Dzieci Esfahanu

Dzieci Esfahanu

Nie jechałam do Esfahanu z zamiarem chodzenia po cmentarzach.

Na co dzień pracuję w łuckim konsulacie – na Wołyniu zapomnianych mogił mamy aż za dużo, a ja byłam akurat na urlopie.

Esfahan to najchętniej odwiedzane przez turystów miasto Iranu. Jak większość z nich, przyjechałam tu, żeby podziwiać meczety, spacerować po bazarze i malowniczych mostach nad rzeką Zajande. Najpewniej skończyłoby się na „zaliczeniu” wymienionych w przewodniku zabytków i paru pamiątkach kupionych u jednego z sympatycznych sprzedawców, gdyby nie książka, którą pokazał mi właściciel hotelu, gdzie się zatrzymałam. – Jeśli jesteś z Polski, to powinno cię zainteresować, powiedział i podał mi pięknie wydany album fotograficzny.

Parisa Damandan (ur. 1967) jest irańską fotografką i historyczką sztuki. Studiowała w Teheranie, ale jej rodzinne miasto to Esfahan. Po studiach wróciła tu i zaczęła realizować swój projekt, polegający na spisywaniu historii najstarszych działających w mieście warsztatów fotograficznych. Efekt jej badań to tysiące zabezpieczonych i skatalogowanych zdjęć, z których najstarsze pochodzą z lat 20. XX wieku. Niektóre fotografie cudem udało się uratować, tuż po rewolucji islamskiej właściciele warsztatów zamurowywali część pomieszczeń, ukrywając negatywy, na których przedstawiono kobiety nieosłonięte przepisowym czadorem. Jedna z takich ekspedycji poszukiwawczych zakończyła się niezwykłym odkryciem:

„Już na samym początku badań, po konsultacjach z leciwymi fotografami, odkryłam, że studio fotograficzne Sharq jest jednym z najstarszych w mieście. Warsztat nadal był czynny, prowadzili go synowie cenionego esfahańskiego fotografa nazwiskiem Abolqasem Jala. Obaj synowie życzliwie odnieśli się do mojego projektu i dostarczyli całe mnóstwo cennych informacji na temat ojca. Większość jego prac przechowywali w opuszczonej szopie na tyłach studia. Były to tysiące zapomnianych szklanych negatywów, zapakowanych w pudła. Każde z pudełek zostało przez fotografa wyposażone w dokładny opis tego, kto znajduje się na zdjęciach i z jakiego okresu pochodzą. Ponad dwadzieścia pudeł zostało oznaczone hasłem Lahestani-ha, 1321-23 (Polacy, 1942-44). Gospodarze wytłumaczyli mi, że ich ojciec fotografował polskich uchodźców, którzy trafili do Esfahanu podczas drugiej wojny światowej (…). Mija właśnie dziesięć lat, odkąd po raz pierwszy mogłam oglądać tę cenną kolekcję”.

Powyższe wspomnienie to fragment ze wstępu do książki wydanej przez Parisę Damandan w 2010 roku w Teheranie. Egzemplarz właśnie tego albumu wręczył mi miły hotelarz z Esfahanu. Książkę wydano w języku angielskim, a jej tytuł brzmi The children of Esfahan. Polish refugees in Iran.

Tak oto, zamiast penetrować zakamarki esfahańskiego bazaru, w poszukiwaniu najbardziej kolorowych kilimów, spędziłam popołudnie z nosem w książce pełnej czarno-białych zdjęć. Nie uważam się za eksperta w dziedzinie fotografii, ale portrety zamieszczone w tym albumie, to w większości prawdziwe dzieła sztuki. Nie chodzi mi tylko o precyzję wykonania, dbałość o odpowiednie ustawienie fotografowanych osób, uwydatnienie ich urody, dobór rekwizytów i niezbędny retusz. Każde zdjęcie jest dowodem na żywą fascynację autora fotografowanymi postaciami. Oto nagle, w wyniku historycznej zawieruchy, zamiast śniadych ciemnowłosych Persów, którzy na co dzień stawali przed obiektywem jego aparatu, w kadrze ujrzał jasnookie dzieci z dalekiego Lachestanu.

Według statystyk, które znalazłam na stronie Ambasady RP w Teheranie, po ewakuacji żołnierzy Armii Polskiej z ZSRR w okresie marzec – wrzesień 1942 roku na terytorium Iranu znalazło się ponad 114 tysięcy Polaków, w tym 25 tysięcy cywilów, spośród których 13 tysięcy stanowiły dzieci. Do Isfahanu, zwanego miastem polskich dzieci, w latach 1942–1945 przybyło 2590 polskich sierot.

Próbując sobie wyobrazić, czym był Iran dla dzieci, które doświadczyły w swym krótkim życiu najgorszego, sięgnęłam po wspomnienia żołnierzy 2 Korpusu Polskiego:

„Do Pahlewi dotarliśmy po 30 godzinach. Ludzie modlili się, ściskali, całowali piasek na plaży, płakali, byli bardzo wzruszeni” (Romuald Lipiński).

„Kiedy obudziłem się w szpitalu z białymi ścianami, grającą muzyką i ubrany w piżamę, powiedziałem do siebie: «Jestem martwy, to musi być niebo. Musiałem umrzeć». Zobaczyłem dwie irańskie pielęgniarki i obserwowałem, czy mają skrzydła!” (Franciszek Kustra, Wirtualne Muzeum Kresy Syberia).

Miejscowe władze szybko podjęły decyzję, dokąd skierować polskie sieroty. Esfahan to miasto o łagodnym klimacie, tu dzieci szybko nabiorą sił. Dżulfa – nazwa jednej z dzielnic, od czasów szacha Abbasa zamieszkałej przez Ormian, miała się odtąd setkom młodych Polaków kojarzyć z upragnionym ratunkiem. Przy sierocińcach zorganizowano szkoły i przedszkola, w sumie w Esfahanie działało ponad dwadzieścia placówek wychowawczo-oświatowych. Dzieci uczyły się po polsku i o Polsce, ale nie tylko. Sporo miejsca poświęcono na poznawanie miejscowej kultury i naukę tradycyjnych technik rękodzielniczych. Trzy wykonane przez dzieci, zgodnie z perską sztuką tkacką, kobierce przekazano szachowi Pahlawiemu, Winstonowi Churchilowi i generałowi Sosnkowskiemu. Spacerując wąskimi uliczkami Dżulfy, zastanawiam się jak to było siedemdziesiąt lat temu, kiedy ormiańskie pieśni liturgiczne mieszały się tu nie tylko, jak od stuleci z głosem muezina, ale i z dziecięcymi piosenkami, śpiewanymi po polsku.

– To była nie tylko szkoła, to była bezpieczna przystań, po prostu dom, mówi bohaterka reportażu „Dzieci Isfahanu”, nakręconego z inicjatywy Muzeum Historii Polski. Wkrótce małym uchodźcom przyszło jednak opuścić tę bezpieczną przystań, Esfahan był bowiem tylko przystankiem na mapie ich dramatycznej podróży do Indii, Afryki, Libanu, Palestyny lub Nowej Zelandii.

Szczepan Lemańczyk w pierwszym polskojęzycznym przewodniku po Iranie o polskich sierotach w Esfahanie nie wspomina ani słowem. Rozumiem, turyści przyjeżdżają tu przecież, by podziwiać meczety, spacerować po bazarze i malowniczych mostach nad rzeką Zajande…

Na skraju dzielnicy ormiańskiej znajduje się duży cmentarz. Między sosnami, w otoczeniu tysięcy ormiańskich nagrobków, na wzgórzu z widokiem na miasto leżą dzieci, które zbyt późno trafiły w opiekuńcze ramiona Esfahanu. Abolqasem Jala nie zdążył ich sfotografować. Siedemdziesiąt lat później ja sfotografowałam krzyż, orła w koronie i napis Polskim Wygnańcom Rodacy.

Niektóre zdjęcia z opisanego przeze mnie albumu można zobaczyć na stronie: http://www.printmag.com/imprint/polish-refugees-in-iran

Elżbieta Zielińska
Tekst ukazał się w nr 5 (225) za 17-30 marca 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X