Ceny na stacjach benzynowych jakie są, każdy widzi, tak jak i każdy wie, które z państw na sprzedaży produktów ropopochodnych opierają znaczną część swojego budżetu. I które zyskują na trwającej amerykańsko-izraelskiej wojnie z Iranem. Często w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainę mówi się, że paliwa drożeją, więc Moskwa zyskuje tak potrzebne jej środki, ale sprowadzenie bliskowschodniego konfliktu do takiego uproszczenia szkodzi zrozumieniu sprawy.
Wiadomym jest, że jeszcze przed 2022 rokiem Rosja starała się szukać nie tylko partnerów do niezobowiązującej ideologicznie współpracy handlowej, ale i sojuszników z prawdziwego zdarzenia. Trafiało zazwyczaj na państwa rządzone przez autokratów, których do Kremla przyciągała aura siły i sprawczości. Jaskrawym, bodajże najbardziej znanym na Zachodzie przypadkiem, była władana przez dyktatora Asada Syria, która zwróciła się do Rosjan o pomoc, gdy jasnym się stało, że bez niej oddziały rebeliantów mają szansę obalić reżim. Inny przykład egzotycznego aliansu to Republika Środkowoafrykańska, choć tam linia powiązań biegła akurat przez rosyjskie grupy najemnicze. Gwarantowały one ochronę władzy i wsparcie jej słabych sił, notabene, podobnie jak w przypadku Damaszku, niekontrolujących całości terytorium. Inne „przyjaźnie” objawiały się mniej spektakularnie. A to Nikaragua w uścisku despoty Daniela Ortegi uznała rosyjskie protektoraty na ziemiach Gruzji, Abchazję oraz Osetię Południową za niepodległe państwa, a to zawtórowała jej Wenezuela. Rosja starała się trzymać blisko z rządami nieprzychylnymi Zachodowi, nawet gdy jeszcze nie groziła bombardowaniem Londynu i Berlina. Oprócz mniejszych, tudzież słabszych graczy, współpracowała też z tymi, którzy na geopolitycznej arenie liczyli się bardziej, zaznaczając swoją podmiotowość. Jednym z takich państw była Islamska Republika Iranu.
Teherańskie kierownictwo, jeszcze przed podjęciem decyzji o ostrzale państw regionu, było niezbyt lubiane nie tylko w Tel Awiwie. Skrajnie antyamerykański Iran walkę ze swoimi śmiertelnymi wrogami (Stanami Zjednoczonymi i Izraelem), z braku środków na pełnoprawną konfrontację, prowadził poprzez oplatanie regionu siecią sojuszniczych podmiotów – bojówek, milicji, organizacji terrorystycznych. Nietrudno się dziwić, że nie wszystkim się takie postępowanie podobało, a i to delikatnie powiedziane. Na głównego rywala Iranu wyrosła Arabia Saudyjska, co jest o tyle zrozumiałe, że oto na Bliskim Wschodzie – po wyeliminowaniu przez Amerykanów Iraku – pozostały dwa wielkie powierzchniowo, ludne, ambitne i zasobne w ropę podmioty muzułmańskie. Przy czym Rijad pełni kluczową rolę w świecie sunnickim, podczas gdy Teheran jawi się ostoją szyitów, animozje zaczynają się zatem już na poziomie teologicznym. Przede wszystkim jednak zarówno Arabia Saudyjska, jak i Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn czy Kuwejt, obrały wyraźny kierunek prowaszyngtoński, pchając się tym samym na irański celownik. Ewentualna konfrontacja Teheranu z „Wielkim Szatanem” (jak tytułuje się tam Stany Zjednoczone) chcąc nie chcąc musiała sprowadzać się do uderzeń w pobliskie amerykańskie bazy. Irańskie pociski nie posiadają zasięgu umożliwiającego atak na Kalifornię (lub choćby Hawaje), a naszpikowany najnowocześniejszymi systemami obrony powietrznej Izrael jest celem zbyt wymagającym, by można było go dotkliwie razić.
Reżim ajatollahów mógł nadepnąć Amerykanom na odcisk w zasadzie w jeden sposób i to, w odwecie za śmierć najwyższego przywódcy, zrobił. Zablokowano cieśninę Ormuz oraz zaczęto kąsać arabskich sprzymierzeńców Białego Domu. To ostatnie przy pełnej świadomości, że ci raczej nie odpowiedzą przyłączając się do wojny. Przy całych kosztach, jakie ponoszą, ich rządy wolą zostawić prowadzenie walk Waszyngtonowi i Tel Awiwowi, oszczędzając sobie ataków na własną infrastrukturę wojskową. A także unikając zasadniczego problemu – jak tu wojnę zakończyć, gdy jedna ze stron tego nie chce, a póki co nic nie wskazuje, by miała upaść. Rzecz jasna zaciskanie zębów nie może trwać w nieskończoność, zwłaszcza, że działania Iranu szkodzą gospodarce.
Irańczycy wiedzą, że okoliczności wystawiają na próbę cierpliwość państw arabskich i skrzętnie to wykorzystują, przy czym ich operacje – nie licząc konsekwencji w postaci odwetów – nie są szczególnie obciążające finansowo. Pracujący dla Teheranu inżynierowie wyspecjalizowali się bowiem w produkcji broni zaczepnej, która potrafi wyrządzać szkody, a przy tym jest na tyle tania i prosta w konstrukcji, by niezbyt zamożne państwo stać było na zasypywanie nią wroga. Częścią takiego arsenału są drony kamikadze, które poznaliśmy głównie z ukraińskiego nieba – wszak Iran podpisał z Rosją umowy na ich masowe dostawy. Za pozyskane w ten sposób pieniądze (przypomnijmy, że broń na eksport sprzedaje się zawsze po zawyżonych cenach) mógł rozbudowywać linie produkcyjne, powiększając własne zapasy. Podobne konstrukcje mają tę niebywałą zaletę, że gdy stosuje się je przeciwko tym, którzy nie nauczyli się ich tanio zwalczać (a realnie w pełni potrafią to dziś wyłącznie Ukraińcy), kończy się to sytuacjami, w których obiekty o wartości liczonej w tysiącach dolarów strąca się pociskami wartymi miliony. Rachunek ekonomiczny jest łatwy do wyprowadzenia.
Iran, nim został zmuszony przerzucić się na produkcję uzbrojenia wyłącznie na własne potrzeby bieżące, zdążył podzielić się z Rosjanami tajnikami produkcji zabójczych dronów. Tym samym niemożność dostarczania ich Moskwie (przynajmniej w takiej skali, jak dotąd) nie sprawi, że ta przestanie za jakiś czas posyłać je na ukraińskie miasta.
Po 2022 roku Rosja nie musiała się już oglądać na swoją reputację, wyciągnęła zatem dłoń do międzynarodowych pariasów (Korea Północna) i półpariasów (Iran). Za cenę schowania dumy do kieszeni i stawiania się często w pozycji petenta (a przynajmniej nie wielkiego imperium), otrzymała znaczące wsparcie w wysiłku zbrojnym przeciwko Kijowowi. Kolejne lata upływały jednak pod znakiem utraty kolejnych pomniejszych sojuszników – zawaliła się asadowska Syria, Amerykanie podporządkowali sobie Wenezuelę, teraz jeszcze postanowili rozprawić się z Iranem. Ten nie poddał się po pierwszym ciosie, na co, zdaje się, Biały Dom liczył, lecz walczy. Tym samym Rosja doczekała się nie tylko większych wpływów z handlu ropą, ale i poluzowania części amerykańskich sankcji, co zwiększyło popyt. Wszystko kosztem odcięcia bezpośredniego wsparcia z kierunku południowego, zapewne i tak już wcześniej ograniczonego, jako że Iran spodziewał się wybuchu wojny (a przynajmniej traktował ten scenariusz bardzo poważnie) i musiał gromadzić na nią zapasy. Przekazanie technologii zaś jest faktem dokonanym i kolejną kwestią, przez którą wojnę na Bliskim Wschodzie rozpatrywać można jako jednoznacznie korzystną z punktu widzenia Kremla. Istnieją jednak jeszcze mniej oczywiste akcenty.
Przede wszystkim, ofiary śmiertelne wśród wyższego przywództwa w Teheranie stawiają dalszy kurs reżimu pod znakiem zapytania. Zginął nie tylko gwarant stabilizacji w osobie Alego Chameneiego, ale i wskazywany jako najpotężniejsza osoba w Iranie Ali Laridżani. Automatycznie nie wzmacnia to wywodzącego się z bardziej liberalnego obozu politycznego prezydenta Masuda Pezeszkiana, w miejscowym systemie władzy posiadającego bardzo ograniczoną pozycję. Nowy najwyższy przywódca, Modżtaba Chamenei, pozostaje wielką niewiadomą, tak jak i stopień, do którego miał być raptem figurantem dla ludzi takich, jak Laridżani.
Trudno powiedzieć, jaką politykę względem Rosji realizować będą nowe władze. Na pewno nie wyrzucą z pamięci jej bierności w obliczu zagrożenia egzystencjalnego, przed jakim stanął Iran, bo trudno uważać udostępnienie informacji wywiadowczych za szczyt tego, co można w takiej sytuacji zaproponować. Moskwa próbuje zasłaniać się uwikłaniem w walki na Ukrainie, lecz mimo wszystko traci wizerunkowo. Zapewne dla Teheranu oczywistym jest, że za jej powściągliwością stoi chęć niedrażnienia Stanów Zjednoczonych.
Możemy spodziewać się, że Irańczycy nie pokażą po sobie rozczarowania. Może nawet przypuszczali, że Rosja tak się zachowa? Być może Iran traktował ją jako taktycznego partnera, nie oczekując niczego ponad to, co był w stanie uzyskać w twardej walucie. Z drugiej strony, z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że w przyszłości irańscy politycy nie będą traktować Moskwy jako poważnego, bliskiego sojusznika.
Nowy najwyższy przywódca, jeszcze przed wybraniem go na ten urząd, cudem uniknął śmierci w nalocie, który pozbawił życia jego poprzednika i ojca w jednej osobie. Oficjalnie odniósł wówczas niegroźne rany, choć media spekulowały, że wymagał leczenia, któremu poddał się w Rosji.
Z perspektywy Teheranu byłaby to decyzja zrozumiała. Jeżeli gdzieś mogliby ukryć Modżtabę Chameneiego przed izraelskim ogniem, to właśnie tam. Z drugiej strony ryzykownym byłoby zostawiać przyszłego władcę absolutnego (a tym jest w gruncie rzeczy najwyższy przywódca w Iranie) na pastwę byłych kagiebistów. Można przypuszczać, że jeżeli tylko młody Chamenei znajduje się na terytorium Federacji Rosyjskiej, Kreml postara się wywrzeć na niego jakiś wpływ. Ale ponieważ brak nam potwierdzonych informacji możemy wyłącznie spekulować, nie zapominając, że realną władzę przejąć może w tym czasie ktoś inny.
Jedynym, co dziś bardzo dotkliwie zaszkodziłoby Rosji, byłby upadek Islamskiej Republiki Iranu, ewentualnie jej transformacja w amerykański protektorat wzorem spacyfikowanej Wenezueli. Na to się na razie nie zanosi, jednak historia obecnej wojny pozostaje wciąż otwarta i nie jest możliwym powiedzieć, że na sto procent skończy się ona prędko i w sposób decydujący. Zapewne wiedzą to również Rosjanie, bacznie obserwujący co dzieje się z Iranem. Dlatego też może zamiast skupiać się na tym, do jakiego stopnia konflikt ten wzmocni Federację Rosyjską, zastanówmy się, jakie szanse może dawać Ukrainie. Niezapowiedziana wizyta prezydenta Zełenskiego w Arabii Saudyjskiej z 26 marca jeszcze nie musi niczego zwiastować, ale pozwala mieć inne myśli, niż tylko czarne, jak dym nad Teheranem.
Maciej Serżysko
Tekst ukazał się w nr 6 (490), 31 marca – 16 kwietnia 2026
