Powrót do domu fot. sadyogrody.pl

Powrót do domu

Kamienica w centrum jednego z polskich miast – miasta, które stało się przystanią dla wielu ukraińskich uchodźców. Miasta, którego nazwa nie ma w tym kontekście żadnego znaczenia, bo mogliby dziś mieszkać gdziekolwiek. Byle tylko było bezpiecznie. Może też być ciepło, wygodnie, może być woda w kranie i wyposażona kuchnia, mogą być zabawki dla dzieci i coś do ubrania. To wszystko może być, ale nie musi. Najważniejsze jest to, by nikt nie strzelał, nie spadały bomby, by dzieci mogły znów spać spokojnie, choć przecież wiadomo, że taki sen to złudzenie. Bo obrazy wojny na zawsze wryły się w ich pamięć i będą wracać długo po tym, jak podpisany zostanie pokój, być może zostaną na zawsze. Nieproszone wspomnienia będą wkradać się w sny, pojawiać się wraz z dymem jesiennego ogniska („tak pachniało, gdy płonął dom sąsiadów”), zabłąkaną melodią („to piosenka, którą w metrze śpiewała ta kobieta z poranioną twarzą, ciekawe, co się z nią teraz dzieje”), talerzem zupy, niemożliwej do ugotowania w piwnicy.

Sprawdzam, czy trafiłam pod dobry adres i wyjmuję telefon. Odbiera właścicielka sympatycznego głosu, przedstawiam się i mówię, że byłyśmy umówione.

– Panie w sprawie pracy? – słyszę zadane po ukraińsku pytanie i dopiero po chwili uświadamiam sobie, że nie wyjaśniłam, po co przyszłam.

– Nie, ja po zamówienie – tłumaczę i zaczynamy się śmiać. Z moim ukraińskim nie jest wcale najgorzej, skoro zostałam wzięta za uchodźczynię.

Tym razem nie szukam pracy, ale kto wie, co stanie się jutro? Viktoria też nie przypuszczała, że znajdzie się w Polsce.

Przed kamienicą stoją dwie kobiety, czekają na kogoś.

– Przyszłam tu po pierogi – zwierza się ta wyższa. – Tak naprawdę wcale ich nie potrzebuję, mało tego, nawet nie bardzo lubię, ale chciałam pomóc Ukrainkom. Dziewczyny muszą zarabiać, a poza tym wiadomo, jak to jest: gdy człowiek czymś zajmie ręce, ma spokojniejszą głowę.

Druga potakuje, ale ona nie przyszła tu po żadne potrawy. Wczoraj zrobiła zapasy, kupiła barszcz („Bardzo smaczny, na pewno jeszcze wezmę!”), gołąbki i słodkie bułeczki z rodzynkami. Dziś przyszła po panią, która ma jej pomóc posprzątać w domu.

– Okropnie mi głupio, że o coś takiego proszę, ale chciałam dać komuś zarobić. Ze wstydu wysprzątałam wszystkie pokoje, mam nadzieję, że nie zachowam się jakoś głupio. Nie chciałabym tej pani urazić, przecież u siebie ona na pewno nie żyła ze sprzątania. Poza tym martwię się, bo ona może się mnie bać, prawda? – Kobieta jest wyraźnie zdenerwowana. – Idzie przecież do obcych ludzi, ma z nami jechać samochodem, mój mąż zaraz po nas przyjedzie. Jak ona może nam zaufać? Przecież nie wiadomo, na kogo się trafi. A ona na dodatek nie zna polskiego! Nie chcę, żeby się bała – powtarza.

A ja obiecuję, że wyjaśnię tej pani wszystko, uspokoję, zapewnię, że nic złego się jej nie stanie.

Przyszłam po ciasto. Zamówiłam miodownik i jeszcze nie wiem, że będzie to tort napoleon. Pewnie Viktoria pomyliła zamówienia, ale to nie jest ważne. Między nami mówiąc to chcę kupić ciasto, bo podobnie jak te kobiety, z którymi rozmawiam, chcę komuś pomóc zająć czas i zarobić tak potrzebne pieniądze. I chcę znaleźć w tym cieście smak Ukrainy, za którym tak długo tęsknię.

W sumie dobrze, że to był napoleon – przypomniał mi przystanek na trasie do Jaremcza, czas spędzany z Mirkiem, śmiechy przy stoliku w małym przydrożnym barze, w którym każdego roku zatrzymywaliśmy się, choć nikt z nas nie potrzebował odpoczynku. Szukaliśmy pretekstu do rozmowy przy kawie, pierwszej i jednej z wielu na jaremczańskiej konferencji.

Dziś szukam pretekstu do pomocy. Nie tak to miało wszystko wyglądać. Nie tak.

Ciasto przynosi kilkuletnia dziewczynka. Mam wrażenie, że ledwie je dźwiga, ale jest silniejsza, niż mi się zdaje. Z pozoru kruszyna o złotych włosach, a tak naprawdę rezolutna panienka, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Po chwili rozmowy zdaje mi się dobrą znajomą. Wiem, jak ma na imię, skąd przyjechała, że podoba jej się w tym mieście, ale tęskni do domu. Żartujemy, a mała (nazwijmy ją Sofija) śmieje się całą sobą. Ma wesołe oczy, nieskalane wojną. A ja mam nadzieję, że takie pozostaną.

Sofija nie ma drobnych, by wydać mi resztę, ale przecież za fatygę każdemu należy zapłacić. Przypominam jej, żeby tego dopilnowała, bo część kwoty należy do niej, a dziewczynka znów wybucha śmiechem. Zadowolona ściska w dłoni banknot i biegnie po schodach na górę, do miejsca, które nie sposób nazwać domem. Do mieszkania w zabytkowej kamienicy, podobnej do tych, jakie Rosjanie niszczą w jej rodzinnym kraju, w Mariupolu, w Czernihowie, w Charkowie.

Gdy wracam do Polek już czeka wraz z nimi Natalia z Zaporoża. Ta, która na co dzień pracuje w biurze, a dziś ma sprzątać. Pomagam wyjaśnić sytuację, to, że jeszcze trzeba zaczekać chwilę na spóźniającego się męża i staram się nie myśleć, co czuje na dźwięk tego słowa Natalia. Nie pytam, gdzie jest jej mąż, a ona nie mówi. Tylko smutek maluje się na jej twarzy, ucieka myślami gdzieś na wschód Ukrainy, na front.

Zapewnia, że się nie boi, bo i trudno się bać ludzi w Polsce po tym, czego doświadczyło się od rosyjskiego agresora. Może to i naiwne, a może po prostu trzeba innym wierzyć, by nie oszaleć, by zachować w sobie wiarę, by ocalić człowieczeństwo.

Rozmawiamy jeszcze chwilę o życiu, które wciąż przecież jest teraźniejszością, tylko zawieszoną przez wojnę, pani z pierogami żegna się i odchodzi, a ja czuję, że już nie jestem z tym moim ukraińskim potrzebna. Natalia i tak woli mówić po rosyjsku, a obie panie z każdą chwilą dogadują się coraz lepiej. Nie potrzebują tłumacza, bo chcą się porozumieć. I bez trudu znajdują wspólny język.

**

Zbliżają się święta, zamawiam sernik, paschę i jeszcze chałki, bo na zdjęciach umieszczonych w internetowej grupie jednoczącej Ukraińców i Polaków z miasta i okolicy wyglądały tak pięknie, że nie sposób było się im oprzeć. Odbiorę je za kilka dni, ale dziś to ja zostałam wysłana po pierogi. Zamawia je pół rodziny i znajomi, więc gdy widzę Sofiję z ciężką torbą, ponownie nie mogę wyjść z podziwu dla jej siły. Zdaje się być jeszcze bardziej delikatna, niż podczas poprzedniego spotkania, ale też i szczęśliwsza. Myślę, że to czas spędzony w Polsce i poczucie bezpieczeństwa wpływają na jej nastrój, ale Sofija wyprowadza mnie z błędu.

– Za tydzień jedziemy do domu! – mówi uradowana. – Mama chce wrócić do pracy. I chociaż nie jest spokojnie, to jest tam tata. Wracamy do domu i do taty!

Sofija podskakuje i ledwie zauważa, że jej płacę, że zatrzasnęły się za nią drzwi i musi obejść kamienicę dokoła, bo domofon nie działa.

– Znam drogę, pójdę przez podwórko – nie przejmuje się niczym i tak idziemy razem i rozmawiamy. Mijamy chłopca na hulajnodze, a ten, słysząc ukraiński, mówi „доброго дня”. Nie wiem, czy też jest uchodźcą, czy może to polskie dziecko, które nauczyło się jak witać się z sąsiadami. Wielu Polaków chce teraz poznać ukraiński, by móc rozmawiać z gośćmi, jak zwykle mówią o uchodźcach.

Sofijka macha mi i znika w bramie, a ja jeszcze krzyczę za nią, że spotkamy się na Ukrainie. Głęboko w to wierzę.

Nie wiem, czy gdy kiedyś minę na ulicy dziewczynę o złotych włosach i roześmianych oczach rozpoznam w niej Sofiję. Jedno, czego jestem pewna to to, że będę jej już zawsze wypatrywać. Będę jej szukać wśród mijanych osób, bo będę wierzyć, że Sofija i jej mama bezpiecznie wrócą do domu. Że zrobią w nim porządek i upieką miodownik, którego nie zrobiły dla mnie. Lepiąc pierogi będą wspominać, jak smakowały kiedyś Polakom i nałożą je na talerz dla taty, wracającego z pracy.

**

Przed nami Pesach, święto wolności, obchodzone na pamiątkę wyjścia Żydów z niewoli egipskiej pod przywództwem Mojżesza.

Przed nami Wielkanoc, ta katolicka i ta prawosławna. Święto Zmartwychwstania, odrodzenia życia, nadziei.

Przed nami wiosna, która każdego roku przypomina, że nic nie umiera na wieki, że Natura ma wielką moc przetrwania.

Przed nami czas, w którym będziemy czekać na koniec wojny. Na dzień, w którym wszystkie Sofije i ich mamy będą mogły wrócić na Ukrainę, świętować wolność i odrodzenie swojego kraju ze zniszczeń.

Będą odbudowywać świat po wojnie, bezsensownej jak wszystkie wojny na świecie.

Agnieszka Sawicz

Tekst ukazał się w nr 7 (395), 13 – 28 kwietnia 2022

Prof. dr hab. Agnieszka Sawicz pracuje na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a z Kurierem Galicyjskim współpracuje od 2009 r. Zajmuje się historią współczesnej Ukrainy, polityką rosyjską i z pasją śledzi wszelkie fałszywe informacje. Lubi irlandzką muzykę, gorzką czekoladę i górskie wyprawy. Od 2013 r. jest też etatową wiedźmą, autorką ukazujących się w wirtualnej przestrzeni „Zapisków Wiedźmy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X