Decyzja Donalda Trumpa o (na razie nieoficjalnym) uznaniu Krymu za rosyjski oburza, ale dziwić mogłaby tylko, gdybyśmy nie obserwowali jego wypowiedzi i zachowań jeszcze sprzed ponownego objęcia urzędu. Sytuacja półwyspu, od pojawienia się na nim zielonych ludzików, przypominała wrzód pęczniejący na ładzie i prawie międzynarodowym, którego żaden z zachodnich przywódców nie próbował nawet usunąć. Niby wszyscy obserwatorzy wiedzieli, że pewnego dnia pęknie, a reperkusje tego będą z pewnością równie poważne, co trudne do przewidzenia. Jednakże w przekonaniu, że są „ważniejsze sprawy”, przypominali pacjentów unikających chirurga „bo jeszcze coś będzie trzeba wyciąć”. W lutym 2022 roku czyrak pękł, mimo to wciąż w Waszyngtonie, Paryżu i Berlinie brakowało stanowczości, by rozwiązać problem raz na zawsze, wciąż pozostawiano margines „jakoś to będzie”. I tak aż do momentu, w którym z odsieczą przybył pomarańczowy geniusz zza oceanu, oferujący remedium jakiego nie powstydziłby się niemiecki wizjoner medycyny na wakacjach w Ameryce Południowej.
W przerwie pomiędzy powtarzaniem tych samych haseł („To wojna Bidena”, „Gdybym był prezydentem nigdy by do niej nie doszło”) amerykańskim dziennikarzom udało się wyciągnąć z Trumpa deklarację, że „Krym przeszedł w ręce Rosjan” i, co ciekawe, został im oddany przez „Baracka Husseina Obamę”. Wszystkim tym, którzy się zastanawiają skąd Trump wziął owego „Husseina” należy się wyjaśnienie: każda z jego kolejnych kampanii prezydenckich zawierała absurdalne wprost ilości teorii spiskowych. Powoływał się między innymi na twierdzenia, jakoby małżeństwo Clintonów zlecało zabójstwa, czy wręcz stanowiło parę seryjnych zabójców. Premier Kanady Trudeau, z którym od dawna miał na pieńku, był natomiast nieślubnym synem Fidela Castro. Turbiny wiatrowe wywoływały raka, szczepionki autyzm, a sam wspomniany już Obama aktywnie wspierał Państwo Islamskie.
Obama, czy raczej Barack Hussein Obama II, jak ma wpisane w paszporcie, stał się celem wielu powielanych przez Trumpa oszczerstw, między innymi twierdzeń jakoby urodził się poza Stanami Zjednoczonymi, co automatycznie blokowałoby mu zostanie ich prezydentem, bądź podważyło legalność jego rządów. Imię Hussein kojarzyć może się z wieloma rzeczami, ale na pewno nie ze stereotypowym Amerykaninem. Ot, drobny podtekst, szpileczka. Kto ma wiedzieć ten wie. Nie jest to nawet oryginalny pomysł w barwnym świecie teorii spiskowych – podobne twierdzenia hulały swego czasu po Francji, gdzie nieprzychylni Macronowi komentatorzy starali się dowodzić, jakoby pierwsza dama Brigitte urodziła się jako Jean-Michel Trogneux.
Zamiłowanie Trumpa do sensacji już raz poważnie dało się we znaki Ukrainie, niektórzy twierdzą wręcz, że tak oto narodziła się osobista niechęć Pomarańczowego Suwerena do Wołodymyra Zełenskiego. W 2019 roku Trump wywierał wyjątkowo silne naciski na władze ukraińskie, by te wspomogły go w kampanii oczerniającej rywala w nadciągających wyborach prezydenckich. Centralną postacią tropionej przez otoczenie prezydenta afery był kłopotliwy syn jego – jak się okazało – następcy, Hunter. Młodszy z synów Bidena od lat borykał się z uzależnieniem od narkotyków i alkoholu oraz niedochowywaniem wierności małżeńskiej, upatrywano w nim więc łatwego celu. Ludzie Trumpa zamierzali przymusić Kijów do potwierdzenia, jakoby jako wiceprezydent za rządów Obamy, Biden usiłował przekupić władze ukraińskie, by te zwolniły prokuratora generalnego Ukrainy Wiktora Szokina. Ten miał bowiem badać sprawę spółki powiązanej z Hunterem w której dochodziło do nieprawidłowości. Sytuacja ta nie miała miejsca, za to jak najbardziej prawdziwe były kłopoty Trumpa po ujawnieniu skandalu ukraińskiego, jak go ochrzciły media. Wobec prezydenta wszczęto procedurę impeachmentu, mogącą prowadzić do odwołania z urzędu. Jak dotąd w USA miały miejsce tylko cztery impeachmenty: rządzącego tuż po wojnie secesyjnej Johnsona, Clintona po wypłynięciu szczegółów jego zażyłości z panią Lewinsky i dwa Trumpa, w tym jeden „za Ukrainę”.
Powszechnie znany jest stosunek Donalda Trumpa do przegranych przez niego na rzecz Bidena wyborów – do dziś uważa, że zostały one sfałszowane, że „ukradziono mu je”, co, rzecz jasna, nie ma pokrycia w rzeczywistości. Niestety, ale w głowie Trumpa istnieje zupełnie inna rzeczywistość i to ona nadaje ton światowej polityce. Czego by sobie nie ubzdurał, poważni przywódcy będą musieli podchodzić do tego jak do normalnych słów zupełnie normalnego adwersarza. Na nic zdało się poprawianie go w kwestii wysokości amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy w wykonaniu Macrona. Gdy Trump powtarzał po raz kolejny to, na co się zafiksował – kwotę 350 miliardów dolarów, choć w rzeczywistości suma ta była bliższa 100 miliardom – prezydent Francji poprawił go, a gdy tamten próbował polemizować, uciszył go subtelnie. Trump posiedział więc nadąsany, po czym trzy dni później beształ już nieskrępowanie Zełenskiego na niesławnym spotkaniu w Białym Domu, powołując się na rzekome 350 miliardów dolarów.
Nie ma alternatywnych sposobów porozumiewania się z tymi, którzy tak bezceremonialnie łamią konwenanse, co gorsza – sami je wyznaczają. Lecz czy aby na pewno właśnie tak powinny one wyglądać? Dziś największą ofiarą takich praktyk jest właśnie Ukraina, w znacznym stopniu zależna od amerykańskiej pomocy finansowej i wojskowej.
Parę lat temu Zełenski zachował neutralność w starciu urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych z kontrkandydatem. Gdyby wtedy zgodził się na współpracę z Trumpem, musiałby przez całą kadencję układać relacje z Bidenem, w nagonce na którego uczestniczył – i to w okresie rosyjskiej pełnoskalowej agresji. Trudno przypuszczać, że Biden byłby mściwy, lecz w jego oczach, a przede wszystkim w opinii Amerykanów, Zełenski stałby się uwikłanym w machlojki intrygantem ze wschodu, kimś w rodzaju kacyka z którym Trump trzymał sztamę. Nie byłoby to ani przezorne, ani tym bardziej etyczne. Wydawać by się mogło, że Kijów podjął właściwą, jeśli nie jedyną możliwą decyzję odmawiając Trumpowi, dziś jednak płaci za to straszliwą cenę.
Ukraińcy znaleźli się w sytuacji w której ich przywódcą jest Zełenski mierzący się z Trumpem i Putinem. Trump podziwia Putina, mówił o nim jako o swoim przyjacielu, podczas gdy Zełenskiego z całego serca nienawidzi. We własnym mniemaniu ma ku temu powód – oto sabotując jego genialny plan Zełenski przyczynił się do klęski w wyborach. Dodajmy, że sfałszowanych i nie doszukujmy się w tym logiki. Odebrał mu należną kadencję. Upokorzył go. Dlaczego więc ktoś, kto znaczną część stosunków międzynarodowych sprowadza do relacji interpersonalnych pomiędzy liderami, miałby nadstawiać karku za jakąś Ukrainę? Dość już ludzi zginęło, poza tym Władimir wytłumaczył mu, że to wcale nie takie proste, Rosja też miała swoje powody by walczyć i uzasadnione interesy. Po ostatniej kadencji, gdy podczas próby zamachu stanu zwanej szturmem na Kapitol lojalność wypowiedział mu wiceprezydent Pence, Trump zabezpieczył się na wypadek zdrady obmurowując się grupą klakierów prześcigających się w zachwytach nad jego geniuszem. Ekspertów nie słucha, sam przecież wie wszystko lepiej, zresztą, powtarza mu to cały czas otoczenie. Kogo więc niby miałby posłuchać? Macrona? A może Zełenskiego, który już raz go upokorzył i oszukał, a teraz tym bardziej ma interes w promowaniu swojej wizji świata? Wojna jest zła, niech się wojna skończy! To takie proste…
Dziś Trump mówi o przekazaniu – w pełni formalnie – Półwyspu Krymskiego Federacji Rosyjskiej. Pojawią się zapewne głosy, że przecież plany zakończenia, czy raczej zamrożenia wojny na Ukrainie zakładały pozostawienie przynajmniej części okupowanych ziem pod kontrolą rosyjską, a dotyczyło to zwłaszcza Krymu. Należy jednak z całą stanowczością zaznaczyć, że uznanie formalne to nie to samo co status faktyczny.
W praktyce Turecka Republika Cypru Północnego istnieje i ma się dobrze. W teorii zajęte zbrojnie przez Turcję ziemie cały czas stanowią integralną część Republiki Cypryjskiej. W praktyce Palestyna to dziś zrębki państwowości na oddzielonych enklawach, z których najludniejszą kontroluje skłócona z władzą organizacja terrorystyczna. W teorii Palestyna to państwo, bądź przynajmniej szykowany do usamodzielnienia się suwerenny podmiot. Można by tak wyliczać prawie że w nieskończoność. Można by wspomnieć raz jeszcze o Państwie Islamskim, które choć w praktyce istniało i osiągnęło nawet znaczne rozmiary, nie zostało uznane przez żadne, nawet najbardziej ortodoksyjne państwo muzułmańskie. Ład międzynarodowy jest kruchy i z całą pewnością nie jest też idealny. Ba, w obecnym kształcie stanowi wręcz więzienie narodów, bo i zasada nienaruszalności granic blokuje uznanie takiego, dajmy na to, Somalilandu. Zwłaszcza państwa Afryki, w swoich sztucznych, nakreślonych na kontynencie europejskim granicach, boją się przyznać jakiemukolwiek narodowi czy innej zbiorowości niepodległość, by nie wywołać efektu domina.
Niestety, ale sytuacje w których władze dobrowolnie zezwalają na oddzielenie się (jak miało to miejsce w przypadku Sudanu Południowego, czy ma stać się w najbliższych latach na wyspie Bougainville) należą do rzadkości. Częściej mamy do czynienia z sytuacją podobną do Kurdów uciskanych w Iraku, prześladowanych w Iranie, stłamszonych w Turcji i drżących o przyszłość w Syrii. Żadnych perspektyw, żadnej nadziei. To z kolei prowadzi tylko do radykalizacji, która napędza błędne koło, gdy Beludżowie przeprowadzają atak terrorystyczny, a rząd Pakistanu jeszcze mocniej zaciska pięść na ich gardłach. Nie wspominając już nawet o Ujgurach, czy zapomnianych przez świat Tybetańczykach – oni wszyscy cierpią właśnie po to, by taki Putin nie mógł sobie od tak wprowadzić wojsk na Krym i ogłosić go częścią Rosji.
Nie miejmy jednak żadnych złudzeń. Siłowa korekta granic Ukrainy nie przełoży się nijak na poprawę rozpaczliwej sytuacji uciskanych narodów. Będzie za to precedensem usprawiedliwiającym zbrojny zabór ziem, który jeżeli ma już do czegoś doprowadzić, to do kolejnych wojen napastniczych i dalszych rozlewów krwi. Ale tego już zapewne Donald Trump nie raczył wykalkulować.
Maciej Serżysko
Tekst ukazał się w nr 8 (468), 29 kwietnia – 15 maja 2025
