystencji dwu marszałków z buławami, ale ileż kosztują te przyjęcia w chwili intronizacji, koronacji i detronizacji, te imieniny, śniadanka i podwieczorki królewskie. Tu trzeba dodać, że Strzelnica liczy 300 mężów na schwał, co to potrafią i zjeść, i popić po staropolsku. Więc królem kurkowym może być tylko człowiek naprawdę zamożny, w kiesie nabity, w wydawaniu szczodry. Zostaje nim obywatel, z góry już przez prezesa Strzelnicy i jego członków upatrzony, а w tajemniczy hokus pokus z wystrzeleniem gwoździa przymyka z pobłażaniem oczy i prasa.

W tym roku królem kurkowym zrobiono p. Kupczyńskiego. Chłop ma być do rzeczy pod każdym względem. Habemus papam! – krzyknęła Strzelnica w dniu Bożego Ciała, witając nowego króla. Wielu nie władających łaciną rozumiało to tak: będziemy mieli dobre papu. Podobno uczta królewska nie zawiodła ich nadzieji.

Rubryka „Na marginesie” publikowała aktualne felietony. Ten, zatytułowany „Życie opancerzone drutem kolczastym i betonem” jest bardzo aktualny i dziś.

Tak jest niestety tylko w Polscę. Najdrobniejszy przedmiot, gdziekolwiek by się znalazł, musi być dobrze strzeżony. Niepewne jest dobro publiczne czy prywatne, zbrodnicze ręce coraz częściej sięgają po wota, a nierzadko kradną sprzęt kościelny, ukrywający komunikanty. Czyni to pewna część zwyrodniała ludności, nie powodowana nędzą, lecz chęcią łatwego zysku lub dla dogodzenia zbrodniczemu instynktowi.

Zupełnie niepostrzeżenie z dnia na dzień miasto przybiera wygląd więzienia. Z dnia na dzień wyrastają wokół ogrodów i willi żelazne sztachety, przetykane kolczastym drutem, lub wysokie betonowe parkany najeżone ostremi odłamkami szkła. Dopiero pod tą, jak się jednak pokazuje, niezbyt pewną ochroną, można się spodziewać plonów w ogrodach, owoców w sadach, kwiatów na grządkach.

Dziś już niema mowy o przechadzce w najbliższe okolice Krakowa, gdzie oko mogło spocząć na barwnej plamie podmiejskiego ogródka i podziwiać wypieszczony kształt róży. Albo je przesłania gęsta sieć drutu, albo widzi się poślednie gatunki kwiatów, niemających pokupu, albo też ukrywa je parkan. Bolesny widok, a dla estety, kompromitujący. – Nawet drzewko młode musi być ujęte w ochronę. Zgraja wyrostków, pozostawiona samym sobie, rzuca się jak szarańcza na każdy uśmiech przyrody, nie da dojrzeć owocom, zdoła zniszczyć zagon, zaledwie w zawiązku ziemniaków, depcze łany zbóż.

Jest w tem coś ogromnie smutnego i bolesnego. Ileż to jest rodzin, które nie pytają wyrostka, skąd wziął naręcze kwiatów lub owoc, a jakże często same patronują tym złodziejskim wyprawom. A takie rodziny wandalów mnożą się. Nie są to rzeczy drobne i bez znaczenia. Dziś róża skradziona z plant, jutro drobiazg z lady sklepowej, dalej sięganie do cudzej kieszeni i tak dalej.

Nie pomogą wysiłki policji, nawoływania zarządu gminy, jeżeli rodzina nie zacznie tępić w sposób najostrzejszy najdrobniejszego przejawu nieposzanowania cudzej własności.

Tak chroni się prywatność. NAC

I kolejny ciekawy aktualny felieton: „Panie dyrektorze, nie bądź pan świnią” zredagowany przez niejakiego Tommy’ego.

Ci wszyscy, którzy przeszli przez cztery lata uniwersyteckich studjów i nie opływali zbytnio w dostatki, pamiętają dobrze dobroczynna rolę, jaką odgrywają kasy „wzajemnej pomocy”. Student miał doskonale płatną lekcję. Nagle bęc! Na samego pierwszego lekcja się urywa, zaliczki z góry pobrane, studencisko bez grosza w kieszeni, a tu kiszki grają marsza aż miło! Wtedy wypożycza się arkusz papieru, wypisuje płomienną epistołę do „bratniej pomocy” i forsa jest! „Oddam, gdy będę na posadzie, po ukończeniu studiów”.

Ile takich wypadków notują annały każdego z takich „z akademickiem wykształceniem”? To trzeba wypłacić ratę za ubranie, to opłatę uniwersytecką, to wykupić palto z naprawy, to zapłacić komorne. Zawsze w tych strasznych terminach, gdy człek miał nóż na gardle, „wzajemna pomoc” ratowała jak mogła: czy bezpłatnemi obiadami, czy mieszkaniami na kredyt, czy pożyczką.

Zawsze w takim wypadku ratunek ten wywoływał u tonącego łzy radości i solenne przyrzeczenie zwrotu. A potem, gdy się wypierzył, gdy się dochrapał stanowiska, gdy doszedł do tych kilkuset, a nieraz tysięcy złotych na miesiąc, taki jeden, drugi, dziesiąty i setny „zapomniał”… Zapomniał nawet, choć nieraz tu i ówdzie „wzajemna pomoc” mu uprzejmym listem przypominała. Tak np. nieściągnięte pretensje krakowskiej „bratniej pomocy” za ostatnich 15 lat przekraczają 160.000 zł.

Wypada więc tym wszystkim powiedzieć:

– Panie dyrektorze, prezesie, właścicielu realności, czy radco, nie bądź pan świnią! W takiej sytuacji, jak pan byłeś przed X laty, znajdują się młodsi członkowie „bratniej pomocy”. Niejeden opędza dzień herbatką z chlebem, boś pan za pieniądze, któreby on dostał, zjadł właśnie sutą kolację w „Grandzie”. Niejeden nie chodzi na wykłady z braku butów, bo pan właśnie zrobił wycieczkę autem za tych 60 złotych, któreby go wyratowały…

Właśnie otrzymaliśmy komunikat „Towarzystwa wzajemnej pomocy U. J. w Krakowie”. Proszą nas, byśmy tych niewdzięcznych zawiadomili o grożących im represjach, których początkiem będzie ogłoszenie nazwisk dłużników publicznie.

Sądzimy, że do tego nie przyjdzie. Jeżeli nie wzruszą się narzekaniem głodnego akademika, to raczej przestraszą się tych niemiłych konsekwencyj.

I jeszcze jeden aktualny temat tekstylny: Krótkie sukienki – długi kryzys.

Jeden z krawców powiedział:

– Ach, tak! W tym roku panie nosić będą suknie jeszcze krótsze niż w roku zeszłym. Tak zostało zadecydowane.

– Przez kogo? – zapytano.

– Przez modę. Przez tę rzecz nieuchwytną a subtelną, która zaczyna się śmiałością, a kończy niekiedy – głupstwem… Proszę nie sądzić – mówił dalej damski krawiec – że to krawcy stwarzają mody, oni tylko są jej ofiarami. Moda, to kobieta kapryśna, która umie ubierać się i rozbierać, a my, krawcy, staramy się tylko w miarę sił dopomódz w realizowaniu postanowionego szaleństwa. Czasem jest to przyjemne, a czasem przykre. Krótko mówiąc, tegoroczne sukienki będą krótkie. Tem lepiej dla pięknych nóżek i tem gorzej dla… fabrykantów. Sukienki będą krótkie, ale kryzys długi.

– O jakich fabrykantach pan mówi?

– O fabrykantach tkanin. Idź pan do nich, a popuchną ci uszy od ich lamentacji.

Trzeba się było zatem zwrócić do fabrykanta.

– Czy prawdą jest, że krótkie sukienki, które tak dogadzają paniom, w wysokim stopniu nie dogadzają fabrykantom?

Fabrykant odpowiedział:

– Oczywiście, moda obecna chce, aby suknia kobiety pomieściła się w jednej garści. Panie nie oblekają się już materiałem ani od góry ani od dołu, a wskutek tego na dzisiejsze suknie bardzo mało materiału wychodzi, mniej się też materjału fabrykuje. My jednak, fabrykanci tkanin, przywykliśmy do zmienności mody. Zresztą moda nie jest bynajmniej wieczna, jak np. podatek. Nigdzie nie napisano, że jutro nie wrócimy do sukni z trenami długiemi na półtora metra.

– Wszak krótka suknia jest wygodna!

– Właśnie to jest jeszcze jedna racja więcej, że krótka moda nie potrwa długo, w przeciwnym razie musielibyśmy zwątpić o nielogiczności kobiecej mającej upodobanie w kontrastach. Jeżeli np. tegoroczne lato będzie gorące, napewno futra staną się modne…

A zatem moda współczesna wywoła kryzys w zakładach modniarskich. Czy rzeczywiście tak się stało? Odpowiedź na to może dać współczesna elegantka. Otóż ona mówi:

– Sukienka krótka czy długa, to wszystko jedno. Jestem przekonana, że krawcy przynajmniej nie mają powodu do narzekań, gdyż za jedną i drugą pobierają jednakowe ceny.

Po co wiec lamenty i narzekania na nie istniejący kryzys?

Lipcowy IKC otrzymał następującą odezwę, poświęconą upamiętnieniu bohatrów: „Pomnik na grobie bohaterów”.

W czasie najazdu bolszewickiego rozegrała się dnia 16-go września 1920 r. krwawa bitwa we wsi Dytjatynie pow. Rohatyńskiego. Walczyła 4-ta baterja 1-go p. a. g. oraz część żołnierzy 3-go baonu 18 p. p.

Wzięci w krzyżowy ogień przez kilka baterji nieprzyjacielskich, nie poddali się – ale raz po razu bagnetem odpierali ataki piechoty i konnicy Budionnego. Aż wreszcie coraz silniej, pierścieniom nieprzyjacielskim otoczeni, przemocy uledz musieli.

Ofiarą walki było przeszło 100 młodzieży naszej, którą po rozbrojeniu i zdarciu odzienia, rozsiekała mordując w okrutny sposób, konnica Budionnego.

Poległ kpt. Zając, co leżąc śmiertelnie ranny, jeszcze z rewolweru ubił kilku bolsezwików. Leżał por. Wątroba, a wypalonymi zapałkami oczami i trzema gwiazdami na brzuchu, por. Swiebocki, co porywał za sobą żołnierzy w ataku na bagnety, kpt. Domański, nad którym okrutnie bolszewicy się pastwili.

Tak walczyła 4-ta baterja z pułku podhalańskiego, dziś zaszczytnie nazwana 4-tą baterją śmierci.

Rodacy! uczcijmy pamięć bohaterów wzniesieniem na kurhanie pomnika-kaplicy, jako posterunku narodowego – wschodniej rubieży Polski. Kaplica stanie pod wezwaniem św. Teresy z Karmelu z Lisieux. Opiekunka żołnierzy, czczona w kaplicy: na mogile męczenników – jak cudnie będzie jej w tym miejscu – słynącą łaskami – ku sławie naszej drogiej mogiły. Czy w prośbie, czy w podzięce za otrzymane łaski – ofiara na budowę świątyni będzie najmilszą Jej Sercu.

Kto kocha świętą Terenię, niech złoży na ten cel ofiarę. Ofiary zbiera Administracja „Ilustr. Kurjera Codz.”, pocztą: Stanisław Michniewski, skarbnik budowy kaplicy i dzierżawca dóbr w Dytjatynie, poczta Bybło-Halicz.

Policja jest bezwzględna nawet dla pieszych. NAC

IKC podawał również ciekawostki z różnych stron Polski i nie tylko:

Ciekawostka również aktualna: „Ukarany przechodzień”.

Należy zanotować pierwszy raz fakt ukarania przez komisariat rządu przechodnia, który wbrew przepisom wydanym ostatnio przez komisariat Rządu, znalazł się w pewnym momencie na jezdni, co jest niedozwolone, Według przepisów, podyktowanych koniecznością regulowania ruchu pieszego w Warszawie przechodnia tego skazano na 60 złotych grzywny.

Psia demonstracja w Wrocławiuokazuje się, że psiarze – to siła, nawet w systemie totalitarnym.

Jak z Wrocławia donoszą, odbyła się tam temi dniami osobliwa demonstracja. Oto pięć do sześciu tysięcy właścicieli psów zgromadziło się ze swymi czworonożnymi przyjaciółmi na Schlossbergu i uformowało pochód demonstracyjny przez główne ulice miasta. Ten protest właścicieli, a zwłaszcza właścicielek psów, zwracał się przeciw zbyt wysokim obowiązującym w Wrocławiu opłatom od psów, wynoszących tam po 60 marek rocznie.

Psy wszystkich ras i wszelkiego rodzaju mieszańce objawiały straszliwem szczekaniem swoje zadowolenie, iż i im danem było przynajmniej raz w życiu wystąpić do walki z magistratem. Wiele okazów psiego rodu niosło wetknięte w obroże plakaty z bardzo energicznemi napisami. Ten olbrzymi pochód, urozmaiconу szczekaniem tysięcy psów, a odbyty w godzinach popołudniowych, zatrzymujący przytem wszelki ruch uliczny, wywołał wśród publiczności ogromną wesołość.

Demonstracja zakończyła się przed ratuszem, gdzie ponownie wszystkie psy od najmniejszego począwszy a na największym dogu skończywszy, wywołały szczekaniem piekielny hałas. Policja przyglądała się demonstrantom bezradnie.

A w Rosji sowieckiej natrafiono na Cenny manuskrypt w Petersburgu. Ciekawe, co z nim dzieje się teraz?

Według doniesień z Petersburga, w archiwum tamtejszej bibljoteki publicznej, znaleziono stary zżółkły manuskrypt w języku perskim. Manuskrypt przedłożony został rosyjskiej Akademji umiejętności. Znawca języka perskiego i perskiej literatury, prof. Marr, stwierdził ku swemu zdumieniu, że ma przed sobą oryginalny manuskrypt jednego ze zbiorów bajek „Z tysiąca i jednej nocy”.

Manuskrypt ten powstał w połowie XV stulecia i uważano go dotychczas za zaginiony. Wartość tego antykwarycznego unikatu jest niewymierna.

Cenny manuskrypt zostanie przechowany w jednym z rosyjskich muzeów. Uczeni rosyjscy przypuszczają. że nie istnieje żaden odpis tego manuskryptu.

I trochę wiadomości ze świata kryminału: „Panicz” we Lwowie?

Ze Lwowa donoszą: Policja lwowska otrzymała poufne doniesienie, że we Lwowie przebywa osławiony bandyta Panicz, gdzie odpoczywa po trudach jarosławskich. Wiadomość ta pochodziła od pewnej konfidentki.

Nic dziwnego, że wiadomość ta podziałała elektryzująco na lwowską policję. Urządzono natychmiast obławę na dworcu głównym, ale bez skutku. Panicz, który z 5 towarzyszami miał znajdować się na dworcu, przeczuł widocznie niebezpieczeństwo i zbiegł. Tak przynajmniej zapewniała konfidentka, którą policja po nieudałej obławie aresztowała. W rezultacie niewiadomo, czy Panicz był rzeczywiście we Lwowie, czy też alarm konfidentki był inspirowany przez Panicza i miał na celu ośmieszenie policji lwowskiej.

Remont torów tramwajowych najlepiej robić jednak nocą. NAC

W kąciku poetyckim Kruk pisze wierszem o Reformie prawodawstwa

W prawodawstwie postępowem
Jedna kwestia ciągle wraca:
Osiem godzin dziennej pracy
I zniesiona nocna praca.
Od dobrodziejstw tej ustawy
Wykluczony jest odłamek:
Osiem godzin dziennej pracy
Nie odnosi się do mamek.
Choć spoczynek całonocny
Jest w zasadzie rzeczą piękną,
Nocnej pracy się nie zrzekną.
Zakochani i złodzieje.

Została zachowana oryginalna pisownia

Opracował Krzysztof Szymański

Tekst ukazał się w nr 14 (474), 39 lipca – 28 sierpnia 2025

X