Wielkanoc AD 1930 w „Gazecie Porannej” Dekoracja wielkanocnego stołu, NAC

Wielkanoc AD 1930 w „Gazecie Porannej”

W 1930 r. Wielkanoc wypadała, jak i w tym roku, na dzień 20 kwietnia. Świąteczny numer „Gazety Porannej” rozpoczynał się ilustracją z wierszem Henryka Zbierzchowskiego.

Od wiosny rozdzwonionych pól
Idzie w jasnościach, w blaskach
I koi smęt i leczy ból
Niewyczerpany w łaskach.

I położeniem białych rąk
On jeden śmierć uśmierca –
Więc zakwitają kwiaty łąk
I smutne ludzkie serca.

Oryginalna ilustracja ze świątecznego numeru „Gazety Porannej”

A dalej mamy artykuł redakcyjny (bez tytułu), bardzo jednak pasujący do dzisiejszej sytuacji na świecie.

Odrzućmy precz troski, aby nie zasępiały nam dni świątecznych, których przeznaczeniem jest weselenie się. Zapomnijmy – jeśli to tylko możliwe – o wszystkiem, co przygniata smutkiem, co gasi radość, co jadem ciecze na dnie serc. Za progiem domów naszych pozostawmy sprawy liche i jątrzące. Albowiem jest święto Zmartwychwstania.

Trzeba je odprawić należycie. Aby zaś uczynić to nie wystarczą pełne stoły i gwarne wizyty, bo to jest pozór i najbardziej zewnętrzna forma. Trzeba sięgnąć do treści tego święta, w symbolu swem niezmiernie potężnego. Trzeba także święcić je duchem.

Kościół, nakazując odbycie spowiedzi właśnie w okresie wielkanocnym, wskazał tę troskę duchową: oczyszczenie i zmartwychwstanie. Oczyszczenie z plam i występków, złych czynów i złych intencyj; zmartwychwstanie ze stanu śmierci i posępnej martwoty, w jaką pogrążamy się, postępując wbrew prawom sumienia.

Czasy są pod tym względem szczególnie krytyczne. Pomijamy zbrodniczość, będącą udziałem tak licznych jednostek. Bardziej niepokojącym jest stan, w jakim żyje ogół społeczeństw, ten ogół na pozór będący w porządku z sobą i pisanymi kodeksami. Jest to stan zamętu pojęć, zachwiania odwiecznych przekonań osłabienia wielkich sił moralnych i bezgranicznej obojętności wobec zjawisk rozkładu.

Przechodzimy obok nich z bierną tolerancją. Straciwszy z oczu daleki cel wędrówki, istniejemy, by istnieć. Myśl nie wybiega poza najbliższe jutro i zaspokojenie jego potrzeb. Sprawy odległe, sprawy doskonalsze niż rzeczywistość, sprawy, które trzeba w mozole zdobywać i wywalczać, pasując się z sobą samym – wykreśliliśmy z programu. Zdaje się nam wystarczać ów program najmniejszy, wegetatywny, program odwrotu z niebieskiej drogi nieskończonego postępu i idei, niepodlegającej śmierci.

A jednak – to nie wystarcza, to nie zaspokaja tęsknot, to nie daje upragnionego spokoju. Na każdym kroku spotykamy ślady fermentu, będącego nieświadomym protestem przeciw zasadom współczesnego życia. Coś buntuje się w nas, cos domaga się swych praw. Do wygodnych, dobrze obmyślanych reguł wkrada się uporczywy dysonans z innego świata. Przebija pancerz formułek praktycznych, któremi izolowaliśmy się, mąci ciszę, jaką sztucznie usiłowaliśmy stworzyć i mówi: Za mało, że żyjecie. Trzeba jeszcze starać się być lepszym. Trzeba więcej kochać, więcej przebaczać, więcej walczyć, więcej i silniej wierzyć, pragnąć i – żyć.

Rozważania te nie są oczywiście odpowiednim tematem do konwersacji w czasie świątecznych przyjęć. Tam niech panuje niepodzielnie radość. Ale gdy wreszcie zostaniemy sami, dobrym i korzystnym owocem tych świąt będzie mały rachunek z sobą samym, małe przemyślenie tej niewątpliwej prawdy, że Wielkanoc jest przede wszystkiem świętem Zmartwychwstania Ducha, świętem obudzenia w nim lepszych wartości, lepszych pragnień, lepszych i silniejszych, niż sama śmierć dążeń – świętem pełnego i pięknego życia.

Święcenie pokarmów w mieszkaniu, NAC

Michał Rolle wspomniał święta Wielkanocne na Podolu.

Jak to in illo…

Gdy dzwony świątyń po wielkotygodniowem milczeniu rozdźwięczą się nad naszemi głowami, a pieśń „Wesoły dzień dziś nam nastał”, uderzy w strop niebios, raźniej robi się na sercu, człowiek zapomina bodaj na chwilę o gryzących go zmorach. O ileż jednak taki moment silniej odbijał się na psychice ludzi tam, gdzie więzy rosyjskiego zaborcy krępowały myśl każdą, gdzie jedynie w dniu Bożego Ciała i w wieczór rezurekcyjny wolno było procesji katolickiej wychylić się z murów świątyni.

Tłum też zalegał katedrę kamieniecką i otaczający ją plac, a skoro w rozwartych szeroko jej drzwiach ukazały się barwne chorągwie i ołtarzyki, niesione przez dziewczęta w bieli, a prastare dzwony, inne pamiętające czasy, zagrały całą gammę tonów – istotnie zdawało się wszystkim, że wesoły dzień dziś nam nastał…

Na rezurekcję dążyło wszystko. Młodzi i starzy, i dziatwa, nie widująca zbyt często tak okazałych uroczystości. W domu pozostawał tylko ktoś dla pilnowania stołu wielkanocnego, nierzadko i sama gospodyni, zbyt znużona robotami przedświątecznemi.

Ksiądz poświęcił już dzieło jej rąk i pomysłowości kucharza czy kucharki, wypił kieliszek wina, pogwarzył chwilę i ruszył z kościelnym w dalszą wędrówkę po parafjanach, wyczekujących niecierpliwie jego odwiedzin. Stół, przybrany w zieleń, uginał się pod ciężarem bab, mazurków i półmisków z wszelakiem mięsiwem, wśród których rozstawiono umiejętnie całe baterje butelek o błyszczących różnobarwnych główkach.

Na środku pysznił się baranek, kunsztownie wykonany z sera z kminkiem; pieczone prosię zadarło fantazyjnie w górę zgrabny ogonek; o uszy jego walczyć będzie nazajutrz rozgwarzona gromadka najmłodszych latorośli rodu. Na innym półmisku figurował wspaniały indyk, obok szynki i cielęciny wszelkich odmian i bogate wieńce kiełbas, wreszcie góry artystycznie zdobionych jaj-pisanek.

Dumą gospodyni były jednak baby i mazurki. Baby imponowały dziatwie rozmiarami. Bywały domy w których ku pieczeniu tych „wież Eiffla” służyły specjalne piece, używane raz w rok w Wielki Czartek lub w Wielki Piątek. Wówczas to następowała „chwila dziwnie osobliwa”, upamiętniona tak plastycznie ołówkiem Andriollego w scenach z życia dworu wiejskiego.

Dziewczęta kończyły w olbrzymich nieckach miesić ciasto, gospodyni dorzucała doń rodzynek i skórki pomarańczowej; kucharz pilnował pieca, by posiadał odpowiednią temperaturę, mierzoną praktycznie, bez pomocy termometrów. Wreszcie zamknięto szczelnie drzwi i okna, bo lada przeciąg zniweczy wszelkie zabiegi i przystępowano do dzieła.

Wszak rozgrywała się właśnie gra decydująca o wesołych czy smutnych świętach, bo baby, wyrośnięte na schwał, podnosiły temperaturę domową o stopni wiele. Ciasto wali w górę, już się rumieni… następuje próba drutem do robienia pończoch: czy upiekło się odpowiednio. Byle tylko się nie przepaliło, byle uniknąć zakalca. Wreszcie moment decydujący: wydobycie jej z naczynia i ułożenie na poduszkach. Podobnych bab dzisiejsze pokolenie już nie ogląda. Metrowa ich wysokość nie należała do rzadkich wyjątków. Artystycznie lukrowano im głowy i ustawiano taką matronę babiego rodu na czołowem miejscu wielkanocnego stołu. Gdy ciasto spaliło się lub przysiadło w połowie drogi w górne regjony, gdy baba pękła, lub odsłoniła przed rozpaczonem okiem gosposi groźny zakalec, nawet bodaj i łzy zraszały policzki tej, która tyle energji i pracy wkładała w to dzieło niewieściego kunsztu. Baby były imponujące i okazałe, przyznaję jednak otwarcie: o wiele smakowitsze są dzisiejsze skromne babki cukierniane.

Ale wracajmy do mazurków.

Każda z pań posiadała specjalne ich przepisy Jedne wypróbowały już jej matka i babka, a bodaj i prababka. Inne kombinowała ona sama. Stanowiły one jej tajemnicę, zdradzaną jedynie najbliższym przyjaciółkom, ale już po świętach. Istniały więc przepisy „pani marszałkowej”, „pani sędziny”, „mojej babci”, „siostry Pruciencji“ z czasów przed kasatą klasztorów katolickich w Kamieńcu, przepisy doskonałych „sucharków papieskich”, figurujących zwłaszcza podczas przyjęć u proboszczów wiejskich, jakoże te osoby duchowne w najbliższym pozostawały kontakcie z Głową Kościoła.

By Święta Wielkanocne przedstawiały się „przyzwoicie”, musiał figurować na stole tuzin gatunków mazurków, czasami i więcej. Jedne z nich obliczone były na krótszą metę, inne konserwowano tygodniami, a już pomysłowość gosposi wysilała się, by wszystkie były …najsmaczniejsze. W czasie przygotowania ich, trwającego jakich dni dziesięć przed Świętami, dziatwa opychała się słodyczami, jak nigdy w ciągu roku. Znikały z pod rąk rodzynki i migdały, orzechy i smażone w cukrze owoce, daktyle, pomarańcze, cukaty i czekolada. Ubytku nie zauważono, wszystkiego bowiem było w bród, bo i ceny owych „pyszności” wyglądały wprost śmiesznie wobec dzisiejszych. Życie było tańsze, a pieniędzy więcej.

Ot, bodaj – to dawne czasy…!

Ktoś, podpisany „W.F.” wspomina nie tak odległe wydarzenia w materiale „Moje wojenne święta 1919”, jako, że wspomnienia o Wielkiej Wojnie były nadał żywe. Podtytuł brzmiał: „Pożyczona z wędliniarni szynka i 1 butelka wina na kilkanaście rodzin”.

Wywieziono nas ze Stryja do Tarnopola dnia 31 stycznia. W obydwu transportach było nas razem 76 osób, rozmaitego zawodu i rozmaitego wieku, w rzędzie tym i kobiety, a między niemi, moja siostra Jadwiga, mała, wątła ale butna. Podżegała rzekomo do „strajku” urzędników sądowych. Dużo z ówczesnych moich towarzyszów niedoli spoczęło wkrótce na cmentarzach Tarnopola, Mikuliniec i Strusowa. W Stryju ujęto nas podstępnie. W nocy wpadli ajenci oddziału wywiadowczego z żołnierzami i pod pretekstem jakiejś konfrontacji na dworcu kolejowym, wybrali nas z domów jak wróble z gniazda. Na stacji szybko nas zrewidowano, pierwszy raz obrabowano i wtłoczono do wagonów towarowych. Pełno w nich było gnoju i obrzydliwych skrwawionych łachów.

Do Tarnopola jechaliśmy 2 dni i 3 noce. Kilku odmroziło sobie nogi, ale im szczęśliwie w Tarnopolu tylko po kilka palców amputowano. W Tarnopolu żarły nas wszy i tępił tyfus. Jak tam było zresztą – innym razem. Ostatecznie przed Wielkanocą wróciła nas, może trzecia część do Stryja. Reszta została, jak już wspomniałem, na cmentarzach, w szpitalu albo w więzieniu.

Święta zapowiadały się smutnie. Nie tylko bowiem brakowało środków żywności i „rekwirowano” nam ostatnią koszulę w domu, a na ulicy obdzierano z butów i ubrania, ale czuliśmy, że nie mamy gwarancji ani na wolność, ani na życie. Nie mając sami wiele do jedzenia, musieliśmy jeszcze żywić kilkuset więźniów i internowanych, których spędzono do miasta od Sambora, Jaworowa i Żółkwi.

A jednak, gdy myślę o owych tragicznych chwilach, gdy przypominam sobie męki własne, moich osób najbliższych i rodaków, nie mogę nie śmiać się z niepoprawnej, polskiej lekkomyślności, która nawet w chwili największego niebezpieczeństwa nie potrafi pozbyć się pozy i fanfaronady. Przypomina mi to francuskie arystokratki, które idąc na gilotynę starały się za wszelką cenę zdobyć puder lub róż.

Był w tym czasie w Stryju młody księżyna, który cieszył się, przynajmniej w pewnych aferach, wielką sympatją. Pewnie więc rodziny, w których bywał zaprosiły go, aby zechciał w Wielką Sobotę odwiedzić je i poświęcić wielkanocne jadło. Ksiądz zgodził się, choć zdziwiło go, skąd rodziny, zresztą niezamożne, w czasie ogólnego niedostatku mogły się zdobyć na święcone.

Większe jednak było jego zdziwienie, gdy w sobotę w każdym z domów, które go zaprosiły, znalazł na specjalnym stole, nie tylko jaja i kiełbasę, ale i przyzwoitą szynkę. Stało także kilka butelek wina. Ksiądz poświęcił, ale choć go proszono, aby zechciał spróbować szynki, ze względu na post odmówił.

…Może być, że jeszcze dziś nie zna sekretu owego święconego. Obecnie mogę go zdradzić: szynka była pożyczona u masarza i wędrowała nietknięta od domu do domu. Wino było tylko w jednej butelce i ta także przechodziła od rodziny do rodziny. W innych butelkach była woda.

Ja w dzień ów Wielkanocny, nie wiem, co jadłem! Dzień ten jednak dobrze całe życie pamiętać będę, gdyż wychodząc po zameldowaniu się w biurze policji jako „konfinjowany”, co od miesiąca robiłem, wróciłem do domu w skarpetkach, gdyż „patrol” zdjął mi z nóg buciki, jako że według nich były „kazionne”. Tłumaczyłem na próżno żołnierzowi, że za duże ma do nich nogi, ale uspokoił mnie, że i takie potrafi sprzedać.

Uderza mnie w tych obu opublikowanych wspomnieniach, że święcić pokarmy ksiądz przychodził do domów. Może w zaborze i pod okupacją rosyjską taki był zwyczaj.

Oryginalna ilustracja ze świątecznego numeru „Gazety Porannej”

Regina Mrozowiska przedstawiła felieton „Zmartwychwstanie”. Oto jedna z jego części, zatytułowana „Wiosna idzie”:

W śnieżne całuny spowita, w lodów okowy zakuta, w bezwładną obojętność straszliwą wtrącona, śpi ziemia zmożona snem zimowym. Mijają miesiące całe szarych, beznadziejnie smutnych dni i nocy ciemnych. Przepastnych orgją rozszalałych żywiołów. Ziemia śpi, nieczuła na wichrów symfonje, wygrywające jej nieubłagane podzwonne. Lecz oto nagle wionęło przez przestworza jakieś tajemne tchnienie, zrodzone gdzieś w zaświatach, jaskółczem skrzydłem musnęło ziemię raz, drugi i dziesiąty, że drgnęła, choć jeszcze we śnie pogrążona, jeszcze nieświadoma cudownej prawdy, niosącej się ponad nią.

Wiosna idzie!

A tuż i słońce poczęło słać ku ziemi swoje życiodajne promienie. Pękły okowy lodowe, wezbrały rzeki, zaszumiały potoki i strumienie, w rowach przydrożnych zalśniła woda. Rozprężyła się ziemia wyrwana z długiej niemocy i odrętwienia – do nowej, rozrodczej powstaje pracy, gotuje się na wiosenne radosne gody. Dyszy wonią porannych oparów, wygrzewa się w słońcu. Zasobem odżywczych soków ukrytych w korzeniach drzew wydobywa się na zewnątrz wzwyż ku pniom, konarom, gałęziom nabierającym pąkowiem. Ujawnia swoją przedziwną moc w każdem źdźble trawy, w każdej najdrobniejszej roślince wykwitającej ku słońcu.

Wiosna idzie!

Kraje oracz ziemię pługiem, odwala skiby równe, szerokie, długie. Raz w raz ociera dłonią uznojone czoło i spogląda w niebo. Z łopotem skrzydeł, z klekotaniem i rozgwarem, z kwileniem i szczebiotem zabiega ptasia rzesza około budowy gniazd. Szmaragdową runią pokrywają się pola, szumią bory zielenią młodego listowia, na łąkach złocienie, niezabudki i tysiące, tysiące kwiecia dziergają barwne arabeski. Miljardy muszek, chrabąszczy, motyli i przeróżnych owadów buja w powietrzu, pełza po ziem i, żeruje w wodzie.

Wiosna idzie!

Wszędy życie wre, kipi, przelewa się wartką falą; wszędy dyktuje swoje prawa, rozwielmożnia się, zwycięża, paruje zmartwychwstałe życie.

Wnętrze świątecznego numeru przepełnione było okolicznościowymi wierszami różnych autorów – tych anonimowych i tych, nie ukrywających swego imienia. Zakończymy artykuł fragmentem kolejnego dzieła Mistrza Henryka „Uśmiechnięte sekstyny”:

Oryginalna ilustracja ze świątecznego numeru „Gazety Porannej”

A gdy już w życiu nam zanadto cienko
I braknie komuś grosza za bufetem,
To zagryzamy wódeczność piosenką,
Piwo nowelą, a wino sonetem,
A kto chce swojej rozrzutności dowieść
Do pieca rzuca zamiast węgla powieść.

Na tem zakańczam te moje bazgroły,
Bo gość już jeden w czwartym rzędzie drzemie
I do codziennej spieszę się roboty,
Tam gdzie z Atlasem razem dźwigam ziemię.
Za dużo rymów nie zdrowa rzecz na noc
Przemiłym naszym słuchaczom:
Dobranoc!

Zachowana została oryginalna pisownia

Opracował Krzysztof Szymański

Tekst ukazał się w nr 7 (467), 15 – 28 kwietnia 2024

X