Tatarzy z Krymu we Lwowie

Tatarzy z Krymu we Lwowie (Fot. Eugeniusz Sało)

Na Krymie trwają represje wobec Tatarów.

Ciągle dochodzą informacje o przeszukaniach w domach prywatnych i w placówkach władz tatarskich. Przywódcom narodu zabroniono wjazdu na półwysep. W końcu marca władze rosyjskie nie wydały licencji największemu krymskotatarskiemu kanałowi telewizyjnemu ATR i szeregowi innych mediów, więc od 1 kwietnia zostały zamknięte.

Od rozpadu Związku Radzieckiego i odzyskania niepodległości przez Ukrainę – już nie na wygnaniu, ale na Krymie – zdążyło urodzić się i wejść w dorosłe życie nowe pokolenie. W odbudowywaniu swojej tożsamości Tatarzy Krymscy złapali powiew wolności i postawili na Ukrainę, która dała im tę szansę, więc w przeciwstawianiu się rosyjskiej agresji opowiedzieli się po stronie ukraińskiej.

Ostatnie kilka lat Polacy indywidualnie i w grupach tłumnie zwiedzali Krym. Szukali raczej śladów Mickiewicza i porównywali widoki z opisanymi przez Wieszcza w Sonetach Krymskich. W przewodnikach na ogół czytaliśmy o dawnych Grekach zakładających ponad dwa i pół tysiąca lat temu swoje miasta-państwa na północnym wybrzeżu morza Czarnego, o dość krótkim okresie genueńskim, o ekspansji tureckiej. Opisywano tam poczynania wielkiej carycy Katarzyny i opłakiwano losy ostatnich carów Rosji przedrewolucyjnej. Wojnę krymską i obronę Sewastopola opisywano jako wielkie zwycięstwo rosyjskiego ducha, a dreszczyk ciekawości przebijał na wzmiankę o rosyjskiej flocie czarnomorskiej. Pisano i opowiadano o Potiomkinie, Woroncowie, Golicynie – o ostatnim ze względu na wino. A jeszcze o Jałcie, która Polakom kojarzy się jednoznacznie. Na Tatarów Krymskich na ogół mało zwracano uwagi, nawet słabo nam się udawało lokować ich w naszej polskiej historii: Tatarzy, owszem, najeżdżali, ale z Krymu? – dziwiono się. Może tylko koloryt Bachczysaraju próbował przypomnieć o narodzie, który dla większości turystów pozostawał raczej w cieniu blasku Turcji. Nie każdy przewodnik zadawał sobie trud opowiadania o losach powojennych i sytuacji współczesnej tego narodu. Dopiero po aneksji Krymu świat zaczął zauważać tam Tatarów.

Po wysiedleniu Tatarów z Krymu, które nastąpiło 18 maja 1944 roku – kiedy w ciągu dosłownie kilku dni w bydlęcych wagonach wywieziono do Uzbekistanu i kilku innych regionów Azji Środkowej prawie całą ludność – w czasach radzieckich Tatarom nie wolno było nawet wjeżdżać na półwysep. Wydalano ich pod konwojem milicji. Tylko nielicznym udało się pozostać, aby przeżyć musieli się asymilować. Wywiezieni nie mogli powrócić do swoich domostw zajętych przez nowo przybyłych mieszkańców. Nawet w latach 80. XX wieku nie mieli prawa osiedlać się w historycznej macierzy. Po rozpadzie Związku Radzieckiego potomkom wywiezionych też nie było łatwo powracać. Jeździłam jako przewodnik grup turystycznych na Krym. Miałam tam trochę przyjaciół, czasem prosiłam opowiedzieć o historii powrotów. Pewna tatarska rodzina opowiadała mi, że powracała trzykrotnie. Za pierwszym razem wyprowadzono ich w asyście milicji, dopiero za trzecim razem się udało, gdy w połowie lat 90. ze składek kupili stary opuszczony domek przy skale w Bachczysaraju, w którym prowadzili restauracyjkę i mały hotelik. Nie narzekali, byli szczęśliwi że się udało i interes się kręcił, każdy mój telefon odbierali jak od najbliższego zawsze oczekiwanego przyjaciela.

Zastanawiałam się, czy my, Polacy, potrafilibyśmy tak się sprężyć, powrócić i zacząć wszystko od zera nie czekając na dogodne warunki, tak jak zrobili to oni – zebrali się razem, wspólnie zajęli ziemię, w ciągu jednego dnia wybudowali budy, by mieć gdzie złożyć na noc głowę, gdzie zostać? A następnego dnia zacząć porządkować sprawy urzędowe i dogadywać się z władzami? Czy „nowym”, osiadłym na Krymie po II wojnie światowej, miejscowym to się podobało? Oczywiście, że nie! O swojej niechęci do powracających mówili cicho, ale z zatajoną nienawiścią. Bali się konkurencji, bali się zmian w obliczu kulturalnym Krymu, starali się nie zauważać i nie mówić o tym. Prawdę powiedziawszy, wyglądało to dziwnie – jakby dwa równoległe światy współistniały ze sobą w jednym czasie i w jednym miejscu, prawie się nie krzyżując. A jak miejscowi bali się budownictwa nowych meczetów i odzyskiwania starych! O powracających mówili, że nie są to Tatarzy, tylko Uzbecy. Czy Państwu to nic nie przypomina? Mamy wspólny ból i podobne losy, ale nie jesteśmy podobni ani z charakteru, ani w wytrwałości. Ich walka o tożsamość oraz miejsce na Ziemi nadal trwa, a dziś są zapisywane kolejne trudne karty w dziejach tego narodu.

Z okazji koncertu we Lwowie znanej i lubianej na Ukrainie jazzowej śpiewaczki krymskotatarskiej – Jamali, odbyło się spotkanie z przesiedleńcami z Krymu. Opowieści o życiu i losach Tatarów z Krymu wysłuchała Alina Wozijan.

Jamala:

Mieszkam w Kijowie, ale zameldowanie mam nadal na Krymie. Wiem, jak to jest opuścić swój dom, opuścić swoje ogrody i sady. Moi rodzice, moja duża rodzina, wszyscy przyjaciele mieszkają na Krymie. Wczoraj po półrocznej przerwie nareszcie spotkałam się z ojcem. Martwię się o nich tam, bo tu wykazuję swój patriotyzm, tu jestem wolna, a oni nie. Tam nie wolno mówić otwarcie to, co myślisz. Telewizję krymskotatarską zamknięto 1 kwietnia, moja mama bardzo płakała. Ta telewizja była taką małą cząstką kultury krymskotatarskiej, jak amulet strzegła kultury, pieśni narodu, tańców, języka. Młodzież w naszych czasach może zapomnieć języka krymskotatarskiego – jest to bardzo łatwy proces, gdy nie słyszysz języka. Trzeba znać język kraju w którym mieszkasz, ale ojczystego zapominać nie wolno.

Esmigul Ozenbash, studentka Politechniki Lwowskiej:

Kiedy Pani przyjechała do Lwowa i jaka była przyczyna przyjazdu?
Przyjechałam do Lwowa we wrześniu ubiegłego roku, przyczyną wyjazdu z Krymu była okupacja półwyspu. Zaczęło być trudno tam żyć i studiować, więc przeprowadziłam się do Lwowa. Nie chciałam brać paszportu rosyjskiego, a bez dokumentów nie da się żyć.

Bardzo dobrze mówi Pani po ukraińsku, gdzie się Pani nauczyła?
Jestem absolwentką ukraińskiego gimnazjum w Symferopolu. Studiuję obecnie architekturę na Politechnice, jestem na drugim roku.

Jak się układają stosunki z kolegami studentami?
Bardzo dobrze. Mam wielkie szczęście, trafiłam na bardzo tolerancyjnych ludzi, wszyscy bardzo dobrze mnie przyjęli. Mieszkam w akademiku. A we Lwowie bardzo mi się podoba.

Rodzina pozostała na Krymie?
Brat przeprowadził się do Kijowa, a rodzice zostali na Krymie, mieszkają w Symferopolu. Na razie nie odbierają obywatelstwa rosyjskiego, nie chcą, jeszcze się trzymają. Trudno jest teraz utrzymywać łączność z Krymem. Ukraińska sieć komórkowa jest tam wyłączona, kontaktujemy się przez internet.

Czy dużo młodzieży studenckiej wyjechało z Krymu?
Bardzo dużo. Przeważnie na studia do Kijowa, Lwowa czy Charkowa.

Halil Halilow, założyciel Stowarzyszenia Krymskotatarskiego Centrum Kulturowe „Dom Krymski” we Lwowie:

Jak Pan się czuje we Lwowie?
Zamieszkałem we Lwowie około pół roku temu. Mam doświadczenie w pracy menadżera, miałem w życiu okazję pracować ze znanym gitarzystą jazzowym Enwerem Ismailowem, robiłem też program muzyczny w telewizji ATR, która niestety została obecnie zamknięta przez agresorów rosyjskich. Miałem na Krymie również swoje Centrum Artystyczne, gdzie tworzyłem projekty w oparciu o folklor krymskotatarski. We Lwowie przejąłem obowiązki dyrektora komercyjnego i wykonawczego lwowskiej szkoły jazzu, więc mogę powiedzieć, że adaptowałem się tu bardzo dobrze. Lwów zachowuje tradycje centrum kulturowego, dlatego nie żałuję, że czasowo właśnie tu znalazłem swoje miejsce. W tym mieście będę mógł zachować i rozwijać naszą krymskotatarską kulturę.

Od kiedy we Lwowie istnieje Dom Krymski?
Rejestracja i inauguracja Domu Krymskiego nastąpiła w listopadzie ubiegłego roku. Ale niektóre projekty były przez nas realizowane jeszcze we wrześniu. Na Krymie jeszcze, przez kilka lat zajmowałem się organizacją imprez kulturalnych, głównie były to koncerty krymskotatarskiej muzyki ludowej oraz współczesnego jazzu. A we Lwowie mam projekt pod nazwą „Muzyczne Kolaboracje”, który powstał z inicjatywy centrum kulturowego Dom Krymski, celem którego jest zachowanie powiązań kulturalnych Ukraińców i Tatarów Krymskich. W projekcie biorą udział muzycy krymskotatarscy i ukraińscy. Muzykę ludową Tatarów Krymskich i ukraińską przekładamy na formę jazzową, powstaje mix muzyczny, przez co staramy się otworzyć i zachować łącza kulturalne. Ten projekt planujemy pokazać na Dniach Lwowa w Krakowie w tym roku.

Jak się czuje rodzina, która pozostała jeszcze na Krymie?
Bardzo im trudno. Trudno tam teraz nawet tym, którzy mają pewne środki do życia. Nie ma możliwości rozwoju biznesu. Czują się jakby byli w rezerwacie. Nawet jeśli są pieniądze, jeśli jest pewny dostatek materialny, nie ma poczucia wolności.

Alim Alijew, mieszka we Lwowie od 6 lat, jest współtwórcą stowarzyszenia Krym SOS:

Minął rok od aneksji Krymu. Ile osób narodowości krymskotatarskiej przesiedliło się do Lwowa?
W ciągu tego roku do Lwowa przyjechało około dwóch tysięcy Tatarów Krymskich, i Lwów faktycznie stał się jednym z większych centrów dużego skupiska byłych mieszkańców Krymu. Przed aneksją we Lwowie mieszkało tylko niespełna 20 osób, więc liczba ta zwiększyła się 100 razy. Przyczyny były różne, chociaż główną na pewno była ta, że Lwów jest miastem komfortowym i władze miasta zachęcały do przyjazdu. Lwów jest większym miastem położonym blisko granicy, to daje większe możliwości adaptacji.

Turystyczny Krym padł. A gros mieszkańców z tego właśnie żyło. Pewnie spora część osiadłych obecnie we Lwowie Tatarów wcześniej pracowała właśnie w branży turystycznej. Czym zajęli się we Lwowie?
Rzeczywiście, Krym, wcześniej turystyczny, obecnie bardzo szybko jest przekształcany na terytorium zmilitaryzowane, gdzie ciągle przybywa dużo nowej wojskowej techniki z Rosji. Wielu z przesiedleńców wcześniej obsługiwali turystów na Krymie. To umieją najlepiej, więc we Lwowie i okolicach też starają się albo otwierać knajpki, albo gotują w domu na zamówienie. Inni najęli się do już istniejących placówek.

Jak ludzie przeżywają zmiany związane z przesiedlaniem?
Ludzie adaptują się różnie. Są pewne problemy, były one rok temu, są też teraz. Największe dla wszystkich przesiedleńców problemy wiążą się ze znalezieniem miejsca zamieszkania i zatrudnienia. Dla Tatarów Krymskich ważne jest zagadnienie związane z zachowaniem identyfikacji kulturowej – języka, kultury, religii. Dlatego organizacja Krym SOS skupia się na tym by prawidłowo integrować Tatarów Krymskich, nie pozwolić im się zasymilować i pomóc im w zachowaniu tożsamości w okresie okupacji macierzystego kraju. Organizujemy różnego rodzaju spotkania – są to lekcje języka krymskotatarskiego, są też spotkania, na których znani Tatarzy Krymscy opowiadają o sobie, o historii, o Krymie. We wszystkich imprezach mogą też uczestniczyć Lwowianie.

Jamala jest jedną z najbardziej znanych postaci wśród przedstawicieli narodu krymskotatarskiego, stąd też to spotkanie zebrało sporo uczestników?
Tak, Jamala jest jedną z najbardziej znanych Tatarek Krymskich, a dla mnie Jamala jest wzorcem jakościowej, perfekcyjnej pracy oraz potwierdzeniem tego, że Tatarzy Krymscy mogą zaproponować światu produkt wysokiej klasy. Jesteśmy organizatorami spotkania Jamaly z lwowianami i przesiedleńcami. Dla nas jest ważne, żeby jedni i drudzy mogli przebywać ze sobą, dlatego ciągle organizujemy takie spotkania, gdzie ludzie mogą się zapoznać.

Chcemy zorganizować wielki festiwal przesiedleńców i lwowian we Lwowie. Kontynuujemy organizację imprez kulturowych, na przykład podczas Dni Lwowa w Krakowie w tym roku zostanie przedstawiony program krymskotatarski, który przygotowywany jest wspólnie przez muzyków tatarskich i ukraińskich.

Jak we Lwowie wygląda obecnie kwestia zachowania religii przez Tatarów Krymskich?
We Lwowie zorganizowała się grupa wierzących Krymskich Tatarów. Mają oni lokal, gdzie niektóre potrzeby religijne są realizowane – można odprawić namaz i inne wspólne modlitwy. Ale taki stan rzeczy nie może trwać długo. Jest pomysł i są obecnie prowadzone rozmowy o budowie domu modlitewnego we Lwowie, do którego mogliby przychodzić tak muzułmanie, jak wyznawcy innych religii, musi to być placówka dialogu między religiami. Musimy burzyć stereotypy, musimy miejscowym mieszkańcom wyjaśniać, kim są muzułmanie, a także musimy rozmawiać z władzami.

Jak wyglądają kontakty z innymi mniejszościami narodowymi we Lwowie?
Jesteśmy otwarci absolutnie wobec wszystkich. Kiedy zaczynaliśmy projekt Krym SOS, pomagaliśmy nie tylko Tatarom Krymskim, ale również wszystkim uchodźcom z Krymu niezależnie od narodowości. W tej chwili pomagamy przesiedleńcom ze wschodu Ukrainy. Pomoc jest rzeczą bardzo uniwersalną, nie zna narodowości czy religii. My chcemy być otwarci i zrozumiani we Lwowie.

Z jakiego miasta na Krymie Pan pochodzi i jak w świetle nasilających się represji funkcjonuje Pana rodzina?
Moje rodzinne miasto to Saki na zachodzie półwyspu Krymskiego. Za pośrednictwem internetu rozmawiam codziennie z aktywistami, z rodziną i z przyjaciółmi, których większość pozostała właśnie tam. Od pierwszych dni kwietnia zaczęła się jedna z najmocniejszych fal represji – utraciły możliwość nadawania największy kanał telewizyjny ATR, kanał dla dzieci Lale i inne media Tatarów Krymskich. Wszyscy bardzo to przeżywają.

Proszę przekazać im nasze wsparcie.

Alina Wozijan
Tekst ukazał się w nr 8 (228) 30 kwietnia – 14 maja 2015

{youtube}jfBgW5q5z5M{/youtube}

X