Legendy starego Stanisławowa. Część 112 Ulica Wagilewicza wieczorową porą. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Legendy starego Stanisławowa. Część 112

Ulica Ginekologiczna

30 września na Ukrainie odbywały się wybory parlamentarne. Do urn mieszkańcy szli również we Frankiwsku. Tu nie obyło się bez kuriozalnej sytuacji. Jeden z punktów wyborczych mieścił się w Bibliotece dla młodzieży przy ul. Niezależności. Mieszkańcy należącej do tej dzielnicy ul. Wagilewicza (1811-1866 – ksiądz greckokatolicki, ukraiński działacz, poeta-romantyk (pisał po ukraińsku i polsku), historyk, etnograf, folklorysta, tłumacz, od 1851 kustosz biblioteki Ossolineum) nie mogli spełnić swego obowiązku obywatelskiego. Okazało się, bowiem, że ulicy z taką nazwą na liście nie ma, natomiast istnieje ul. Waginalna.

Wybuchł skandal, bo był to nie lada precedens – ludzie nie mogli oddać swoich głosów! Na konferencji prasowej w Kijowie przewodniczący komitetu wyborczego Ukrainy Aleksander Czernienko wyjaśnił, że mylną nazwę ulicy podała służba graniczna.

Wywołało to lawinę komentarzy w mediach. Zjawiło się wiele komentarzy, w stylu: gdzie znajduje się najbardziej… ginekologiczna ulica na Ukrainie?

Wypadek na warcie

Ta historia wydarzyła się jesienią 2007 r. we Frankiwskiej brygadzie lotnictwa strategicznego. Wówczas pułkownik, zastępca dowódcy jednostki postanowił osobiście sprawdzić organizację służby wartowniczej. Siadł do auta i pojechał na lotnisko. Na warcie czekał już na niego kapitan, dowódca oddziału wartowniczego i wspólnie poszli oglądać zabezpieczenie lotniska – pas ziemi pomiędzy dwoma zasiekami drutów kolczastych.

Bunkier wartowniczy. Zdjęcie autora

W rogach tego zabezpieczenia stoją bunkry wartownicze, których załoga ma jako pierwsza otworzyć ogień, aż do nadejśca głównych sił obrony obiektu. Pułkownik był osobą dokładną i wsadzał nos we wszystkie kąty – zajrzał więc do bunkra. A tam zobaczył kloakę.

– Co to jest? – wskazał na nieczystości. Według zasad służby wartowniczej  nie dozwolone jest, by wartowniczy na warcie siedział, opierał się o cokolwiek, załatwiał potrzeby fizjologiczne – miał tylko śledzić wzrokiem za powierzonym mu obiektem. Nikogo to nie obchodziło, że żołnierzyk czasem musi się załatwić.

Były to wszelkie oznaki naruszenia zasad służby wartowniczej, ale kapitan nie stracił głowy:

– Towarzyszu pułkowniku, to wszystko przez te psy. Dużo ich biega po lotnisku.

Pułkownik ze dziwieniem spojrzał na kapitana i zauważył z sarkazmem:

– Widziałem wiele, ale żeby psy podcierały się gazetą „Skrzydła Ukrainy”…

Burmistrz Artur Nimgin. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Jak wychrzczono burmistrza

Czy wierzą Państwo w możliwość zmiany przeszłości? Nieco przypomina to fantastykę, ale… w życiu może zdarzyć się wszystko i oto jako przykład historia stanisławowskiego burmistrza Artura Nimgina.

W 2008 r. ukazała się książka Żanny Komar „Trzecie miasto Galicji” o architekturze naszego miasta w okresie austriackim. Opisując działalność Artura Nimgina autorka przypuściła, że był on wychrztą (Żydem, który przyjął wiarę katolicką). Po śmierci takich osób nie grzebano na cmentarzu żydowskim, lecz na chrześcijańskim. Później okazało się, że była to pomyłka. Nimgin do końca życia pozostawał w wierze praojców, a po śmierci w 1933 r. spoczął na cmentarzu żydowskim. W tamtym czasie były dwa takie cmentarze: stary – na jego miejscu dziś stoi kino „Kosmos”, i nowy – za obecnym jeziorem miejskim. Gdzie właściwie został Nimgin pogrzebany, dziś odpowiedzieć trudno, ale nie ma to większego znaczenia.

 

Uratowany nagrobek Artura Nimgina. Zdjęcie autora

Los obu nekropolii okazał się tragiczny. Sowieci jeden zniszczyli całkowicie, a drugi zaniedbali. Płyty grobowe wykorzystywano, jako budulec. Przez dłuższy czas pochówek burmistrza uważano za stracony, chociaż nikt go naprawdę nie poszukiwał.

W kwietniu 2018 r. profesor Uniwersytetu Pedagogicznego Witalij Nadurak, spacerując po okolicach miejscowości Rybne, odnalazł w przydrożnym rowie nagrobek Nimgina. Kamień zabrały służby komunalne, a w maju tegoż roku na mocy decyzji mera Frankiwska, ustawiono go w skwerze za hotelem „Nadija”, gdzie był cmentarz katolicki.

Biorąc to pod uwagę możemy stwierdzić, że po śmierci Artur Nimgin stał się wychrztą. Żanna Komar miała jednak rację!

Jak rodzą się pomniki

Frankiwsk słusznie jest nazywany „miastem kutych pomników”, bowiem po każdym festiwalu kowalstwa miasto dekoruje kolejne wspólne arcydzieło. W 2008 r. na Deptaku pojawiło się „Drzewko szczęścia”. Niebawem szczególną uwagę zwróciły na nie młode pary i żelazne gałęzie oraz pień szybko obrosły w zamknięte kłódki z napisami w stylu „Wania+Tania”. Po jakimś czasie kłódek było tak dużo, że całkowicie przesłoniły dzieło kowali. I zamiast artystycznej kompozycji zjawił się jakiś wytwór pop-artu. Naturalnie, nie wszystkim się podobał. Na Facebooku zainicjowano grupę oczyszczenia dzieła sztuki od współczesnych „naleciałości”. Ale z drugiej strony pojawiły się posty par młodych, które obawiały się rozpadu ich stadła.

„Sześcian szczęścia”. Zdjęcie Julia Plisiuk

Wówczas kowal Wasyl Hudyma postanowił zrobić dzieło ze wszystkich tych ściętych kłódek. Biznesmen i mecenas Wiktor Wintoniak poparł inicjatywę artysty, dał materiały i praca ruszyła. Kompozycja składała się z dwóch sześcianów – mniejszego wewnętrznego i większego zewnętrznego, do których doczepiono wszystkie ścięte kłódki. Było to wspólne dzieło Wasyla Hudymy i bawarskiego kowala Swena Bauera.

Dzieło ukończono w 2012 r. i oficjalnie nazwano je „Sześcianem szczęścia” – tak, aby nikogo nie urazić. Planowano ustawić dzieło w parku koło Jeziora łabędziego, tak, by zakochani mogli nadal dekorować je swoimi kłódkami. Niestety, dyrekcja parku nie wyraziła na to zgody. Następne lokacje proponowano przy ul. Szewczenki, koło Akademii Medycznej, naprzeciwko kina „Lumiere” – ale i to się nie powiodło.

Ostatecznie „Sześcian szczęścia” znalazł przytułek na dziedzińcu pałacu Potockich. Niestety, młodzi nie spieszą się zostawiać tam swe „wieczne okowy”. Ale też na innych kutych arcydziełach w mieście kłódek już nie wieszają. I tak jest dobrze!

Tablica z okazji 1020-lecia chrztu Rusi Kijowskiej. Zdjęcie autora

Anioł powodzi

Przed katedrą greckokatolicka na murze biblioteki Akademii Medycznej wmurowano tablicę pamiątkową poświęconą 1020 rocznicy chrztu Rusi Kijowskiej. Kompozycja artystyczna składa się z anioła i krzyża, schodzących jakby z nieba. Projekt tablicy opracował miejscowy artysta Aleksander Horobiuk, a odlana została we Lwowie.

Gdy już była gotowa, autor wraz z organizatorem festiwali kowalskich Serhijem Połubotko wyruszyli po nią samochodem osobowym. Był to koniec lipca 2008 r. Akurat cała Zachodnia Ukraina ogarnięta była potężną powodzią. Do Lwowa panowie jeszcze jakoś dotarli, zabrali tablicę i ruszyli w drogę powrotną.

I tu zaczęły się przygody. Poziom Bystrzycy Sołotwińskiej wzrósł tak gwałtownie, że policja zamknęła przejazd przez most na ul. Halickiej. Postanowiono udać się objazdem przez Drahomyrczany. Ale i tu, gdy już dotarli nad przeprawę – woda zmyła most. Zawrócili i długo namawiali policjantów, aby przepuścili ich auto na druga stronę, pokazywali anioła w bagażniku, twierdząc, że ten ich szczęśliwie przeprowadzi. Ale policjanci byli nieubłagani. Nie pozostało nic innego, jak wziąć tablicę na ramiona i na piechotę nieść ją do pracowni przy ul. Kijowskiej – przez całe miasto.

Otóż ciężkimi bywają nie tylko krzyże, lecz i anioły…

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 14 (474), 39 lipca – 28 sierpnia 2025

X