Nagrody „Przeglądu Wschodniego” Janusz Smaza od lewej(Fot. Beata Kost)

Nagrody „Przeglądu Wschodniego”

Doroczną nagrodę otrzymały książki naukowe o tematyce wschodnioeuropejskiej. W sobotę 21 marca w Warszawie wręczono nagrody „Przeglądu Wschodniego” – niezależnego czasopisma, poświęconego historii Europy Wschodniej i Rosji. Uroczystość wręczenia XXII edycji nagród za książki wydane w 2014 roku odbyła się w sali balowej pałacu Tyszkiewiczów-Potockich na Krakowskim Przedmieściu.

Wyróżnienie przyznawane jest od 1994 przez „Przegląd Wschodni” w kategoriach: dzieła krajowe, dzieła zagraniczne, edycja źródeł, dzieje Polaków na Wschodzie oraz popularyzacja problematyki wschodniej. Tradycyjnie wręczono również nagrodę specjalną oraz – po raz XV – nagrodę im. Aleksandra Gieysztora, laureatem tej ostatniej został dr. hab. Janusz Smaza z Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Przyznawana przez „Przegląd Wschodni” nagroda cieszy się prestiżem wśród osób interesujących się tematyką wschodnią. Pośród laureatów są osoby zajmujące się różnymi dziedzinami nauki: historią, prawem, politologią i etnologią, nagradzani autorzy pochodzą z różnych krajów. W poprzednich latach nagrodę odebrali publicyści z Białorusi, Francji, Niemiec, Litwy, Rosji, Szwecji, Ukrainy oraz USA. Wyróżnione przez jury prace cechuje nowatorstwo podejmowanych problemów oraz ich aktualne znaczenie dla życia publicznego.

Decyzją jury „Nagrody Przeglądu Wschodniego’’ w składzie: Adolf Juzwenko, Wojciech Materski, Lech Mróz, Janusz Skolimowski, Elżbieta Smułkowa, Leszek Zasztowt i Jan Malicki przyznano Nagrody Przeglądu Wschodniego XXII edycji za rok 2014. W kategorii: „Dzieła Krajowe” nagrodę otrzymała Irena Borowik z Krakowa za książkę Jak w witrażach. Tożsamość a religia w biografiach Tatarów Krymskich, Rosjan i Polaków na Krymie. Nagrodzone dzieła zagraniczne to: książka Natalii Starczenko z Akademii Kijowsko-Mohylańskiej w Kijowie Честь, кров і риторика. Конфлікт у шляхетському середовищі Волині (Honor, krew i retoryka. Konflikty wśród szlachty na Wołyniu) oraz książka Joerga Baberowskiego z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie Verbrannte Erde. Stalins Herrschaft der Gewalt (Stalin. Terror absolutny). Najlepszą książką popularyzującą problematykę wschodnią prezentuje zdaniem jurorów monumentalne dzieło Bohdana Urbankowskiego Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg.

Nagrodzona praca ilustrująca dzieje Polaków na Wschodzie to opracowanie Mikołaja Iwanowa Zapomniane ludobójstwo. Polacy w państwie Stalina „Operacja polska” 1937-1938. Mikołaj Iwanow opowiedział, że do podjęcia tematu o represjach wobec Polaków w Rosji Sowieckiej namówił go prof. Roman Dzwonkowski. Zdaniem autora książki jest to temat w Polsce nieobecny: „Jest to tragedia zapomniana, a zasługuje na pamięć podobnie jak tragedia warszawska z 1944 roku, jak Wołyń z 1943. Jedna z moich rozmówczyń – Helena Trybl, matka byłego premiera Ukrainy Jurija Jechanurowa, powiedziała mi być Polakiem w Związku Sowieckim w 1937 roku to podobne doświadczenie jak bycie Żydem w III Rzeszy. To są słowa tych ludzi, którzy to przeżyli. Dla utrwalenia ich pamięci najwięcej zrobił nie IPN, ale moskiewski Memoriał – organizacja społeczna. Zespół z siedmiu osób, ludzie ci zbierają nazwiska Polaków, którzy zginęli w Związku Sowieckim. Nie wiem czy dożyję czasów, kiedy w społeczeństwie polskim stosunek wobec tej tragedii ulegnie zmianie. Mam nadzieję że ten temat trafi do podręczników szkolnych, że na ten temat będzie mówił polski prezydent, żeby ta tragedia nie pozostała nadal zapomniana” – dodał.

Nagrodę w kategorii: „Edycja źródeł” otrzymał prof. Jerzy Gaul z Archiwum Akt Dawnych, zajmując się archiwistyką i austriacką kancelarią wojskową opracował Polonika w archiwum parlamentu w Wiedniu. Archiwum Izby Posłów Rady Państwa 1861-1918. Jerzy Gaul podkreślił, że Polacy w pełni wykorzystali możliwości rozwoju pod zaborem austriackim: „Galicja jest obciążona mitami. Zwłaszcza ową przysłowiową opowieścią o nędzy galicyjskiej, która rzeczywiście miała miejsce, ale dotyczyła ona pierwszej połowy XIX wieku. Natomiast później w okresie autonomii galicyjskiej nastąpił rozwój, który sprawił, że był to teren gdzie rozwijało się rolnictwo i przemysł. Nastąpił rozwój szkolnictwa wyższego, administracji, instytucji parlamentarnych”

W tej samej kategorii nagrodę otrzymała Maria Wardzyńska. Opracowała dziennik Kazimierza Sakowicza. Jest to wstrząsająca relacja o masowej zbrodni dokonanej przez Niemców i kolaborujących z nimi wykonawców-Litwinów w podwileńskiej miejscowości Ponary, gdzie zginęło według szacunków od 80 do 100 tys. osób. „Cała rzecz dzieje się w Ponarach pod Wilnem gdzie Niemcy zlikwidowali m.in. Polaków – zaangażowanych w ruch oporu, działających w Armii Krajowej, w instytucji która podtrzymywała życie polskie w tych latach. Sakowicz widział to, mimo, że miejsce było odgrodzone, pilnowane przez strażników z bronią” – mówiła Maria Wardzyńska. W Ponarach zginęli Żydzi z Wilna i okręgu wileńskiego. Rozstrzeliwano tam również Polaków. Notatki Sakowicza obejmują okres od 11 lipca 1941 do 6 listopada 1943 r. Sakowicz przed wojną pracował jako dziennikarz, od 1941 r. mieszkał w Ponarach, był świadkiem dokonywanych tam masowych egzekucji. W „Dzienniku” zapisywał zarówno to, co sam widział, jak i to, co usłyszał od innych. Notatki schowane do butelek zakopywał w ogrodzie. Natrafiono na nie po wojnie, a w ubiegłym roku „Dziennik 1941-1943” Kazimierza Sakowicza wydał Instytut Pamięci Narodowej.

LAUREATEM – BOHATER MOJEJ KSIĄŻKI
Nagrodę specjalną otrzymał w tym roku prof. Roman Duda – matematyk i historyk matematyki. Matematyka pozostaje poza obrębem zainteresowań „Przeglądu Wschodniego” jednakże jury postanowiło wręczyć Nagrodę Specjalną prof. Romanowi Dudzie z Wrocławia za całokształt badań, pracy i twórczości naukowej, w tym za opracowania dotyczące lwowskiej szkoły matematycznej. „Jego praca – jak podkreślił Jan Malicki – dotyczy również Lwowa, który stale pozostaje w obrębie naszych zainteresowań. Kto nie wie jakie znaczenie miał Lwów dla kultury polskiej – może się wybrać na spacer po Łyczakowie i tam znajdzie odpowiedź”. Z kolei Adolf Juzwenko wygłaszając laudację dla prof. Dudy podkreślił jego postawę w wychowaniu młodych ludzi studiujących na Uniwersytecie Wrocławskim: „Studiowałem na uniwersytecie we Wrocławiu, prof. Duda wraz z innymi matematykami stworzyli we Wrocławiu szkołę podstaw i wartości. Uczyli nas, studiujących na tym uniwersytecie, czym jest być sobą i jak ważna jest odwaga cywilna”.

Prof. Roman Duda: W moim przekonaniu laureatem nagrody nie jestem ja, ale bohater mojej książki – lwowska szkoła matematyczna. Mam korzenie kresowe, podobnie jak Adolf Juzwenko pochodzę z woj. tarnopolskiego i podobnie jak on jeździ do swojego Ossolineum, ja również jeżdżę do Lwowa. To była nasza metropolia. Do Lwowa się jeździło na studia, we Lwowie się załatwiało różne poważne sprawy. Mnie ten świat zabrano w roku 1945. Tęsknota za nim była tak ostra, że obrazy z tamtego świata, którego już nie ma z nami, są we mnie żywe do dzisiaj. Do Lwowa mogłem pojechać dopiero w latach 90. XX wieku, wcześniej mi odmawiano.

Zacząłem się interesować lwowską matematyką, co było łatwiejsze, bo moimi mistrzami byli ludzie ze Lwowa pochodzący. Hugo Steinhaus, który tam spędził całe dwudziestolecie, Bronisław Knaster, który spędził we Lwowie cały okres wojny, Edward Marczewski, który we Lwowie spędził pierwsze lata wojny. Archiwa lwowskie kryją bardzo dużo ważnych dokumentów na ten temat. Pisałem tę książkę w poczuciu żalu za światem, który już odszedł. Gdyby nie wojna, byłbym pewnie pracownikiem Uniwersytetu Jana Kazimierza. Pisałem też w poczuciu długu wdzięczności dla fenomenu jakim była lwowska szkoła matematyczna. Fenomenem była nie tylko w wymiarze anegdotycznym powszechnie znanym, ale ma wymiar rzeczowy: to, co zrobili matematycy lwowscy w ciągu dwudziestu paru lat, weszło na trwałe do światowej nauki. Teoria przestrzeni Banacha jest dzisiaj trwałym elementem matematyki. Kiedyś sprawdziłem jakie nazwiska są w matematyce najczęściej cytowane. Najczęściej Euklides, ale drugim nazwiskiem cytowanym jest Banach – przestrzeń Banacha, twierdzenie Banacha, operator Banacha – mnóstwo pojęć wiąże się z tym człowiekiem. Gdyby moja książka przyczyniła się do zrozumienia, że ta szkoła matematyczna miała ogromny ciężar gatunkowy, że szkoła była może najważniejszym wkładem jaki Uniwersytet Lwowski wniósł do nauki – byłbym szczęśliwy.

WYBRAŁEM KRESY
Laureatem nagrody im Aleksandra Gieysztora został dr. hab. Janusz Smaza z Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
Janusz Smaza, konserwator zabytków, wybitny specjalista konserwacji kamienia, cieszy się ogromnym uznaniem w swoim środowisku, niedawno został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jest dobrze znany we Lwowie, bo zakres jego prac obejmuje katedrę lwowską, Cmentarz Łyczakowski, Cmentarz Obrońców Lwowa, kolegiatę św. Wawrzyńca w Żółkwi, kolegiatę Świętej Trójcy w Ołyce na Wołyniu oraz inne obiekty na Ziemi Lwowskiej, Wołyniu i Podolu.

Zdaniem Janusza Smazy nieczęsto się zdarza, aby wykonywana praca była jednocześnie pasją: „Ja mam to szczęście. Gdy przed trzydziestu laty rozpoczynałem swoją przygodę z ratowaniem zabytków za granicą, nie przypuszczałem, że tak wielu ludzi będzie chciało się włączyć się w te prace i że będą się one odbywały na tak dużą, jak obecnie skalę” – mówił Janusz Smaza podczas Gali Fundacji Dziedzictwa Kulturowego zadedykowanej zasłużonym konserwatorom i działaczom społecznym.

W swojej laudacji profesor Maria Kałamajska-Saeed podkreśliła wyjątkowe zaangażowanie laureata: „To właśnie konserwator jest w stanie przywrócić do życia zabytek w potrzebie. Z takimi zabytkami w potrzebie spotyka się na całym wielkim obszarze dawnej Rzeczypospolitej prof. Janusz Smaza. Wymagają ogromnych pieniędzy i specjalistów. Janusz Smaza jest człowiekiem, który nigdy nie odmawia. Nie pyta czy jest to zabytek klasy zero. Nie ma dla niego znaczenia czy jest to wspaniała kolegiata żółkiewska, czy pojedynczy nagrobek na zapomnianym cmentarzyku. Janusz Smaza jedzie tam. Nie jedzie mercedesem, o nie. Często przemieszcza się autobusem, z plecakiem na ramieniu, włóczy się przez granicę po nocy i – mało tego – bywa, że z własnej kiesy do tego potrafi dołożyć”. Bardziej niż znakomite umiejętności zawodowe prof. Kałamajska ceni sobie postawę Janusza Smazy – postawę służby, która przynosi zaszczyt i pożytek. Janusz Smaza zajmuje się nie tylko konserwacją, ale i kształceniem młodej kadry – kształceniem zawodowym i kształceniem mentalnym. Trudno znaleźć słowa żeby wartość tego działania należycie przedstawić. „Kamień jest materiałem zdawałoby się trwałym i nie podlegającym zniszczeniu. To błędne przekonanie – niszczeje pod wpływem warunków atmosferycznych, a jeszcze bardziej pod wpływem warunków politycznych. Mogę życzyć nam i naszym sąsiadom ze Wschodu, żeby tacy ludzie jak Janusz Smaza na kamieniu się rodzili” – zakończyła laudację prof. Kałamajska-Saeed.

Janusz Smaza od lewej(Fot. Beata Kost)

Z Januszem Smazą rozmawiała Beata Kost.
Czy nagroda będzie jeszcze większą zachętą do dalszej pracy?
Dopiero dzisiaj zobaczyłem towarzystwo do którego wstąpiłem otrzymując wyróżnienie i dlatego powiedziałem, że nie jestem godzien tej nagrody – znając dorobek moich poprzedników z tego grona. Jest to ogromne zaskoczenie dla mnie. Ktoś mnie tu zapytał: z jakiej okazji? Tak sobie pomyślałem na szybko: w tym roku mija 25 lat mojego pobytu w Żółkwi.

Pamięta pan swój pierwszy wyjazd na Wschód?
Doskonale pamiętam, takich rzeczy – przynajmniej na razie – się nie zapomina (śmiech). Jestem jednym z członków-współzałożycieli Towarzystwa Karpackiego. Jechaliśmy po prostu w góry, w 1990 roku to było, w kwietniu. Niedługo będzie 26 rocznica tamtego wyjazdu. Zresztą – Towarzystwo Karpackie obchodzi swoje 25-lecie – więc same jubileusze w tym roku… Jechaliśmy w Bieszczady Wschodnie i po przekroczeniu granicy pierwszy zabytek, do którego wstąpiliśmy to była kolegiata żółkiewska. No i ja wtedy stwierdziłem, że już dalej jechać nie muszę. I zostałem w Żółkwi na 26 lat…

Spotyka Pan za wschodnią granicą ogromną ilość zabytków zaniedbanych…
Tak, nie do przerobienia dla konserwatora – jak to się mówi brzydko. Ale przynajmniej te, które Polska naprawia są udokumentowane. Jest tak jak wspomniała profesor Maria Kałamajska: rzeczywiście nie jest ważne dla mnie jaki jest to obiekt. Pracowałem w Egipcie przy zabytkach które mają ponad trzy i pół tysiąca lat. Pracuję też przy krzyżach, które mają 300 lat czy 150. Podchodzę do zadania z ogromną przyjemnością, bo ja kocham pracę po prostu, całkowicie się realizuję w swojej pracy. Dlatego nie ma dla mnie żadnych przeszkód – psychicznych przede wszystkim – żeby pracować przy tak dużej liczbie obiektów. W związku z tym, życie prywatne prowadzę w bardzo wąskim zakresie, bo – niestety – praca jest dla mnie absolutną radością i daje mi wszystko, żona bardzo długo się uczyła, że jest dla mnie bardzo ważna, ale na pierwszym miejscu jest praca.

Czy ma Pan ulubiony zabytek, przy którym Pan pracował?
Trudno powiedzieć. Jestem już tak zmęczony po tylu latach. Wie pani, że nigdy w życiu nie byłem na takim prawdziwym urlopie? Więc moje ulubione miejsce nie wiąże się z pracą. Jak przyjadę do domu i uda mi się tam pozostać na dwie doby – to jest moje ulubione miejsce. Jest cisza i spokój, mam własne książki, które kocham, a do których nie mam czasu zajrzeć.

Stos rośnie?
Na podłodze przybywa. Ja na szczęście kupuję większość książek z obrazkami – jak sam się śmieję – czyli o sztukach pięknych. Więc czasami nie muszę czytać, mogę obejrzeć. Ale najczęściej nawet na to nie mam czasu.

Pracował Pan w wielu miejscach na świecie, a obecnie głównie na dawnych wschodnich terenach Rzeczypospolitej?
Nie lubię się chwalić, ale wcześniej czy później Kurier będzie wiedział: dostałem od prezydenta Rzeczypospolitej Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. I musiałem do tej nagrody opisać mój dorobek. Kiedy zrobiłem habilitację i otrzymałem profesurę uczelnianą przygotowywałem swój dorobek w nieco inny sposób. Popatrzyłem na te 30 lat pracy i wyszło mi, że pracowałem w ponad 20 krajach świata, zajmując się przede wszystkim dziedzictwem polskim. Zrezygnowałem z paru krajów – tych egzotycznych. Tam już wysyłam moich absolwentów. Ja wybrałem od wielu, wielu lat Kresy.

Jeździ Pan na Kresy z młodzieżą, ucząc studentów.
W samej kolegiacie św. Wawrzyńca w Żółkwi przez 25 lat prac konserwatorskich w ramach praktyk studenckich przewinęło się ponad 300 osób. Byli to ludzie z polskich uczelni artystycznych, gdzie uczymy konserwacji kamienia, czyli z Krakowa, Warszawy i Torunia. Byli tam też wolontariusze, w tym wolontariusze w wydziałów konserwacji. Z Niemiec, na przykład, miałem sporo studentów. Ostatnimi laty mam też studentów z Politechniki Lwowskiej, gdzie przed sześciu laty otwarto wydział konserwacji kamienia. Mam mnóstwo młodzieży z Polski. Sześć prac magisterskich w samej tylko kolegiacie żółkiewskiej powstało pod moim kierunkiem, w tym większość z nich została nagrodzona m. in. nagrodami rektorskimi.

Czy wśród tych młodych ludzi, których Pan uczy są tacy zapaleńcy kresowi, którzy zechcą kontynuować temat prowadząc prace na Kresach?
Do spraw kresowych to chyba specjalnie nie. Ale jeśli idzie o umiejętności oraz dar jaki dał im Stwórca? Jak patrzę jak pracują nad tym darem, to często się zastanawiam: czy już mnie przerośli? Naprawdę, mam takich wielu. Inaczej im się życie ułożyło. Ja mam więcej czasu dla pracy, oni – bywa tak – mają większe obowiązki rodzinne i muszą stawiać te sprawy na pierwszym miejscu. Ale jeśli idzie o umiejętności i chęci… Nie są tacy jak ja, bo ja, niestety, nie znam granic w tym co robię w pracy. Trudno będzie znaleźć drugą tego typu osobę (śmiech). Życie jest bardziej wymagające wobec moich studentów.

Pan też wspomina o zmęczeniu, czyli przychodzi czas na zrównoważenie obowiązków w pracy i obowiązków rodzinnych?
Jedyny sposób żeby jakoś dalej funkcjonować. Po prostu w pewnym momencie trzeba sięgnąć do głowy. I ten rozum, który człowiek ma – niech coś podpowie!

Beata Kost
Tekst ukazał się w nr 6 (226) za 31 marca – 16 kwietnia 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X