Po podliczeniu zdecydowanej większości głosów oddanych w wyborach parlamentarnych w Gruzji prawdopodobnym było, że Gruzińskie Marzenie zdobędzie 88 mandatów, a opozycji przypadną 62 miejsca w parlamencie. W tym Koalicja na Rzecz Przemian zyska ich 19, Ruch Jedność-Narodowa 16, Silna Gruzja 14, a Gacharia dla Gruzji – 13. Ostatecznie oficjalnie podano, że dotychczas rządzące ugrupowanie zdobyło ponad 54% głosów. Za europejską drogą opowiedziało się tylko 37,5% wyborców.
Dla tych, którzy niecierpliwie wypatrywali zdecydowanie prozachodniego zwrotu w polityce, było to ogromne rozczarowanie, tym bardziej, że wyniki głosowania różnią się od danych exit poll. Trzeba przy tym zaznaczyć – niektórych danych. Tu także odnotowano spore rozbieżności w zależności od tego, kto przeprowadzał sondaże i tak według danych exit poll prorządowej telewizji Imedi Gruzińskie Marzenie zdobyło aż 56,1%, głosów. Stacje telewizyjne bliskie opozycji przekonywały, że dotychczas rządzący stracą większość w parlamencie.
Nadzieje i rzeczywistość znacząco się rozminęły, co, jak to bywa w takich sytuacjach, sprowokowało wiele osób do snucia przypuszczeń, że wybory zostały sfałszowane. Media, nie tylko gruzińskie, prześcigały się w prezentowaniu zdjęć dowodzących, że do urn dorzucano karty do głosowania, dziennikarze mówili o łamaniu prawa, a prezydent Salome Zurabiszwili w sobotni wieczór oświadczyła, że „pomimo prób sfałszowania wyników i bez głosów diaspory” w wyborach parlamentarnych zwyciężyła Proeuropejska Gruzja z wynikiem 52%. Te głosy zza granicy mogły zresztą okazać się kluczowe, ponieważ tam opozycja osiągnęła o wiele lepsze wyniki niż na terenie kraju – Gruzińskie Marzenie zdobyło zaledwie 17,7% głosów.
W następnym wpisie na swoim profilu w serwisie X Zurabiszwili dodała, że „Gruzja wykazała się demokracją, europejskością i dojrzałością… Jestem dumna i pełna wiary w naszą europejską przyszłość!”. Ten optymizm okazał się jednak zdecydowanie przedwczesny, a ci, których głosowanie rozczarowało, ruszyli tłumnie na ulice. Bez wątpienia wiele osób zadawało wtedy pytanie, czy to oznacza, że będziemy świadkami gruzińskiego Euromajdanu, wiele też liczyło na to, że protesty Gruzinów zmuszą komisję wyborczą do rzetelnego policzenia głosów, a być może wybory zostaną powtórzone.
Premier Węgier Viktor Orban, który jako jedyny przywódca państwa unijnego złożył gratulacje premierowi Irakli Kobakhidze i ucieszył się z „miażdżącego zwycięstwa”, chwaląc obywateli Gruzji za to, że „wiedzą, co jest najlepsze dla ich kraju i dali dziś wyraz swojemu głosowi!”, został po przylocie do Tbilisi wygwizdany. Czy tak „gorące” przyjęcie może być dowodem na zaangażowanie w wybory Rosji, z którą Orbanowi, jak od lat udowadnia, jest po drodze?
Niektórym taka teza wydaje się zbyt naciągana. Jednakże trudno byłoby uwierzyć, że w cieniu wojny w Ukrainie Moskwa nie podejmuje działań mających osłabić Unię Europejską i NATO, że nie ingeruje w procesy wyborcze w krajach aspirujących do eurointegracji i tych, które już przynależą do międzynarodowej wspólnoty. Rzecz jasna Rosja wszystkiemu zaprzecza, ale tak już ma w zwyczaju. Sami Gruzini mówią o rosyjskiej „operacji specjalnej” przeprowadzonej w ich kraju, a opozycyjni parlamentarzyści na znak protestu zrzekli się mandatów. Przy tej okazji warto nadmienić, że Gruzińskie Marzenie wcale nie musi mieć konstytucyjnej większości w nowym parlamencie, czyli 113 posłów, co umożliwiłoby radykalne zmiany w prawie, w tym uznanie, że działalność opozycji jest niezgodna z konstytucją, przyznanie szerokich uprawnień i specjalnego statusu Kościołowi, czy zakaz propagandy LGBT.
Brzmi to znajomo? Tak, z pewnością przypomina działania Moskwy podejmowane we własnym kraju. Ponadto często podobnymi hasłami, odwoływaniem się do tradycji narodowych, siły religii, niechęcią do mniejszości, w tym seksualnych, Kreml przekonuje z pomocą polityków w różnych państwach do obrania kursu na wschód. „Lewacki”, neoliberalny Zachód przedstawiany jest jako zagrożenie dla „odwiecznych” wartości kształtujących dane społeczeństwo i prosta droga do zatracenia własnej podmiotowości. Nie ma przy tym znaczenia, że taki przekaz mija się z prawdą. Ludziom przekonanym, że Ziemia jest płaska, szczepionki są narzędziem kontroli, a Bruksela zakaże nam używania gotówki, za to zmusi do jedzenia robaków, można wmówić wszystko.
Rosja już od dawna manipuluje nastrojami w Gruzji. Udało jej się chociażby przekonać część osób do obarczenia winą za rosyjski atak w 2008 roku ówczesnego prezydenta tego kraju. Micheil Saakaszwili odsiaduje dziś wyrok w więzieniu, zatem nie ma jak się bronić, zresztą nie byłoby takiej potrzeby. Ci, którzy uwierzyli Kremlowi, i tak wiedzą swoje. Teraz wprost z Moskwy płyną komunikaty o zachodnich manipulacjach wyborami, próbie przewrotu stanu i spisku, mającym na celu odsunięcie od władzy Gruzińskiego Marzenia. Dowiadujemy się, że z Ukrainy sprowadzono snajperów, którzy mają strzelać do demonstrujących na ulicach, co ma wzbudzić obawy i zniechęcić do protestów. Scenariusze te także są doskonale nam znane, a co ważniejsze – zostały już przetestowane.
Teraz sama Gruzja stała się testem dla Zachodu, sprawdzianem tego, czy potrafi on prowadzić politykę w sytuacji, która wydaje się patowa. Nie ma żadnych wątpliwości, że część Gruzinów nie tyle z pełnym przekonaniem, co z wyrachowaniem oddała głos na Gruzińskie Marzenie. Społeczeństwo jest bowiem w pewnym sensie zakładnikiem wojny w Ukrainie i wiele osób spodziewa się, że niezależnie od tego, jaki będzie jej wynik, Rosja i tak upomni się o Tbilisi. Jeśli zaatakuje z pozycji przegranego, poleje się krew, bo trzeba będzie pokazać Rosjanom, że jednak są zdolni do zwycięstwa, a wszystko, co stało się nad Dnieprem, jest winą Zachodu, na który w swoim czasie i tak czeka zemsta. Jeśli Moskwa wygra, nikt nie zaprotestuje, gdy sięgnie po kolejny kraj. W obu przypadkach może więc lepiej już teraz ugiąć się i postawić na prorosyjskie ugrupowanie, które przynajmniej ocali ojczyznę od tragedii? Jakkolwiek naiwne byłoby takie myślenie, można je do pewnego stopnia zrozumieć. Strach przed Rosją może jednocześnie pchać w jej objęcia. Do tego łatwo samego siebie usprawiedliwić, bo Gruzińskie Marzenie przecież nie wypierało się związków z Unią Europejską i NATO, co też jest stałym elementem strategii wielu ugrupowań grających na Rosję (tu wystarczy spojrzeć ponownie na Węgry).
Zakładnikiem sytuacji stał się także Zachód. Wspierając prounijny kurs Gruzji, inwestując w nią, przede wszystkim pod kątem gospodarczym, ale także militarnym, wcale nie musi sprawić, że Gruzini zmienią swoją optykę i nastawienie do Brukseli. Zarazem będąc beneficjentami zachodnich pieniędzy, a także mając dostęp do wiedzy o praktykach stosowanych w NATO, wypracowanych podczas wspólnych ćwiczeń, będą jeszcze bardziej łakomym kąskiem dla Rosji i jej służb specjalnych.
W tej sytuacji na Zachodzie mogą pojawić się głosy, by dać sobie spokój z tym krajem, który i tak prędzej czy później stanie się dla Moskwy bardzo bliską zagranicą. Na tego rodzaju opinie Putin tylko czeka. Lecz jednocześnie może czekać na głosy rozsądku mówiące, że tym bardziej musimy inwestować w gruzińską opozycję i naród, który się waha, a którego nie wolno nam oddać Rosji. Wtedy wszystko, co zostanie Gruzji ofiarowane, z czasem przejmą Rosjanie.
Wydaje się, że koncentrując się na wojnie w Ukrainie nieco przespaliśmy moment, w którym zaczęliśmy tracić Gruzję. Podobne procesy, inspirowane z Kremla, mają miejsce w Mołdawii, Bułgarii, za chwilę czekają nas serie kolejnych wyborów w różnych zakątkach świata, z czego największą uwagę będziemy zwracać na wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, a kilka miesięcy później także i w Polsce. W tym ostatnim przypadku jeśli już dziś nie zaczniemy zastanawiać się, jak bronić się przed rosyjską ingerencją w kampanię wyborczą i proces wyborczy może się okazać, że obudzimy się, gdy ktoś z zewnątrz wybierze nam prezydenta.
W Bułgarii w siłę wzrosło skrajnie prawicowe Odrodzenie. Z ust jego polityków płyną słowa niemal tożsame z narracją Kremla, a partia domaga się wyjścia kraju z NATO. Co prawda wciąż jest to trzecie ugrupowanie na tamtejszej scenie politycznej, ale możemy też powiedzieć, że już trzecie. W końcu poparcie dla Odrodzenia wzrosło czterokrotnie w ciągu zaledwie czterech lat. Konserwatywny przekaz, zapędy autorytarne, przejmowanie przez partie dotąd centrowe prawicowej narracji służą Moskwie, osłabiając więzi łączące państwa UE i Paktu Północnoatlantyckiego. Te same problemy dotyczą dziś całego świata, ale szczególnie widoczne są na naszym podwórku, w Europie Środkowo-Wschodniej. Boryka się z nimi także Polska i ogromnie nieroztropnym byłoby zakładać, że to nieszkodliwe, naturalne procesy, a nie scenariusz pisany w Moskwie.
***
Internauci komentując wybory w Gruzji piszą, że „Zostaliśmy w Polsce z masą rosyjskojęzycznych Gruzinów wielbiących Putina. Brawo PiS i KO. Kolejny sukces na Waszym koncie”. Publikując nienawistne komentarze pod adresem migrantów z Gruzji korzystają z okazji, by postawić znak równości między polską opozycją a ugrupowaniem z kręgu władzy. Możemy się spodziewać, że w najbliższym czasie każda okazja do podobnych działań zostanie skrupulatnie wykorzystana przez trolle, boty, pożytecznych idiotów. Na nasilaniu się takiego przekazu będzie korzystać ten, kto jest trzecią drogą, alternatywą dla rządu, ale i dla opozycji, a przynajmniej na taką się kreuje. Jeśli nadal nie wierzymy, że będzie się to działo z błogosławieństwem Kremla może się okazać, że to, co wydarzyło się w Mołdawii, Bułgarii, Gruzji, stanie się też udziałem Warszawy.
Nie trzeba bowiem wszczynać wojny, by przejąć władzę i opanować terytorium. Bez wątpienia ziszczenie się takiego planu jest największym rosyjskim marzeniem.
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 20 (456), 31 października – 14 listopada 2024
