50 lat na scenie. Jubileusz Jadwigi Pechaty i Ireny Słobodiany Irena Słobodiana i Jadwiga Pechaty, fot. Anna Gordijewska / Nowy Kurier Galicyjski

50 lat na scenie. Jubileusz Jadwigi Pechaty i Ireny Słobodiany

W połowie grudnia Polski Teatr Ludowy we Lwowie na scenie Małej Akademii Nauk przy ul. Kopernika 42 (dawnym Domu Nauczyciela) zaprezentował premierę sztuki Sławomira Mrożka „Wdowy”. Jest to dramat, opowiadający historię dwóch kobiet, które po śmierci swoich mężów przypadkiem spotykają się w kawiarni. Miłość, zdrada i śmierć w tekście Mrożka tworzą mieszankę, wymagającą od widza wyobraźni i poczucia humoru. Główne role kobiece zagrały znakomite aktorki – Jadwiga Pechaty i Irena Słobodiana, w rolę kelnera wcielił się Wiktor Lafarowicz, pierwszego i drugiego panów zagrali – Paweł Kuński oraz Bronisław Zajdel, trzecią wdowę gościnnie zagrała – Grażyna Basarabowicz. Premiera komedii była jednocześnie powodem do uczczenia 50-lecia pracy artystycznej dwóch zasłużonych dla Polskiego Teatru Ludowego aktorek – Jadwigi Pechaty i Ireny Słobodiany. Obie panie zagrały wiele wspaniałych ról zarówno klasycznych jak i współczesnych. Aktorki przyczyniły się do tworzenia historii Polskiego Teatru we Lwowie, przekazując swoją pasję do polskiej kultury oraz słowa polskiego młodszym kolegom.

fot. Anna Gordijewska / Nowy Kurier Galicyjski

– Jest to piąta pozycja Sławomira Mrożka w repertuarze naszego teatru. W 1968 r. Mrożek po raz pierwszy pojawił się na tej scenie i to było „Na pełnym morzu” oraz „Karol”, później sukcesywnie „Serenada”, „Polowanie na lisa” i również „Na pełnym morzu” w damskiej wersji. A teraz pojawiają się „Wdowy”. To zbieg okoliczności. Dzisiejszy wieczór jest poświęcony jubileuszowi naszych aktorek Jadwigi Pechaty i Ireny Słobodiany, które obchodzą swoje 50-lecie twórczej współpracy z tą sceną. A ja obchodzę 50-lecie współpracy z tymi pięknymi damami. Mogę powiedzieć, że to jest moje z nimi srebrne wesele. Ale o ironio losu! Sztuka nazywa się „Wdowy”. Jednak potraktujmy to tak, że jest to dowcip mrożkowski, że tak się zbiegła ta okoliczność. O czym ta sztuka? Sami państwo wywnioskujecie, czy jest to abstrakcja? Niekoniecznie. Swoisty humor Mrożka. Muszę powiedzieć, że ta szóstka aktorów dołożyła wszelakich starań, żeby tę komedię Państwu przybliżyć –mówił dyrektor teatru Zbigniew Chrzanowski.

W wypełnionej po brzegi sali widzowie bili brawo na stojąco. Jadwiga Pechaty i Irena Słobodiana zostały obdarowane pięknymi bukietami kwiatów i licznymi podziękowaniami. Po spektaklu przy lampce wina sympatycy teatru gratulowali jubilatkom, dzielili się swoimi wrażeniami, wspominali „dawne dobre czasy”, a aktorzy snuli plany na przyszłość. Nie zabrakło też elementów artystycznych. Pan Chrzanowski wręczył specjalnie wyprodukowane dla jubilatek maski „Tragedii” i „Komedii” wykonane przez łańcuckiego artystę Piotra Żurowskiego.

Z okazji premiery „Wdów” zostały zaprezentowane plakaty teatralne z ubiegłych lat , które są dziełami aktorów Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie: Krystyny Grzegockiej, Jarka Sosnowskiego i Heleny Jacyno.

Po premierze udało mi się porozmawiać z Jadwigą Pechaty i Ireną Słobodianą.

Anna Gordijewska: Siedzimy tu na scenie, na której grasz już 50 lat. Stało się. Jesteśmy po premierze. Powiedz, co teraz odczuwasz?

Jadwiga Pechaty, fot. Anna Gordijewska / Nowy Kurier Galicyjski

Jadwiga Pechaty: Trudno zmieścić 50 lat swego życia teatralnego w jednym zdaniu. Trudno w ogóle cokolwiek powiedzieć. Nie powiem, że to jakaś euforia, czy dużo emocji. W tej chwili po spektaklu te emocje już troszeczkę zeszły. Naturalnie dzisiejsza premiera była nerwowa. Pomimo że premiera, znikło nam światło, wyszło tak jak teraz na co dzień nie jesteśmy pewni co będzie za godzinę, za dwie, jutro czy dzisiaj wieczorem. Ale bardzo fajnie, że wszystko się odbyło. Bardzo jestem szczęśliwa, że ten pierwszy spektakl już zobaczyli widzowie, że była pełna sala, że byli bardzo serdeczni ludzie, że było bardzo serdeczne przyjęcie, że było dużo kwiatów. I z tego powodu człowiek ma satysfakcję, że jednak nie na próżno jest w tym teatrze od pięćdziesięciu lat. Widzom się podoba. Ludzie wychodzą jacyś tacy napełnieni czegoś dobrego, pełni szczęścia i odpoczywają na tym przedstawieniu. Mam nadzieję, że inne przedstawienia, które będą w przyszłości grane przez nas, będą miały taki sam odzew i będą tak samo odbierane. Wiemy dla kogo gramy, że publiczność chce nas widzieć i chce nas słyszeć i że dalej będziemy trwać.

A. G.: Czy ten wybór „Wdów” Mrożka był trafny?

J. P.: Na samym początku nie wiedziałam jak to będzie. Wydawało mi się, że ta sztuka nie bardzo pasuje do naszego jubileuszu. Poprosiłyśmy reżysera by znalazł nam sztukę, w której mogłybyśmy zagrać we dwie razem z Ireną. Ale Pan Chrzanowski zaproponował „Wdowy” i troszkę na początku byłam może bardziej sceptyczna. A potem, jak wczytywałam się w ten tekst, zrozumiałam, że sam tytuł jeszcze nic nie znaczy. Mrożek jest Mrożkiem. Zawsze z tego Mrożka można skorzystać w różny sposób. Mrożka lubimy, cenimy bardzo, tylko pomyślałyśmy sobie i Pan Reżyser z tym się zgodził, że ponieważ spektakl jest troszkę jakby pod nas robiony, dobrze by było żebyśmy zaistniały pod koniec przedstawienia. Mrożek napisał sztukę troszkę inaczej. Sztuka zaczyna się od wdów, a potem przychodzą panowie. Ale żeby było bardziej pasujące do naszej konwencji, którą przedstawiamy, poprosiłyśmy o zamianę tych scen miejscami. Reżyser zgodził się na to, zamienione zostały pierwsza z drugą częścią. Zaczęło się teraz od panów, a potem weszły wdowy. Kontekst też troszeczkę się zmienił. Ta zmiana zagrała i miała swój pewien sens. Podczas prób poczułyśmy wszystkie smaczki tego tekstu mróżkowskiego. Tę jego przewrotność, satyrę, czarny humor i tę ideę, którą on założył w tej sztuce.

A. G.: Od czego się zaczęło 50 lat temu?

J. P.: Pięćdziesiąt lat temu człowiek nawet się nie spodziewał, że będzie to tak długo trwało. Nigdy nie myślałam, że ja w teatrze przetrwam 50 lat. Ale ponieważ nasz teatr jest teatrem, można powiedzieć odświętnym, to jak gdyby było 50 premier. Ale tych premier rzeczywiście było trochę więcej w ciągu tych 50 lat. Człowiek idzie do jakiegoś zespołu czy uczestniczy w jakimś przedsięwzięciu i nigdy nie wie jak długo to potrwa. Ponieważ ten teatr jest teatrem dość rodzinnym, mamy tu różne sytuacje życiowe. Zgraliśmy się już ze sobą i czujemy się jak rodzina i jesteśmy tu jak w domu. Jasna sprawa – jak w każdym domu, bywają kłótnie, bywają spory, ale też bywają święta. Święta nie tylko teatralne, ale też rodzinne, które tak samo obchodzimy w naszym wspólnym towarzystwie. Dlatego czujemy się tu jak brat, siostra, ojciec, matka, syn, córka i inni członkowie rodziny. I tak to jest, że tych lat się nie odczuwa. Wszystko się zaczęło 50 lat temu dla mnie i dla Ireny. Skończyłam szkołę średnią i mój nauczyciel, a raczej nie tyle nauczyciel co kierownik zespołu teatralnego w szkole zaproponował mi żebym poszła do Teatru Polskiego, który działa w Domu Nauczyciela. W tej chwili działamy przy innym domu, ale to nie zmienia sytuacji, że jesteśmy tutaj u siebie. Teatr tutaj jest już od ponad 65 lat. Przyszłam od razu po szkole. Mama mi pozwoliła przyjść do teatru jeżeli zdam na studia. Tak się zdarzyło, że zdałam na studia. Byłam wtedy 16-letnią dziewczyną. Nigdy się nie spodziewałam, że to tak długo będzie trwało. Dla mnie to jak jedna chwila, jedno życie, a jednak człowiek przeżył tu prawie trzy pokolenia. Bardzo dużo aktorów się zmieniło podczas tego życia teatralnego. Bardzo dużo przyjaciół odeszło. Bardzo żałuję, że nie wszyscy mogli być dzisiaj tutaj na premierze, ale myślę, że oni nam pomagają tam z nieba.

Irena Słobodiana, fot. Anna Gordijewska / Nowy Kurier Galicyjski

Irena Słobodiana: Lata tak minęły, że człowiek nie zdążył się oglądnąć. Kiedy z koleżanką policzyłyśmy, bo przyszłyśmy w jednym roku, że jest to nasz rok jubileuszowy, nasz Pan Reżyser Chrzanowski zastanowił się jak by to uczcić. To był jego wybór. Może początkowo nie bardzo z tym się zgodziły, myślałam, że to będzie coś wyjątkowo dla nas, że będziemy na scenie tylko my dwie. Ale przeczytałam sztukę i okazało się, że jest bardzo wesoła wbrew nazwie. To wesoła i ciekawa sztuka. Koledzy z ich interpretacją obsadową bardzo nam pomogli w tym, że było wesoło. Dziękujemy Panu Chrzanowskiemu za ten wybór, że mogłyśmy dzisiaj zaistnieć na scenie jako, powiedzmy, jubilatki. Chociaż absolutnie nie czuję, że mam tyle lat pracy scenicznej, wciąż czuję się młoda, pełna energii i chętna do pracy.

A. G.: Mamy rzeczywiście te same deski, ten parkiet drewniany…

I. S.: Te teatralne deski tej sceny są najbardziej ukochane. Na wielu scenach pracowałyśmy, na wielu scenach gościnnie występowałyśmy, ale na tej scenie czuję się najlepiej. Ona jest malutka, przytulna, rodzinna, ciepła. Ona pomaga w pracy.

A. G.: Od czego się wszystko zaczęło?

I. S.: Przygoda z tym teatrem zaczęła się na pewno od momentu kiedy człowiek skończył szkołę i jakby przestał istnieć w dużym środowisku polskim. Sama rodzina nie wystarczała. Na studiach było inne środowisko. Miłość do sztuki, miłość do literatury i chęć słuchania języka polskiego dużo, codziennie sprawiły, że przyszłam do tego teatru. Kiedy byłam w 10 klasie, Pan Chrzanowski przychodził do szkoły nr 24, obecnie imienia Marii Konopnickiej i rekrutował młodzież klas 9 i 10, zapraszał do teatru. Już jako studentka przyszłam tutaj i bardzo się cieszę, że moje pierwsze kroki, które postawiłam na tej scenie, jakby się wydłużały i wydłużały. Że nie zrezygnowałam, że całe moje życie świadome, dorosłe nie zmusiło mnie do pożegnania się z teatrem, ze słowem polskim, ze sztuką polską. W tym teatrze nie ma ludzi przypadkowych. To są ludzie, którzy kochają sztukę polską, kochają kulturę polską, kochają język polski.

A. G.: A czy pamiętasz w jakim spektaklu zagrałaś po raz pierwszy?

I. S.: Moją pierwszą rolą była Zosia w „Weselu”. Pamiętam ją, bardzo ją lubię i pamiętam, że bardzo się stresowałam, ale, że nie byłam sama, bo była jeszcze Haneczka – to też dziewczyna, która wtedy przyszła, może parę miesięcy przede mną, nieżyjąca już Natalia Stupko. I my dwie dziewczynki w tym „Weselu” jakby zadawałyśmy ton i promieniowały młodością, wiarą w przyszłość, w nasze lepsze życie.

A. G.: Jaka jest Twoja ulubiona rola?

I. S.: Ja kocham wszystkie swoje role, ale może taka najbardziej życiowa rola, która dotknęła mnie, ale już jako dorosłą kobietę, która jak każdy z nas ma swoje przejścia życiowe, lubię Katarzynę z „Czarującego łajdaka”.

A. G.: Dzisiaj była premiera „Wdów”. Czy ten spektakl będzie Ci bliski?

I. S.: Będzie. Na pewno będzie, dlatego, że jest to sztuka bardzo na czasie. Jest bardzo współczesna. Pokazuje nasze społeczeństwo. Mrożek na pewno jest ponadzasowy. Mrożek będzie zawsze aktualny – pokolenia będą czytać Mrożka, pokolenia będą tworzyć przyszłość, ale one zawsze będą takie jak pokazuje Mrożek. W tym spektaklu chcieliśmy pokazać, że zaczynając od niedowierzania, podejrzeń, sarkazmu, wyśmiewania, jednak kończymy taką przyjaźnią, która nas zmusza do tego, żeby ludzie rozumieli się nawzajem, pomagali sobie, byli lepsi.

A. G.: Czym dla Ciebie jest Polski Teatr we Lwowie i zespół teatralny?

I. S.: Polski Teatr Ludowy jest dla mnie kontynuacją i jakby utrwaleniem mojej tożsamości narodowej. To jest miejsce, gdzie człowiek był, jest i pozostanie tym kim się urodził. To jest miejsce, gdzie człowiek ma do czynienia ze sztuką, ma do czynienia z literaturą polską, ma do czynienia z historią i kulturą polską. To jest miejsce, gdzie spotyka się ludzi, którzy myślą tak jak ty, odczuwają tak jak ty, są przyjaźni do bliźniego i do całego świata. To jest miejsce, którym kieruje człowiek, który naprawdę ma wielkie serce, który kocha wszystkich, rozumie wszystkich, jest nadzwyczaj wyrozumiały i chce tę sztukę jak sztandar nieść przez życie i tego nas uczy. Jestem wdzięczna Panu Bogu i losowi za to, że w moim życiu było wielu prawdziwych nauczycieli i oni wszyscy byli dla mnie wzorem. W swojej pracy w szkole wzoruję się na nich i to co oni mi dali, ja z dumą i satysfakcją niosę przez życie.

A. G.: Dziękuję za rozmowę.

W imieniu redakcji „Nowego Kuriera Galicyjskiego” proszę przyjąć najserdeczniejsze gratulacje z okazji Złotego Jubileuszu pracy artystycznej, wyrazy uznania dla dokonań w dziedzinie sztuki aktorskiej oraz nieoceniony wkład obu Pań w rozwój kultury polskiej we Lwowie. Życzymy Paniom zdrowia, nieustającej energii twórczej oraz satysfakcji z realizacji nowych zamierzeń.

Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 24 (460), 31 grudnia – 16 stycznia 2025

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

X