Internet na wojnie fot. Paweł Mateusz Bobołowicz

Internet na wojnie

Wydaje się, że wraz z eskalacją konfliktu na Ukrainie, bo trudno powiedzieć, że wraz z wybuchem wojny, gdyż ta trwa od 2014 roku, nieco zmalała w mediach społecznościowych aktywność zwolenników polityki rosyjskiej. Równocześnie znacząco wzrosła liczba wpisów, w których ośmiesza się Putina i rosyjskie wojska.

Rozbawienie internautów budzą doniesienia o kradzieży rosyjskiego czołgu, dokonanej przez Romów ze wsi Lubimowka. Śmiechem kwitowany jest film przedstawiający ostrzelanie przez agresora czołgu będącego pomnikiem. Bawią tablice drogowe, mające posyłać Rosjan tam, dokąd odesłali rosyjski okręt żołnierze z Wyspy Węży. Niewielu przy tym weryfikuje prawdziwość tego przekazu, bo nie ma też potrzeby, aby to robić. Ma on nieść pociechę, pokazywać słabość czy głupotę wroga, nie zawsze musi być prawdziwy – wystarczy, aby był prawdopodobny. Internet zalany został zdjęciami, obrazkami i memami, których autorzy kpią z Rosjan i nie ma wątpliwości, że ten śmiech przez łzy pełni dziś niezwykle ważną rolę – pozwala pokazać napastnika jako słabego, nieudolnego przeciwnika.

Na drugim biegunie kształtowana jest narracja ukazująca w pozytywnym świetle Ukraińców i ich bohaterów. Tych trzynastu pograniczników, którzy w ukraińskich Termopilach posłali do diabła (oględnie mówiąc) rosyjską załogę, Witalija Skakuna, który zginął wysadzając most w pobliżu Heniczeska, zwykłych ludzi zatrzymujących na ulicach rosyjskie pojazdy, kobiety, nie bojące się stanąć twarzą w twarz z najeźdźcą. Dziennikarze i internauci dbają też o to, by pokazywać wsparcie okazywane przez obywateli innych państw, chętnie takie, które przybiera mniej oczywiste formy – czasem zabawne, czasem wulgarne, jak odpowiedź załogi gruzińskiego okrętu, która proszona o możliwość zatankowania nie tylko powtórzyła wskazówki, które Rosjanie usłyszeli u brzegów Wyspy Węży, ale też zasugerowała sięgnięcie do wioseł.

Każdy taki materiał udostępniany przez setki, tysiące osób wskazuje nie tylko na bohaterstwo Ukraińców, ale też słabość rosyjskiego wojska. Widzimy młodych chłopców, poborowych, kiepsko jeszcze przeszkolonych, poddających się Ukraińcom, apelujących do Putina czy własnych matek, aby zabrano ich do domów, gdzie zresztą jest ich miejsce. Można wyobrazić sobie, że oszukani przez przełożonych, mamieni udziałem w ćwiczeniach, stali się nagle stroną w wojnie, której nie wymyślili, w wojnie przeciw domniemanym faszystom, których na Ukrainie nawet nie spotkali, czują się dziś mięsem armatnim, pozostawionym samym sobie. Bez wsparcia, bez zaopatrzenia, nawet bez paliwa. Takie doniesienia nie tyle podnoszą morale Ukraińców, co mogą wydatnie osłabiać morale Rosjan i pełnią niezwykle ważną rolę w wojnie informacyjnej, którą dziś wyraźnie wygrywa Ukraina.

Swoje cegiełki do tej narracji dokładają ukraińscy politycy – Witalij Kliczko, który nie zostawił mieszkańców Kijowa i wespół z bratem pokazuje rodakom, że dzieli ich los. Wicepremier do spraw reintegracji terytoriów tymczasowo okupowanych Iryna Wereszczuk, która zaapelowała do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o pomoc w wywożeniu ciał rosyjskich żołnierzy, jacy zginęli podczas inwazji Rosji. A przede wszystkim prezydent Wołodymyr Zełenski, który nie tylko regularnie nagrywa filmy zagrzewające naród do walki, ale też odmawia Stanom Zjednoczonym skorzystania z propozycji ewakuacji z kraju, gdyż nie potrzebuje, jak mówi, podwózki, a amunicji. Zestawiając ten przekaz z informacją, że życie prezydenta jest bezpośrednio zagrożone, bo Rosjanom szczególnie zależy na jego śmierci, Zełenski doskonale kreuje swój wizerunek – jego poparcie wzrosło obecnie do 91%, zatem ponad trzykrotnie w stosunku do grudnia 2021 roku. I w jego przypadku Internet zdominowały memy przekonujące, że „komik stał się mężem stanu”, podczas gdy politycy z Zachodu ośmieszyli się, stając się klaunami, a ich autorzy nie zastanawiają się zapewne, czy rzeczywiście w interesie Kremla jest śmierć ukraińskiego prezydenta i czy zachodni przywódcy są aż tak nieudolni. W jedno i drugie można powątpiewać, gdyż politykę robi się z dala od kamer, a Zełenski pośmiertnie stałby się ikoną, męczennikiem, a tacy zawsze dopingują obywateli do walki. Dziś ci, którzy zachowywali wobec Zełenskiego co najmniej sceptycyzm, porównują go do Ronalda Regana, który także z aktora awansował na wybitnego polityka, nie tylko na Ukrainie nazywany jest bohaterem.

Tego rodzaju doniesienia to tylko wierzchołek informacyjnej góry lodowej. Przeciwnicy Rosji w swoich bańkach informacyjnych śmieją się z nieudolności podobno potężnej armii, odczuwają dumę i nadzieję patrząc na postawy Ukraińców, chełpią się niewiarygodną wręcz skalą pomocy i solidarności, jaką okazują Ukrainie Polacy. Zbiórki pieniędzy i artykułów niezbędnych dziś na wschodzie, pomoc dla uchodźców, otwarte drzwi polskich domów wszystko to sprawia, że mamy wrażenie, iż rosyjska propaganda poniosła ostateczną klęskę. Mimo wieloletnich wysiłków, przypominania o Wołyniu i odmieniania przez wszystkie przypadki nazwiska Bandery, polscy obywatele potrafili wznieść się ponad historyczne podziały i wyciągnąć rękę do potrzebujących. Należy jednak postawić pytanie, na ile starczy Polakom tej życzliwości, czy wobec nieustających działań rosyjskich propagandystów nie pojawi się wkrótce negatywny przekaz, mający skłócić uchodźców i tych, którzy ich przyjęli. Już teraz mamy do czynienia ze wskazywaniem grup, którym pomagać nie należy – obcokrajowców studiujących na Ukrainie, którzy także, przerażeni wojną, uciekają z tego kraju. Wystarcza być muzułmaninem, mieć ciemniejszą skórę, by zostać przez niektórych Polaków odsądzonym od czci i wiary. Niewybredne komentarze, obraźliwe epitety mogą jednak w każdej chwili zmienić swego adresata i nie ulega wątpliwości, że póki będzie trwał reżim Putina, będą też działać ludzie do takiej zmiany dążący.

W tej sytuacji musimy pamiętać, że wciąż nie osłabł front wojny informacyjnej. Jesteśmy zalewani setkami wiadomości, ich weryfikacja często nie jest łatwa, często wręcz jest niemożliwa, przynajmniej w krótkim czasie. Prócz tego Internet pełen jest domorosłych specjalistów, którzy ze stuprocentową pewnością przewidują rozwój sytuacji, de facto częstokroć wprowadzając w błąd. Oczywiście, niektórzy z nich będą mieli w swoich przewidywaniach rację, ale jej prawdopodobieństwo przypomina szansę na wygraną w ruletkę. Mamy bez wątpienia zbyt mało informacji, abyśmy mogli wyciągać wiarygodne wnioski. Uniemożliwia to przeprowadzenie rzetelnej analizy, która niezbędna jest podczas wojny, choć równocześnie pracują ci, którzy mają dostęp do danych pozwalających takie analizy tworzyć. Ci ludzie jednak działają z dala od mediów, efekty ich starań zobaczymy zapewne za jakiś czas wciąż będąc nieświadomymi tego, jak wiele zrobili dla pokoju na świecie.

Wiele osób krytykuje dziś polityków za opieszałość, zapominając, że błyskawiczne decyzje wydają dyktatorzy, a demokracja rządzi się swoimi prawami. To oczywiste, że są one niedoskonałe, ale przekonanie, że wciąż robi się za mało lub nic, jest tylko złudzeniem. Te najważniejsze rozmowy prowadzone są w cieniu, o wielu nigdy się nie dowiemy. Możemy mieć tylko nadzieję, że ich skutki będą dla nas jak najlepsze.

Tymczasem każdy z nas może podjąć proste, ale skuteczne kroki na froncie walki z dezinformacją. Nie mając zwykle takich możliwości, jak członkowie globalnej grupy Anonymous, możemy działać w swoich bańkach informacyjnych. Powinniśmy mieć świadomość tego, że w interesie Rosji bezustannie leży podważanie zaufania Zachodu do UE, NATO, państw partnerskich, deprecjonowanie pomocy dla Ukrainy, negowanie sensu istnienia tego kraju. Tym samym powinniśmy sprawdzać źródła informacji, szczególnie tych, które chcemy udostępnić innym internautom. Nie powinniśmy natomiast reagować na wpisy botów i trolli, gdyż wdając się z nimi w dyskusję niczego nie osiągniemy, nikogo nie przekonamy, za to nakarmimy algorytmy, dzięki którym w sieci przybędzie fake newsów. Dobrym, choć pozornie mało skutecznym rozwiązaniem jest zgłaszanie kłamliwych wpisów administratorom stron, blokowanie rozpowszechniających je osób. Takie drobne gesty są istotne, gdyż pozwolą zmniejszyć skalę dezinformacji.

Ponadto warto pamiętać, że wiele państw ma w swoich systemach prawnych zapisane regulacje, zabraniające wzywania do wojny. W Polsce artykuł 117 paragraf 3 Kodeksu karnego mówi: „Kto publicznie nawołuje do wszczęcia wojny napastniczej lub publicznie pochwala wszczęcie lub prowadzenie takiej wojny, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Można o tym przypominać wszystkim, którzy wciąż uważają, że Rosja podjęła dobre kroki napadając na sąsiedni kraj, atakując szpitale, zabijając niewinnych ludzi, w tym dzieci.

Agnieszka Sawicz

Tekst ukazał się w nr 4 (392), 1 – 15 marca 2022

Prof. dr hab. Agnieszka Sawicz pracuje na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a z Kurierem Galicyjskim współpracuje od 2009 r. Zajmuje się historią współczesnej Ukrainy, polityką rosyjską i z pasją śledzi wszelkie fałszywe informacje. Lubi irlandzką muzykę, gorzką czekoladę i górskie wyprawy. Od 2013 r. jest też etatową wiedźmą, autorką ukazujących się w wirtualnej przestrzeni „Zapisków Wiedźmy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X