Wiek Nowy o wydarzeniach i Wielkanocy Wiek Nowy, numer świąteczny z kwietnia 1926 r.

Wiek Nowy o wydarzeniach i Wielkanocy

Wiosna 1926 r. zaczęła się w woj. lwowskim niespokojnie. Poczytne lwowskie pismo codzienne „Wiek Nowy” donosiło na pierwszej stronie grubą czcionką:

Podżegacze komunistyczni spowodowali atak na starostwo i policję. 10 osób zamordowanych i 30 demonstrantów rannych.

Na dalszych stronach była następująca relacja:

Pierwszą relację naszego stryjskiego korespondenta, – który już przedtem alarmował nas telefonicznie – otrzymaliśmy listem ekspresowym, który podajemy tu w dosłownem brzmieniu:

Stryj, 31 marca. Dziś o godzinie 12:30 odbyła się demonstracja bezrobotnych przed Starostwem w Stryju. Tłum wynosił około 500–600 osób. Demonstranci wpadli do budynku Starostwa, odgrażając się zastępcy starosty p. Zgodzie.

Po długich prośbach i perswazjach komisarza p. Łazarowicza, komendanta policji w Stryju, udało mu się skłonić ich do opuszczenia pierwszego piętra, atoli wszelkie perswazje i prośby o rozejście się były bezskuteczne.

Stan ten trwał dłuższy czas, a sytuacja stawała się co chwila krytyczniejsza, gdyż z tłumu padały krzyki podburzające do ekscesów. Wszystkie szyby w parterze budynku Starostwa, nawet w parterowym mieszkaniu, osób prywatnych wybito, policję obrzucono kamieniami, z których jeden nawet trafił w pierś komendanta p. Łazarowicza.

W pewnej chwili jeden z demonstrantów wyrwał posterunkowemu karabin, a drugi wyrwał innemu posterunkowemu bagnet. Wówczas zaczęto się gwałtowne nacieranie na policję. Komendant policji liczne razy ostrzegał i wzywał do rozejścia, grożąc użyciem broni, co demonstranci przyjmowali drwinami. Gdy natarcie stawało się coraz silniejsze i zagrażało życiu policji padła komenda „Pal” i wówczas policja oddała salwę. Na miejscu zostało czterech zabitych, w tem jedna kobieta i siedem ciężej rannych. Z ciężej rannych zmarło w drodze do szpitala trzech. Mówią też, że jest większa liczba lżej rannych.

Zaalarmowano wojsko, które utrzymuje porządek na ulicach. O wypadku zawiadomiono władze centralne.

Bezzwłocznie po otrzymanej wiadomości o krwawem zajściu w Stryju, sprawozdawca „Wieku Nowego” wyjechał tam autem redakcyjnem i zebrał następujące szczegóły:

Kwestja bezrobotnych pracowników w Stryju w ostatnich dwóch tygodniach prawie już została zlikwidowaną. Mianowicie było około 700 osób bezrobotnych, których losem nader życzliwie i gorliwie zajął się starosta stryjski, radca Nowak. On to wyjednał z urzędu zapomogę w kwocie 7000 zł., 6 wagonów drzewa i 7 metrów żyta. Aby jednak nie podnoszono zarzutów, że rozdział zapomóg nie jest równomierny, założono specjalną komisję z łona bezrobotnych, która zajęła się rozdziałem. Nadto staraniem starosty uruchomiono w marcu stryjskie tartaki tak, że od razu prawie 500 robotników znalazło pracę. W ten sposób liczba bezrobotnych momentalnie zmalała i niewątpliwie po świętach, gdy zaczną się roboty murarskie i polne, reszta bezrobotnych byłaby znalazła zajęcie.

Tak rozwiązana kwestja oraz przez całą zimę panujący spokój, nie poszedł po myśli stryjskich agitatorów komunistycznych, rekrutujących się przeważnie z Ukraińców, wrogo usposobionych do władz polskich. Oni to rozpoczęli skrytą akcję wśród najniższych sfer miasta, podburzając nieodpowiedzialne jednostki do żądania natychmiastowych zapomóg w większych kwotach. Toteż werbowali do lokalu Związku robotniczego najgorsze szumowiny, jak zawodowych złodziei, prostytutki i dozorców domowych odbywając z nimi tajne narady.

O całym wypadku starosta Nowak następnie telefonicznie zawiadomił wojewodę stanisławowskiego Des Logesa, który o godzinie dziewiątej wieczór przyjechał do Stryja w towarzystwie radcy Schwarza, szefa Wydziału bezpieczeństwa przy Województwie oraz insp. Żarskiego, komendanta wojewódzkiej policji.

W czasie, gdy pociąg zbliżał się do stacji w Stryju, nagle wśród ciemności wagon, w którym jechał wojewoda, został obrzucony kilku kamieniami. Na szczęście nikt z jadących nie został kontuzjowany. Jest przypuszczenie, że fakt ten pozostaje w łączności z krwawem zajściem w starostwie.

Wiek Nowy, numer świąteczny z kwietnia 1926 r.

A tu już zaczęły się obchody świąt Wielkanocnych – Wielkiego Tygodnia. Czytelnikom wyjaśniono zawiłości liturgii:

Wielki Piątek jest dniem, w którym Chrystus był srodze biczowany, cierniem ukoronowany i na śmierć osądzony. Godz. 3 popołudniu jest chwilą zgonu Zbawiciela.

W Wielki Piątek rano ksiądz, przybrany w czarny ornat, idzie przed ołtarz, pada krzyżem, a po niejakiej chwili, podniósłszy się, wstępuje po stopniu i czyta proroctwa Mojżesza i Izajasza o męce Pańskiej. Potem bierze krzyż procesjonalny, okryty krepą, obraca się do ludu, odsłania górną cześć krzyża i śpiewa: „Ecce lignum crucis etc”. „Oto drzewo krzyża świętego, na którem zbawienie świata wisiało”. Potem zdejmuje całkiem krepę, idzie do ołtarza, kładzie krzyż na specjalnie przygotowanym kobiercu, przyklęka po trzy razy, całuje nogi Chrystusa, którą to ceremonię powtarzają następnie wierni.

Po adoracji krzyża, idzie ksiądz w asyście do kaplicy, bierze hostję św. w Wielki Czwartek tam w kielichu przyniesioną i wraca w procesji przed ołtarz . Tu rozpoczyna się liturgja, w części podobna do Mszy św., a w czasie której kapłan jedną ręką tylko podnosi hostję św. na znak, że tylko pod jedną postacią jest Zbawiciel na ołtarzu obecny.

Drugą hostję, także dnia poprzedniego konsekrowaną, wkłada ksiądz w monstrancję, którą okrywa białym welonem i niesie tę monstrancję do grobu Chrystusa.

W Wielką Sobotę rano świecony bywa po kościołach ogień, wzniecony przez krzesanie stali o kamień. Jak z kamienia wytryskuje, ogień, tak również z kamiennego grobu Chrystusa wytryskuje światło, ożywiające świat cały. Obok ognia, święcone są również kulki z wosku i kadzidła robione, które potem umieszcza się w pięciu miejscach w paschale (olbrzymiej świecy, stojącej od Wielkiejnocy z boku ołtarza), poprzednio przez kapłana poświęconym. Przy tem święci też ksiądz i wodę, którą wierni biorą ze sobą do domów.

Po litanji do Wszystkich świętych, następuje uroczysta msza święta w kolorze białym, w czasie której słychać śpiew „Gloria in exelsis” przy biciu dzwonów na wieży i w kościele. Po lekcji śpiewa ksiądz „Alleluja” na znak radości z nadeszłej chwili Zmartwychwstania Pańskiego.

W czasie krótkich nieszporów zaraz po mszy świętej, ksiądz śpiewa: „Ite missa est „Alleluja”; – a chór kościelny odpowiada.: „Deo gratias, Alleluja, Alleluja”.

O perypetiach świątecznych – felieton satyryczny autorstwa Zygmunta Żywieckiego.

Właściwie okres świąteczny jest nagrodą dla wszystkich, których w tygodniu z domu formalnie wyrzucano na bruk. Ze ścian zdejmowali domownicy wszystko, co jeszcze uratowano przed zastawem i puszczeniem na bęben… A więc trzepanie dywanów nie tyle perskich, ile buczackich, zaszywanie starych dziur w nowych firankach, a w kuchniach działy się rzeczy, groźne dla żołądków, przyjemne dla gości, a niestrawne dla kucharek.

Ale myślałem, że moi znajomi oszaleli; biegali po pustych sklepach, jeden za czarno-żółtemi skarpetkami, jak gdyby cale życie boso chodził; inni kupowali wodę jodoformową na oblewany poniedziałek, a byli nawet tacy co sie golili i włosy ondulowali, nikt się nie gorszył w domu, gdy dziatwa sposobiła klucze, młotki, floberty i t. p. pukawki dla rozruszania policjantów i pogotowia ratunkowego.

Każdemu coś do świetnego stroju brakowało. A panie robiły trzęsienie ziemi i koniec świata… W sklepach największy popyt za spinkami, kołnierzykami, rękawiczkami, drożdżami… Młodzież o artystycznych skłonnościach malowała pisanki i czekała na „świąteczne”…

A tu wiosna niepotrzebnie wciska swoje ciepłe kaprysy. Pokazałby człowiek na Akademickiej, iż potrafi się ubrać jak lord, – cóż, kiedy panuje ogólny brak wytwornych ubrań dla dżentelmenów o nieskazitelnych muskułach… Życie towarzyskie nabiera impulsywnego charakteru, całe rodziny wychodzą na dworzec kolejowy po krewnych i nie dokrewnych. Społeczeństwo zaczyna się dzielić na jednostki, które się dają zapraszać i takie, które zapraszają oraz na tych, którzy chcą mieć święty spokój. Biedni krewni idą z gościną do jeszcze biedniejszych, aby zobaczyć, czy wszystkie braki są do siebie podobne.

Ogniska domowe zaprowadzają podział godzin i przyjęć dla gości. Teściową, karmi się ćwikłą, sosem tatarskim, albo octem; zięciowi daje się wiśniak, aby się uporczywie o posag nie dopominał; stare ciotki nadziewa się siarką i zapala na wiwat.

W dniach świąt człowiek dopiero pojmuje, jak należy się naturalnie odżywiać… Obym nie był kiepskim prorokiem, ale wiem, jak będzie wyglądał mój repertuar świąteczny… Studjum alkoholiczne i uliczne, zbiór toastów na cześć istot łzawiących, a osobiście mi przykrych, rozpoznawanie wszelkich mięs, dyskusja jałowa i pryncypialna na temat: co by było, gdyby nie było… Śpiewy nie tyle chóralne, co nie fałszywe, poznawanie osób obcych, tango, shimmy fos, całowanie po kątach podlotków od lat 40-tu w górę. I tak ab ovo!

Dla urozmaicenia wylęgniemy na corso i będziemy się; kłaniać, kłaniać i… kłamać!…

Wiek Nowy, numer świąteczny z kwietnia 1926 r.

O biesiadach świątecznych w artykule „Jak dawniej biesiadowano”:

W starożytności wytworność ugoszczenia polegała na przyjęciu gości językami papuziemi. Pewnego razu u Niemca wydano języków tych 300, co naturalnie wyobrażało takąż samą liczbę zabitych w tym celu papug. Bywały też nierzadko mózgi strusie, bażancie – groszek, podawany na stół cesarski, mieszano z ziarnkami złota, a ryż z perłami. Przepiórki były podawane na ucztach bardzo uroczystych i otoczone wieńcami, jako najlepszy przysmak wśród ptactwa.

W rzędzie czworonogów największe zalety przypisywali Rzymianie zającowi. Kto jadł zająca, ten miał być cały tydzień pięknym, miłym, sypiał znakomicie, a z serca jego winna była ustąpić każda troska. Zwyczaj rzymski ustalił, że uczty zaczynały się od ostryg i jaj, a kończyły na owocach. „Od jajek do jabłek” – mówiono, pragnąc oznaczyć, że uczta była zupełna. Obiad Heliogabala składał się z dwudziesta lub trzydziesta dań i wszystko to goście zjadali – co za żołądki.

Było też galanterią podczas obiadu obsypywać gości kwiatami, spadającemi z pod uchylonych pował i sufitów – pod koniec uczty każdy literalnie pławił się, w kwiecie, a zdarzały się wypadki, że w tej kwiecistej kąpieli zasypiał snem wiecznym, wonią kwiatów odurzony. Innym razem poprzestawano na usypaniu całej posadzki na stopę grubości płatkami róży, oraz wieńczeniu gości wieńcami bluszczu i róży, co widzimy na starożytnych freskach rzymskich i pompejskich. Wieńce takie – według kompetentnych – miały rozpraszać upojenie.

Kobiety nie używały publicznie wina, wieńczyły się tylko różami. Róża grała jeszcze inną rolę w ucztach; zawieszano ją u stropu nad stołem biesiadniczym, jako symbol milczenia, aby nie opowiadać na zewnątrz co się dzieje pod różą – stąd powstałe wyrażenie: „sub rosa”.

Wieki średnie odznaczają się w dziedzinie gastronomicznej gustami i zwyczajami nie dzisiejszemi, niemniej nadzwyczajnemi. Za Karola I na przykład jadano koninę, rosół z jaszczurek – jadano też bażanty, a na ucztach weselnych podawano zawsze łabędzia. Były też w owej epoce zwyczaje bardzo piękne, choć dziwaczne. Wznoszono bażanta lub pawia na złotych półmiskach, przy fanfarze, którą wykonywał najmłodszy syn gospodarza, a przy jego braku – córka. Taką procesję poprzedzali paziowie z pochodniami. Bażanta, zanim go rozebrano, ustawiano na chwilę przed najpiękniejszą damą, rycerze, wyciągnąwszy nad upieczonym ptakiem ręce, przysięgali nań, że dokonają czynów doniosłych. Potem dopiero szedł ów zaprzysiężony bażant pod noże krajczych.

Bywało nieraz, że w czterech rogach sali jadalnej na wzniesieniu przygrywali trubadurowie, lub minstrele, gdy wnoszono świeżą potrawę. Pod koniec uczty przy wetach występowali inni trubadurowie z muzyką i śpiewem aby uprzyjemnić chwile gościom, zwykle milczącym po najedzeniu się tak obfitem.

Jakże nasze dzisiejsze obiady i wieczerze uroczyste różnią się od uczt i biesiad dawniejszych! A czy dziwić się temu, czy posądzać społeczeństwo o niską wadę skąpstwa? Tyle trudu, tyle pracy dla każdego inteligentnego człowieka, aby dociągnąć od miesiąca do miesiąca. Przodkowie nasi zjadali perty i złote ziarnka – my w święta, gdy przyjmujemy lub w dzień imienin, to już z uszczerbkiem dla naszego skromnego budżetu. Bo my wszyscy żyjemy w czasach niezwykle ciężkich dla utrzymania bytu – nam nie wolno tak ucztować!

Wiek Nowy, numer świąteczny z kwietnia 1926 r.

Dowiemy się „Jak kosztowne są jaja wielkanocne”, ale nie z powodu wzrostu ich cen na targach:

Jajo wielkanocne, które uzmysławiało przedtem w prosty sposób symbol, stało się z czasem przedmiotem największego luksusu. Pod formą jaja sporządzane są obecnie najdroższe przedmioty, a nawet wszystkie przybory toaletowe pań mieszczą się w kunsztownie sporządzonym jaju. Największy przepych panował w tym kierunku za Napoleona III-go w Paryżu.

Rywalizowano wówczas pod względem kosztowności jaj wielkanocnych i były jaja, które ze względu na kryjące w sobie brylanty i złoto, kosztowały 20 do 30 tysięcy franków. Pewien wicehrabia ofiarował wybrance swego serca jajo święcone ze szczerego złota wyładowane wewnątrz banknotami na sumę 108 tysięcy franków. Prześcignął wszystkich cesarz Napoleon III, który podarował na Święta Wielkanocne w r. 1862 swojej żonie Eugenji złote jajo z jej imieniem, wysadzanem brylantami. W jaju znajdował się wspaniały naszyjnik wartości 500 tysięcy franków.

Wspaniałe jajo ofiarował również pewien dygnitarz Napoleona III swojej przyjaciółce. Było to olbrzymie jajo w formie kufra, powleczonego cenną materią, na której wyszyte były serca przebite strzałą. Jajo to przywieziono na dziedziniec pałacyku owej przyjaciółki. Kiedy otworzono okno, zobaczyła piękna pani wewnątrz dziedzińca wspaniały ekwipaż z dworna zaprzęgnionemi końmi i woźnicą w liberji, który czekał na jej rozkazy. Piękna dama usiadła do powozu i odbyta przejażdżkę.

Wielką senzację wywołało również jajo ofiarowane cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Sądzono początkowo, że jest to maszyna piekielna. Ale gdy usłyszano tony, dobywające się z jaja, otworzono je i znaleziono w niem wspaniałą, pozłacaną klatkę w kształcie jaja, wewnątrz zaś znajdował się żywy ptak śpiewający.

Pewien lord angielski podarował swojej narzeczonej, córce amerykańskiego miliardera, jajo wielkości człowieka. Wewnątrz znajdowało się 1000 funtów cukierków! Koszta transportowania tego jaja z Anglii do Ameryki pochłonęły olbrzymie sumy.

Wiek Nowy, numer świąteczny z kwietnia 1926 r.

W kąciku poetyckim Marja Czeska-Mączyńska przedstawia „Święcone”:

Jak smakowicie kiełbas otoczyły zwoje
różową, wonną szynkę, bielą tłuszczu lśniącą,
królową stołu, wielką dumą jaśniejącą,
czekająca na noży miłosne podboje.
A obok jaja się kraszą, wdzięcznie malowane,
złocą się jajeczniki, rozpierają baby,
nęcą wytworne torty i wędzone schaby
i przedziwne mazurki, zręcznie lukrowane.
W głębi, jako szeregi, gotowe do boju,
błyszczą szyjki butelek, pełne barwnej krasy,
bo przecież trzeba podlać te wszystkie kiełbasy,
by można jeść, pochłaniać i trawić w spokoju.
Gdzieniegdzie się gałązka zieleni radośnie,
nieśmiała, przytłoczona obfitością jadła,
na kraju bab i tortów skromniutko usiadła
i coś nam opowiada o Bogu i wiośnie…
Gwarzy o Zmartwychwstaniu, jest jego wysłańcem,
ale któż na nią patrzy? Kto jej gędźby słucha?
kto myśli, że to święto Ducha i dla Ducha!,
gdy gałązka ukryta, poza kiełbas szańcem?
Szynki wkrótce pokrają, wypróżnią butelki,
pochłoną torty, placki, baby i mazurki,
spalą jaj malowanych święcone mundurki,
wielka pustkę w kieszeni odczuje człek wszelki.

Została zachowana oryginalna pisownia

Opracował Krzysztof Szymański

Tekst ukazał się w nr 6 (490), 31 marca – 16 kwietnia 2026

X