Król z obsesją

Król z obsesją

Jednym z ważnych składników majątku królowej Elżbiety II jest kolekcja znaczków Wielkiej Brytanii i Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Liczy sobie sporo lat, bo jej korzenie sięgają 1856 roku, kiedy to synowie królowej Wiktorii, książę Edward i książę Alfred otrzymali w darze arkusze mającego się ukazać w październiku znaczka z nominałem 6 pensów, prezentującego głowę matki. Alfred zapalił się do filatelistyki i z czasem zebrał dość pokaźny zbiór znaczków. Był nawet od 1890 r. honorowym prezesem Londyńskiego Stowarzyszenia Filatelistycznego (istnieje do dziś, od 1906 r. zwie się Królewskim Stowarzyszeniem Filatelistycznym i jako że założono je w 1869 r., jest najstarszym w świecie). Tuż przed śmiercią (1900) Alfred sprzedał kolekcję bratu, ten z kolei przekazał ją synowi, księciu Yorku Jerzemu, który w 1910 r. objął tron jako Jerzy V.

O nim można powiedzieć, że na serio zaraził się filatelistycznym bakcylem, toteż za jego czasów kolekcja wciąż się powiększała. W jaki sposób? Szczegółowy wgląd w aktywność księcia, a potem monarchy w tej dziedzinie umożliwia nam wydana niedawno w Anglii książka Jacka Shamasha George V’s Obsession. A king and his stamps czyli Obsesja Jerzego V. Król i jego znaczki.

Gdy tylko rozeszła się wieść, że książę zbiera znaczki, zewsząd zaczęły doń napływać dary, bądź pojedyncze serie, bądź nawet małe zbiory. Gdy w 1893 r. ożenił się z Marią Teck, członkowie Londyńskiego Stowarzyszenia ofiarowali mu album zawierający 1 500 znaczków, przeważnie czystych, w tym sporo ówczesnych już rzadkości. W 1897 r. rząd Kanady przekazał mu album z kompletną serią (16 znaczków) wydaną dla upamiętnienia 60. rocznicy objęcia tronu przez królową Wiktorię. Gdy w 1901 r. po jej śmierci tron objął ojciec Jerzego, Edward VII, ów uznał, że jego następca powinien odwiedzić posiadłości imperium. Niechętny podróżom, Jerzy przystał na wojaż z dwóch powodów: mógł przy okazji tu i ówdzie zapolować, ale – przede wszystkim – wzbogacić swą kolekcję znaczków. Wszędzie, gdzie się spodziewano statku z dostojnym gościem, przygotowano filatelistyczne prezenty, oczywiście nie byle jakie, lecz odpowiadające swą wartością pozycji członka królewskiego rodu. Na Malcie książę udekorował zasłużonego dla Wielkiej Brytanii barona Testaferrata Abelę orderem św. Michała i św. Jerzego, tenże zrewanżował się przekazując Jerzemu w darze swą kolekcję znaczków uzbieraną w ciągu 40 lat. Pokaźny zbiór otrzymał także na Cejlonie, tak wielki, że potem aż dwa dni spędził w kabinie, by z pomocą bibuły zabezpieczyć walory przed sklejeniem się. Szczególną wagę przykładano do wizyty księcia w Australii, miał bowiem w Melbourne przewodniczyć otwarciu parlamentu po sfederowaniu dotychczasowych brytyjskich kolonii na piątym kontynencie. Po tej uroczystości, Jerzy mógł już poświęcić większość czasu swemu hobby. Odwiedził wiele dużych miast byłych kolonii i wszędzie pozyskiwał wydane w nich znaczki. Gdzieniegdzie nawet wyszukiwano stare klisze, z których specjalnie dlań robiono odbitki! W Sydney otrzymał prawie kompletny zbiór Nowej Południowej Walii. Będąc na Nowej Zelandii dostał komplet emisji tej wyspy, a także znaczki gołębiej poczty z 1867 r., wyemitowane, gdy ptaki utrzymywały łączność z Great Barrier Island. Również na Tasmanii i w Natalu go obdarowano. Odwiedzał też sklepy filatelistyczne. Gdy wreszcie w listopadzie wrócił do kraju, poświęcił całe popołudnie i wieczór, by przekazać zdobycze kuratorowi królewskiej kolekcji, Johnowi Tilleardowi, który uznał, że zagraniczna wyprawa księcia warta była świeczki, zbiór bardzo się bowiem wzbogacił.

Zachęcony tym sukcesem, książę jeszcze intensywniej zajął się filatelistyką. Chcę mieć najlepszą kolekcję w Anglii, a nie jedną z najlepszych – oświadczył kuratorowi. Teraz był już bezwzględny w pozyskiwaniu nowych walorów i jeśli tylko dowiedział się, że ktoś ma coś, czego on nie ma, nie ustawał w naciskach, by to coś pozyskać. Filatelistów ostrzegano, że pokazanie ich rarytasów na wystawie może mieć taki finał, że przejdą na własność księcia. Jerzy nie szczędził też pieniędzy na zakupy, posługując się przy tym bądź co bądź mamoną pochodzącą ze szkatuły państwowej. Nabył m.in. słynne dwa znaczki Mauritiusa. Gdy któryś dworzanin zapytał go, czy zna tego głupka, który kupił za 1 400 funtów jakiś znaczek Mauritiusa, odpowiedział: Tak, ten głupek to ja!

Do stałego napływu znaczków przyczynił się także ojciec, król Edward VII, który zaordynował, by poczta brytyjska przesyłała synowi wszystkie nowości, także narożniki arkuszy, czwórki, próby. Ta dyspozycja dotyczyła również emisji poszczególnych kolonii. Mało tego – nakłoniono także Światowy Związek Pocztowy w Bernie, by taką samą procedurę zalecił swym członkom.

Wśród znaczków w kolekcji jeden ma szczególne znaczenie. Poczta przygotowała w 1910 r. kolejny walor z podobizną króla Edwarda VII, z nominałem 2 pensów. Wydrukowano 100.000 arkuszy z ogółem 24 milionami znaczków. Ale monarcha zmarł 6 maja 1910 r., wobec czego uznano, że byłoby niestosowne wprowadzić emisję do obiegu. Niemal cały nakład zniszczono, ponoć zachowało się tylko 12 sztuk. Ale normalną drogę pocztową przebył tylko jeden: któryś z pracowników poczty ofrankował nim list wysłany do księcia 5 maja, jak się utrzymuje, w porozumieniu z adresatem. Wielu filatelistów z Wysp marzy o zdobyciu tej pocztowej miniatury, znanej ze względu na kolor tyryjską purpurą, ale pojawia się na aukcjach rzadko, a wówczas ma cenę idącą w dziesiątki tysięcy funtów.

Po śmierci Edwarda VII (1910) tron objął Jerzy V. Nie porzucił swego hobby i zawsze gdy był w Londynie spędzał co najmniej trzy popołudnia w tygodniu ze swą kolekcją (wiedziano, że wówczas nie należy mu przeszkadzać), którą nadal starał się powiększyć, nieraz – co było tajemnicą poliszynela – plądrując pocztowe archiwa. Sam także pilnował polityki emisyjnej brytyjskiej poczty, do niego zawsze należało ostatnie słowo w sprawach wszystkich serii wydanych w latach 1911–1935, oczywiście – zawsze z jego podobizną. Były wśród nich bardzo udane emisje, np. znaczek wydany z okazji odbywającego się w Londynie w 1929 r. 9. Kongresu Światowego Związku Pocztowego.

Jerzy V zmarł w styczniu 1936 r. Schedę po nim przejął Edward VIII, który przez pewien czas zastanawiał się, czy królewskiej kolekcji nie sprzedać. Odstąpił jednak od tego zamiaru, zresztą dość szybko abdykował. Sukcesorem na tronie został jego brat Jerzy VI, który wprawdzie nie interesował się filatelistyką w takim stopniu, jak jego imiennik, ale dokładał starań, by do kolekcji docierało jak najwięcej nowych nabytków.

Nie jest także filatelistką królowa Elżbieta II, niemniej zbiór nadal stale rośnie, bo zarówno poczta brytyjska, jak i poczty Wspólnoty zasilają kolekcję swymi nowymi emisjami. Dziś jest ona najpełniejszym w świecie zbiorem znaczków Wielkiej  Brytanii i Wspólnoty Narodów (brakuje jej tylko słynnej Gujany Brytyjskiej nr 9, zachowanej tylko w jednym egzemplarzu). Znajdują się w niej prawdziwe skarby filatelistyki, zwłaszcza z pierwszego okresu pojawienia się znaczków (1840). Nieraz opiekujący się nią kustosz dokupuje jakieś egzemplarze, nieraz także przekazuje dublety na aukcje. Nie sposób podać, ile znaczków liczy zbiór, bo nie wszystkie zdążono skatalogować, to praca na wiele lat, nie można także podać, ile jest warta, gdyż wiele walorów to unikaty, których rynek nigdy nie miał okazji – i nie będzie miał – wycenić. Można przyjąć, że w grę wchodzą miliony funtów. Raz po raz królowa (kolekcja jest jej prywatną własnością) pozwala na fragmentaryczny rzut oka na nią, bo zgadza się na wyeksponowanie najciekawszych jej pozycji na międzynarodowych wystawach filatelistycznych. Dodajmy jeszcze, że kolekcja znaczków zebranych przez Jerzego V jest ulokowana w klaserach (jest ich 328) i kartonach w kolorze czerwonym, nabytki z czasów Jerzego VI – w niebieskich, a znaczki pozyskane za panowania Elżbiety II – w zielonych. Jest przechowywana ww. pałacu St. James w Londynie.

I jeszcze jedna intrygująca sprawa. Jerzy V poinformował kiedyś, posługując się agencją prasową, że nie zbiera znaczków zagranicznych, lecz wyłącznie brytyjskie. Ponoć chodziło mu o to, aby położyć tamę przesyłkom niechcianym, których napływało doń zbyt wiele. Faktycznie jednak kolekcjonował je, miał nawet wielu dostawców, np. króla Egiptu Faruka, króla Iraku, Fajsala I, potem jego syna, króla Ghaziego I i wielu innych władców. Ale w spuściźnie po Jerzym V zbioru znaczków zagranicznych, który musiał być pokaźny, nie odnaleziono. Co się z nim stało? Dopuszcza się kilka możliwości: kolekcję skradł ktoś ze służby, albo została sprzedana, być może przez Jerzego VI, ale raczej przez Edwarda VIII, któremu wciąż brakowało pieniędzy na prezenty dla swej kochanki, pani Simpson. Do końca nie da się już tego wyjaśnić.

Jakkolwiek się ustosunkować do nie zawsze akceptowalnych metod, jakimi posługiwał się Jerzy V przy budowaniu swej kolekcji, trzeba też powiedzieć, że gdyby nie jego zachłanność, wiele ze znajdujących się w niej znaczków w ogóle by się nie zachowało i przepadło na zawsze.

Tadeusz Kurlus

X