Dawno nie czytałem tak przejmującej i świetnie napisanej książki autobiograficznej. Opis losów młodej mieszkanki Lwowa przeplata się w niej z historią II wojny światowej; z wszystkimi jej tragediami, jakie przyniosły miastu pod Wysokim Zamkiem i jego mieszkańcom dwa totalitaryzmy – czerwony i brunatny: komunizm sowiecki i hitleryzm. Mam za sobą lekturę wielu wcześniejszych publikacji na ten temat zarówno o charakterze literackim jak i historycznym. Także wstrząsających wspomnień Polaków, które napływały na organizowane przeze mnie w latach 90. Konkursy Literackie dla Polaków na Ukrainie. A jednak lektura książki „To było tak” Halszki Chmielowskiej-Guilley porwała mnie i czytałem ją z rosnącym z każdą stroną zainteresowaniem. To dzieło o dużych wartościach artystycznych, a zarazem dokumentacyjnych, ukazujące poprzez pryzmat poszczególnego, pojedynczego losu pełnię grozy tamtych czasów. Także siłę ducha, inteligencji i miłości, wolę przetrwania, heroizm i patriotyzm młodej wtedy lwowianki poddawanej częstokroć najcięższej próbie charakteru. Dobrze też wiedzącej, że i tak nie wszystko od niej samej wyłącznie zależy. Niezwykłym faktem i dodatkowym walorem tej publikacji są świetnie napisane, wnikliwe komentarze, wstęp oraz obszerne posłowie pióra syna autorki, Oskara Czarnika, prof. nauk humanistycznych, działacza niepodległościowego w okresie PRL, członka Instytutu Lwowskiego i redaktora „Rocznika Lwowskiego.” Zarazem przecież jednej z najważniejszych postaci w książce „To było tak”.
Halszka Chmielowska przyszła na świat 9 grudnia 1915 r. w Sumach na lewobrzeżnej Ukrainie. Jej dziadek, Marian Chmielowski, był młodszym bratem Adama Chmielowskiego, powstańca styczniowego i utalentowanego malarza, heroicznego i miłosiernego opiekuna ubogich – dziś świętego Brata Alberta. Ojciec Halszki, Jan, był przed I wojną światową administratorem majątków ziemskich na wschodnich ziemiach dawnej Rzeczypospolitej, a później wspierał obudowę państwa polskiego jako urzędnik państwowy, między innymi pracując w urzędzie wojewódzkim w Tarnopolu. Wczesne dzieciństwo Halszka przeżyła w malowniczym i pełnym śladów wielkiej historii Kamieńcu Podolskim, a lata młodości w różnych miejscowościach II Rzeczypospolitej, między innymi w: Kaliszu, Wilnie, Nowogródku, Brześciu nad Bugiem, dziś na terenie Białorusi. Maturę uzyskała w 1935 r. w liceum ogólnokształcącym w Brześciu. W 1936 r. zamieszkała wraz z rodziną we Lwowie. Jej charakter i postawę patriotyczną ukształtowały tradycje rodzinne, wychowanie przez szkołę, ale także działalność w harcerstwie. Właśnie dzięki udziałowi w zajęciach tej organizacji poznała Leszka Czarnika, lwowskiego lekarza, działacza harcerskiego, współredaktora czasopisma „Skaut”, najstarszego czasopisma harcerskiego w Polsce. Zanim zrodziła się ich miłość, najpierw połączyły ich wspólne pasje harcerskie, także zamiłowanie do fotografii artystycznej. Halszka wyszła za mąż w wieku 21 lat, Leszek Czarnik był od niej starszy o dziesięć lat. We Lwowie rozpoczęła studia w zakresie historii sztuki na Uniwersytecie Jana Kazimierza (1936/1937). Kiedy wybuchła II wojna światowa i spadły na Lwów pierwsze bomby hitlerowskie, miała 24 lata, była już wtedy matką małego Oskara. Żyjąca w pięknym i bogatym kulturowo mieście, w szczęśliwej rodzinie, z perspektywą rozwoju swych zainteresowań sztuką, nie wiedziała, co wkrótce przyniesie jej, a także jej najbliższym, okrutny los. I właśnie wtedy, tuż przed wybuchem II wojny, zaczyna się jej niezwykła opowieść.
Książka „To było tak” podzielona została na dwa duże rozdziały: „Wrzesień 1939 – Lato 1941” oraz „Jesień 1941 – Maj 1945”. Poprzedza je „Słowo od autorki” napisane – w kwietniu 1995 roku – które niesie zadziwienie losem i zawiera słowa pełne wdzięczności Wszechmocnemu za uwolnienie z niemieckiego obozu pracy w Arnstadt koło Erfurtu, gdzie autorka w nieludzkich warunkach zmuszona była – tak jak tysiące innych kobiet – do morderczej, niewolniczej pracy i gdzie przebywała przez prawie trzy lata po wywiezieniu jej przez hitlerowców ze Lwowa. Obóz został wyzwolony w kwietniu 1945 roku przez wojska amerykańskie. Po wojnie nie wróciła już na stałe do Polski, zamieszkała we Francji. Wspomniany jej wstęp do „To było tak…” jest zarazem kodą zamykającą całość wspomnień od września 1939 roku do maja 1945. Czytamy w nim: „W tej chwili, gdy piszę te słowa, mija równo pięćdziesiąt lat od chwili, gdy odzyskałam wolność. Było to wprost nieoczekiwane. Nasz obóz znalazł się na pierwszej linii frontu. Nie mieliśmy żadnych szans, by ujść z życiem. A przecież jeszcze się tliła iskierka nadziei. W obliczu nieuniknionej śmierci zwróciłam spojrzenie ku Bogu. Czy jeszcze istniał? Czy głos mój zdoła dotrzeć do Niego w tym piekielnym huku nieustannych eksplozji? Skądże mogłam wiedzieć? Na wszelki wypadek, w pośpiechu, zwróciłam się do Niego z desperacką prośbą: Błagam Cię, pozwól mi żyć tylko jeden, jedyny rok. Wszystko jedno gdzie, wszystko jedno jak! Jestem gotowa na wszystko. Ale użycz mi jeszcze życia na jeden rok! Zdecydował, że daruje mi pięćdziesiąt lat życia. Pół wieku! Czyż to nie wspaniały przywilej?”.
W „To było tak” spotykamy się z sugestywnie opisanymi realiami czasu wojny, wartkim tokiem narracji o przebiegu poszczególnych wydarzeń. Opisy faktów są pełne dynamiki, świetnie przedstawionych scen, zarazem są sugestywnym przywołaniem ówczesnych odczuć, myśli autorki w odniesieniu do nich. Książka nie przedstawia zwartego ciągu wydarzeń, nie jest dziennikiem pisanym dzień po dniu. Jest raczej mozaiką wspomnień układających się jednak w przejmującą i wyrazistą całość. Pierwszy rozdział, zrazu pisany z lekką ironią, przedstawia nastroje we Lwowie tuż przed wybuchem wojny; mieszkańców czytających z niedowierzaniem afisze o zbliżającej się wojnie na słupach ogłoszeniowych, pełne optymizmu co do jej ewentualnego przebiegu, ich dialogi. Także domowe przygotowania do wojny, czyli robienie konfitur i gromadzenie ich dużych zapasów przez babcie, bo właśnie lato 1939 roku było przepiękne. Sady i ogrody obfitowały w wyjątkowo dorodne i obfite zbiory. Wspomina też klejenie szyb okien paskami z papieru, by nie wyleciały w razie wybuchów pocisków opodal domów. Tak jakby to było najważniejsze. Ale to, jak się okazało, były już ostatnie chwile normalności przed kataklizmem i tragedią rozpoczętą barbarzyńskim atakiem bombowców hitlerowskich: „Pierwsze ciężkie bomby spadły w samo południe na handlową dzielnicę miasta, która roiła się od mieszkańców, załatwiających o tej porze dnia spokojnie swoje zakupy. Stało się tak nagle, że nie starczyło nawet czasu na ogłoszenie alarmu. Osiemdziesięciu zabitych, wielu rannych w ciągu kilku minut piekielnego wstrząsu. Po krótkiej chwili miasto, jakby sparaliżowane tym nieoczekiwanym wydarzeniem, otrząsnęło się z odrętwienia i zaczęło nagle powracać do życia. Akcja ratunkowa siała panikę alarmując wzdłuż ulic sygnałami spiesznych ambulansów”. Następnie podczas lektury poznajemy opis walk polsko-niemieckich o Lwów, a później, po ustąpieniu spod miasta Niemców, chwile wkroczenia do centrum Lwowa sprzymierzonych wtedy z Niemcami oddziałów sowieckich, obserwowanych przez autorkę zza firanki okna domu na ulicy Zielonej, gdzie wówczas mieszkała wraz z mężem i dzieckiem. Opis początków okupacji miasta zawiera, między innymi, takie obrazy: (…) „na ulicy, wszędzie, na każdym kroku, sołdaci w swoich szynelach koloru starych kartofli, ciężcy, niezgrabni, o azjatyckich, nie dających się rozszyfrować twarzach . Mówiło się „oni” co oznaczało Sowieci, dzicy, niebezpieczni i podstępni. Od pierwszych dni okupacji stało się jasnem, że władza ich będzie nieograniczona, a sprawować ją będą w atmosferze terroru”. Narastający z każdym dniem w mieście głód i terror NKWD, aresztowania i wywózki oficerów Wojska Polskiego, a także wielu rodzin na Sybir, to kolejne karty tej opowieści. Jak pisze o swym ojcu w „Słowie wstępnym” do tej książki prof. Oskar Czarnik: „Po wybuchu II wojny światowej i zajęciu Lwowa przez armię sowiecką Leszek Czarnik był współzałożycielem jednej z podziemnych organizacji harcerskich powołanej na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej. Na początku 1940 r. wszedł w skład ścisłego kierownictwa konspiracji harcerskiej działającej pod okupacją sowiecką. Aresztowany przez NKWD, został przewieziony do Moskwy. Skazano go tam na śmierć i następnie rozstrzelano dnia 1 listopada 1940. Miesiąc później zostali w Kijowie skazani na śmierć i wkrótce rozstrzelani najbliżsi współpracownicy Leszka Czarnika”. W samej książce Halszki „To było tak” szczegółowy opis rewizji w mieszkaniu Czarników, przed aresztowaniem męża, rozwija autorka wieloma przejmującymi scenami, uzupełnia szczegółami, jak choćby ten: „Nadeszła chwilą odejścia. Mąż mój gotów już do wyjścia zbliżył się do małego i ręką delikatnie gładził jego jasne włoski. Oskarek ułapał duży guzik jego płaszcza i zaczął go swymi paluszkami okręcać. Nastąpiła zupełna cisza” (…). Tak więc między słowami wstępu, komentarzami prof. Czarnika, a tekstem samej autorki rozwija się w tym dziele także swoisty „dialog” nieżyjącej już matki z synem. Wkrótce po aresztowaniu męża Halszka otrzymała „zaproszenie” na przesłuchanie do NKWD. Opis przebiegu tego spotkania, podczas którego oficer starał się skłonić ją do współpracy w ujawnieniu miejsca pobytu jednego z generałów polskich działających wówczas we Lwowie w podziemiu i do szpiclowania na rzecz sowietów, jest mistrzowską relacją obnażającą metody, jakimi posługiwali się najeźdźcy. Kłamstwo o rzekomej współpracy podjętej przez męża z NKWD, także groźby – w tym zabrania na zawsze matce małego synka Oskara – miały ją przekonać, przerazić i skłonić do podjęcia współpracy. Wyrażając na nią pozornie zgodę i podpisując odpowiednią deklarację, Halszka zaraz po opuszczeniu gmachu NKWD zdołała w brawurowy sposób zmylić ślad i uciec podążającemu za nią szpiclowi. Nie wróciła później już do swego domu, wkrótce ukryła synka u rodziny, a sama, aby uniknąć aresztowania – dzięki pomocy państwa podziemnego – z fałszywymi, podwójnymi dokumentami – szwedzkim paszportem – udała się pociągiem ku granicy z Litwą, aby dotrzeć następnie do Szwecji. Niestety, zatrzymana na granicy, trafiła do koszmarnego więzienia sowieckiego w Lidzie. Opis tego padołu cierpienia i nieszczęść, metod dręczenia i przesłuchiwania więźniów jest osobnym i cennym dziś zapisem czasu. Przed aresztowaniem udało jej się zniszczyć część fałszywych dokumentów. Została jej legitymacja szkolna – zresztą też fałszywa. Nie rozpoznana – po wielokrotnych przesłuchaniach – została w końcu jako nieszkodliwa dla okupantów nastolatka zwolniona. Wróciła więc zatłoczonym pociągiem do Lwowa, by stamtąd, po jakimś czasie – również z fałszywymi dokumentami – przekroczyć okupacyjną granicę sowiecko-hitlerowską na Sanie, przejść po podwójnej kontroli sowieckiej i hitlerowskiej przez most w Przemyślu i dostać się po jakimś czasie do Warszawy. Tam podjęła działalność konspiracyjną, brała udział w drukowaniu i kolportowaniu prasy podziemnej, ukrywała broń, mieszkając z koleżanką Ireną w lokalu który był punktem magazynowania i przechowywania tych materiałów. Spośród wielu obrazów okupacyjnej Warszawy podaje w tej części autobiografii przerażający opis getta, przez które przejeżdżała co dzień tramwajem do punktu konspiracyjnego.
Po uderzeniu Niemiec hitlerowskich na ZSRR w czerwcu 1941 roku wróciła do Lwowa przekraczając już bez żadnych dokumentów wciąż jeszcze istniejącą i pilnie przez hitlerowców strzeżoną granicę między dawnymi strefami okupacji.
Po dotarciu do granicy przeskoczyła o świcie przez podwójne, wysokie druty w pobliżu obsadzonej strażnicy i przez większą część drogi na piechotę, początkowo przez gęste lasy, dotarła do celu, do swej rodziny. Tam spotkała się z synkiem Oskarem i najbliższymi: ojcem i matką. Ponownie zaangażowała się w działalność konspiracyjną, pracując w kontrwywiadzie AK, zajmowała się wykrywaniem i rozpracowywaniem szpicli i szmalcowników wydających hitlerowcom Żydów. Choć jej działalność nie została wykryta, to jednak spowodowała, że została przez hitlerowców uznana za osobę podejrzaną. W związku z tym aresztowano ją i po pobycie w obozie przejściowym, gdzie panowały poniżające kobiety metody przygotowania do wyjazdu, została wysłana w głąb Niemiec hitlerowskich na roboty przymusowe. Tam w nieludzkich warunkach, wraz z innymi więźniarkami z wielu krajów, ciężko pracowała stojąc przy tokarce od świtu do nocy, po dwanaście godzin, pod pilnym nadzorem, przez prawie trzy lata w fabryce amunicji w Arnstadt w Turyngii. Warunki pracy w tej fabryce jeńców i ich pobytu w obozie pracy, w drewnianym baraku pełnych wszy, pluskiew, ciągłych kontroli przez strażników krążących wraz z węszącymi psami, to osobny opis poniżenia i udręczenia, nie tylko autorki, ale i wszystkich współwięźniarek.
Pod koniec wojny, wynędzniałe i będące już u kresu sił fizycznych i psychicznych kobiety wyzwoliły oddziały amerykańskie. Wcześniej miasto i pobliskie zakłady zbrojeniowe były bombardowane i ostrzeliwane. Książka „To było tak” kończy się opisem wyjazdu autorki ze zrujnowanych wojną Niemiec do wolnego już Paryża wraz z grupą więźniarek oraz z poznanym w obozie pracy Francuzem Robertem Guilley. Życie otwierało się na nowo, choć daleko, bardzo daleko od kraju, od Lwowa. Złożona i pełna zaskakujących zwrotów losu fabuła tej niezwykłej książki kończy się scenami świętującego zwycięstwo Paryża.
Halszka, mając za sobą lwowskie i warszawskie doświadczenia okupacyjne, działalność konspiracyjną, nie wróciła po wojnie na stałe do Polski. Pozostała do końca życia na emigracji. Zamieszkała we Francji w miejscowości Argelès-Gazost w departamencie Hautes Pyrenées (Wysokie Pireneje), w pobliżu Lourdes. Wyszła ponownie za mąż za poznanego w obozie pracy Roberta Guilley, robotnika, a następnie niezależnego rzemieślnika. Pracowała ciężko wraz z mężem, urodziła mu i wychowała troje dzieci. W miarę możliwości nie zrywała jednak swych kontaktów z ojczyzną, przede wszystkim z synem. W okresie stanu wojennego w Polsce niosła konkretną pomoc, bo zorganizowała i wysłała do kraju wiele transportów z pomocą humanitarną. Zmarła 29 sierpnia 1999 r. i została pochowana na miejscowym cmentarzu w Argelès-Gazost.
Na jej mało znany w kraju dorobek literacki składają się powieści, opowiadania i nowele. Drukowała swe utwory m.in. w londyńskiej „Kronice”, kanadyjskim „Związkowcu” oraz w innych periodykach na obczyźnie. Największe uznanie zyskała na emigracji jej autobiograficzna powieść „Spotkania na galerii” wydana w Paryżu w 1960 przez Instytut Literacki, powstała po wizytach we Francji w 1957 oraz 1958 roku jej syna Oskara. Przeżycia wojenne i spotkania z synem stały się jej osnową. Książka doczekała się kilkunastu pozytywnych opinii emigracyjnych recenzentów. Stała się literackim wydarzeniem. Autorka została uhonorowana za nią Nagrodą Literacką paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia. Cały szereg innych jej utworów prozatorskich – nowel i opowiadań ukazywał się po wojnie w periodykach emigracyjnych. Przeważała w nich tematyka okupacyjna i wojenna, jak również emigrancka. W londyńskiej „Kronice” opublikowała w kolejnych odcinkach powieść „Isabelle” (1963, w nr 1–20.); jak również opowiadania „Kiedy kaczki jadły chleb” (1964) oraz „Drogą szedł sobie człowiek” (1964) ,a także nowela „Icek” (1964). Jej powieść „Tej nocy była mgła” (1968) przedstawia z kolei wydarzenia, rozgrywające się na pograniczu francusko-hiszpańskim w wysokich partiach gór w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w. O jej twórczości pisali z uznaniem na kilku kontynentach pisarze i krytycy, między innymi: Benedykt Heydenkorn, Ludmiła Brejska-Nawrocka, Stefan Wójcicki, Zofia Korazynowa, Janusz Kowalewski, Halina Mianowska. A także drohobyczanin Andrzej Chciuk, autor słynnej „Atlantydy” i „Opowieści z księstwa bałaku”. Omówiła ją również świetna znawczyni literatury emigracyjnej Maria Danielewicz-Zielińska w swych „Szkicach o literaturze emigracyjnej”, opublikowanych po raz pierwszy w Paryżu, w 1978 roku.
Bezpretensjonalny tytuł książki Halszki Chmielowskiej-Guilley „To było tak” mówi lapidarnie o zamiarze rzetelnego przekazania prawdy o tamtych dramatycznych wydarzeniach z okresu wojny dla zachowania wiedzy o nich dla następnych pokoleń. I tak się stało. Aby jednak poznać w pełni wartość i całą głębię tego wyjątkowego przekazu, trzeba sięgnąć po jego tegoroczne wydanie w oficynie Grzegorza Boguty, niegdyś działacza niepodległościowego w czasach PRL.
Halszka Chmielowska-Guilley, To było tak, Wydawnictwo Nieoczywiste, Warszawa 2024
Mariusz Olbromski
Tekst ukazał się w nr 23 (459), 17 – 30 grudnia 2024
