Rakietą w media fot. nv.ua

Rakietą w media

Padł rozkaz odpalenia tajemniczej rakiety „Oriesznik”, teoretycznie nowej, w praktyce najprawdopodobniej odświeżonej wersji radzieckiej konstrukcji. Nadwiślańskie media wstrzymały oddech nie tyle w bojaźni, co z najczystszej ekscytacji. Nareszcie Kreml dostarczył im sensację należytego kalibru! Nie jest to co prawda atak jądrowy, ale i tak nie ma co wybrzydzać. Nic się tak przecież nie sprzedaje jak zagrożenie bezpośrednie, a mówiąc o „sprzedaży” należy pamiętać, że w obecnym modelu biznesowym agencji informacyjnych jest nią ilość wyświetleń artykułu, a co za tym idzie, oglądalność reklam. I zaczęło się…

Wpierw gruchnęła wieść, że oto i wystrzelono ICBM, z anglojęzycznej terminologii wojskowej „międzykontynentalny pocisk balistyczny”. Mówiąc prościej, Rosjanie mieli użyć broni o zasięgu rozpoczynającym się od pięciu i pół tysiąca kilometrów. Pięć tysięcy pięćset trzydzieści sześć kilometrów jest w linii prostej z Kijowa do Timphu, stolicy Bhutanu. Ten zimnowojenny wynalazek, jak nietrudno się domyślić, nie służył raczej do błyskawicznego wysyłania pomocy humanitarnej na drugi kraniec świata (a szkoda), lecz w razie wybuchu III wojny światowej miał pomóc Amerykanom w unicestwieniu Związku Radzieckiego i vice versa. Jako pierwsza wprowadziła do swojego arsenału ICBM Armia Radziecka, „Semiorka” (tudzież R-7) fruwała już w 1957 roku. Dziś również Rosjanie kładą na ten typ uzbrojenia dość spory nacisk. Naiwnie byłoby zakładać że przeprowadzony 20 kwietnia 2022 roku test „Sarmata”, czy też, jak kto woli, RS-28, broni o zakładanym zasięgu osiemnastu tysięcy kilometrów nie miał na celu zastraszenia społeczeństw Zachodu. Z Kijowa do Wellington, stolicy Nowej Zelandii, jest w linii prostej siedemnaście tysięcy dziewięćdziesiąt dziewięć kilometrów, równocześnie, pomimo wszędobylskich gróźb, Rosjanie utrzymują, że ich zdolności wojskowe mają charakter obronny. Na całe szczęście kolejne testy „Szatana II”, jak przezwały nielicującą z powagą tematu „Semiorkę” media, były już serią klęsk, wybuchów i kompromitacji, przy czym wybuchy te nie miały miejsca w Wellington, tylko na kosmodromie Plesieck w obwodzie archangielskim.

21 listopada artykuł „Rosja użyła międzykontynentalnego pocisku balistycznego do ataku na Ukrainę” pojawił się na podległej radiu RMF FM stronie informacyjnej rmf24.pl. Wirtualna Polska pytała: „Czy Rosja naprawdę wystrzeliła międzykontynentalny pocisk? «Zachód ma otwierać oczy ze strachu»” posiłkując się w poszukiwaniach odpowiedzi autorytetem emerytowanego generała Polki, medialnej gwiazdy czasów wojny. O ile na redakcje podległe podmiotom prywatnym można jeszcze brać pewną poprawkę, o tyle pewne wątpliwości może budzić tekst „Rosja użyła międzykontynentalnej rakiety balistycznej, zdolnej przenosić ładunki jądrowe” ze strony Polskiej Agencji Prasowej. Przykłady można by wyliczać w nieskończoność.

Informacja o tej „straszliwej eskalacji” poniosła się przez przestrzeń informacyjną z niewyobrażalną siłą, stawiając tak wiele razy skompromitowaną nieudolnością i pospolitymi łgarstwami Rosję w świetle, w którym sama stara się przedstawiać: nuklearnego mocarstwa z którego interesami należy się liczyć dla dobra świata, może i faktycznie zarządzanego przez niestabilnego tyrana, przez co zdolne do wszystkiego. Nic tylko przypomnieć jeszcze o niedawnej nowelizacji federalnej doktryny nuklearnej, czego również, jak wiele innych redakcji, Polska Agencja Prasowa nie poniechała uczynić. Tym sprytnym ruchem Kreml przesłał do społeczeństw państw wrogich czytelną pogróżkę, która również za sprawą medialnej otoczki zdawała się brzmieć wiarygodnie. Zapewne w więcej niż jednej głowie zasiało to wątpliwość „może więc i faktycznie istnieją jakieś czerwone linie, których nie wolno nam przekraczać”?

Dopiero po chwili przyszło otrzeźwienie. Chwili, którą Rosjanie skrzętnie wykorzystali dzięki doskonałej znajomości naszych słabości. Zdolny do przenoszenia ładunków nuklearnych pocisk międzykontynentalny, zapewne identyczny jak setki wycelowanych w Europę i Stany Zjednoczone, okazał się bowiem nie ICBM, tylko IRBM, „pociskiem balistycznym pośredniego zasięgu”. Takie się nie od pięciu i pół tysiąca kilometrów zaczynają, tylko na nich kończą. Ich zasięg liczy się od trzech tysięcy kilometrów. Z Kijowa do Oranu w Algierii jest dwa tysiące dziewięćset osiemdziesiąt dwa. Niby brzmi to jak kosmetyczna różnica dostrzegalna dla pasjonatów wojskowości i analityków, a jednak nawet z propagandowego punktu widzenia ICBM i IRBM to nie to samo. Niby człowiekowi wszystko jedno, czy zabije go taka, czy taka broń, aczkolwiek w szerszym kontekście udane użycie broni zdolnej przelecieć kilkanaście, a kilka tysięcy kilometrów, robi różnicę.

Żeby też nie przestawiać Rosji jako rakietowego ewenementu w swej wszechmocy, dla porównania biedna i zacofana Korea Północna swoje ICBM Hwasong-17 i Hwasong-18 potrafi, przynajmniej w teorii, wystrzelić na piętnaście tysięcy kilometrów. Natomiast pewne rządy autorytarne tak popierające zniszczenie Izraela, choć świadome, że Rosji nie wolno prowokować, bo jest potęgą jądrową i ma możliwości uderzania tą bronią w odległe cele, niech nie zapomną o jednym. Izrael jest w stanie swoje Jericho III wystrzelić na jedenaście i pół tysiąca kilometrów. Z Jerozolimy do Teheranu jest tysiąc pięćset pięćdziesiąt osiem.

A wszystkich tych przekonanych, że obłąkanego tyrana nie należy drażnić niech uspokoi fakt, że nieprzewidywalna Rosja przed wystrzeleniem „Oriesznika” poinformowała znienawidzony Pentagon.

Niektóre redakcje osobliwie przyznały się do zbiorowego błędu, czy raczej znalazły sposób na pociągnięcie chwytliwego tematu, mając na względzie wpływy z oglądanych reklam. Z początku nie było pewności i tak też Rzeczpospolita powołując się na „dwóch zachodnich urzędników” powątpiewała: „Atak rakietowy na Dniepr. Rosja nie użyła pocisku balistycznego ICBM?”. Tych głosów nie było jednak za wiele. „Oriesznik” otrzymał zbyt dużo rozgłosu, by teraz go nie wykorzystać, wyrósł wręcz na swoistego bohatera.

22 listopada, gazeta.pl: „Oriesznik cofa nas do lat 80. Europa znów w cieniu rakiet pośredniego zasięgu”. Onet: „Władimir Putin mówi o potędze pocisku Oriesznik. «Tego nie ma nikt na świecie»”. Rzeczpospolita: „Oriesznik, czyli hipersoniczna „Leszczyna”. Co wiemy o nowej broni Władimira Putina”. „Forbes”: „Tajemnicza rosyjska rakieta balistyczna została stworzona podstępem”. Wirtualna Polska: „Polska w zasięgu «Oriesznika». Propagandowa mapa i groźby Kremla”. Witryna bankier.pl: „Putin zapowiada seryjną produkcję rakiety Oriesznik. «Może atakować cele w całej Europie»”. 23 listopada, TVN 24: „«Waga ciężka, pierwsza liga rosyjskich wojsk rakietowych». Ekspert o tym, czym jest rosyjski Oriesznik”. 24 listopada, gazeta.pl, tłumaczenie z Deutsche Welle: „Pocisk Oriesznik. Nowa broń, którą Rosja atakuje Ukrainę. Czy jest aż tak groźna?”. 25 listopada, TVN 24 raz jeszcze: „Nowa broń Putina. Tak wyglądają szczątki Oriesznika”. Ponownie serwis gazeta.pl: „Nowa śmiercionośna broń Władimira Putina. Ukraińcy pokazali szczątki pocisku Oriesznik”. 26 listopada, ponownie Onet, tłumaczenie z „The Moscow Times”: „Putin zrzucił na Dniepr rakietę Oriesznik. Teraz rosyjski biznesmen chce nazwać na jej cześć wódkę” – swoją drogą, tradycje wiecznie żywe. Tekst cytuje „Gazeta”, dziennik Polonii w Kanadzie.

Należy zaznaczyć, że w tej dezinformacji mieli swój udział również Ukraińcy. Od nich wypływały też doniesienia o ataku ICBM. Szczegółów można się tylko domyślać. Faktyczne przecieki i niepewność dowództwa? Chęć przedstawienia Rosji w jak najgorszym świetle? Sianie paniki na Zachodzie i umocnienia strachu przed Moskwą nie brzmi logicznie. O chaosie informacyjnym, zarówno na Ukrainie jak i poza nią, niech świadczy „Wywiad o rakiecie, która spadła na Dniepr. «11-krotność prędkości dźwięku»” ze strony Polskiego Radia 24. Tekst powołuje się na wpis na telegramowym koncie ukraińskiego wywiadu wojskowego identyfikujący pocisk jako rakietę balistyczną „Kedr”. W Internecie trudno szukać jakichkolwiek wzmianek o takiej broni. Jest pistolet maszynowy Kedr, jest również projekt nazwanych od cyprysów libańskich pocisków z wczesnych lat sześćdziesiątych i tyle. Atak nieukończonym, przestarzałym projektem z Bliskiego Wschodu raczej nie wzbudziłby takich emocji. Opuszczając więc polską przestrzeń internetową natrafiamy w The Kyiv Independent na wzmianki o kompleksie rakietowym „Kedr”, skąd rakieta na Dniepr miała zostać odpalona. Ukraiński serwis Defence Express pisze natomiast w artykule „Can Ukraine Counter Ballistic Missiles from russia’s New Kedr System?” o systemie rakietowym „Kedr”. Radio Erewań wciąż się nie ustosunkowało.

Warto zdać sobie pytanie, czy aby przekazywanie informacji nie nabiera w wielu przypadkach formy wyścigu kto pierwszy poda jak najatrakcyjniejszą wiadomość, zanim zrobi to konkurencja. Z jednej strony, czy kiedyś prasa funkcjonowała inaczej? Czyż już podczas obławy na Kubę Rozpruwacza tanie gazety nie prześcigały się w jeszcze tańszych sensacjach? Jak najbardziej.

Trudno opierać się propagandzie przy równie nieodpowiedzialnym podejściu mediów. Pytanie, czy w tych wszystkich reakcjach ktoś jeszcze realnie myśli o dobru wspólnym, czy jedynie o optymalizacji zysków kosztem wiarygodności, co swoją drogą przekłada się na jeszcze większy spadek zainteresowania mediami tradycyjnymi i pcha obywateli w szpony dowiadywania się o świecie wszystkiego z mediów społecznościowych? I czy faktycznie w rzeczonych redakcjach są jeszcze w ogóle dziennikarze, czy tylko autorzy?

Maciej Serżysko

X