Człowiek roku, człowiek na rok Wołodymyr Zełenski na okładce „Time’a”, tvn24.pl/swiat

Człowiek roku, człowiek na rok

W dobie pełnoskalowej wojny państwowość ukraińska na swój sposób zrosła się z wizerunkiem Wołodymyra Zełenskiego. Na wzmiankę o napadniętej Ukrainie, pierwszym, automatycznym skojarzeniem dla obcokrajowca stał się obraz brodatego prezydenta w oliwkowym stroju. Ten, przede wszystkim, pozwolił się uznać za prawdziwego przywódcę, odmawiając ucieczki w słowach, jakich nie powstydziłby się bohater patetycznego kina hollywoodzkiego: „Potrzebuję amunicji, nie podwózki”.

Nagrania głowy państwa ukraińskiego na ulicach ostrzeliwanego Kijowa wybrzmiały o tyle mocniej, że kontrastowały z fotografiami Władmira Putina siedzącego po drugim krańcu karykaturalnie długiego stołu, a także faktem równie istotnym, co często pomijanym. Otóż Zełenski, na świecie postrzegany jako zewnętrzny sojusznik Zachodu, wykazał się wolą walki raptem pół roku po gigantycznej klęsce, jaką był upadek Islamskiej Republiki Afganistanu. Ta, powołana z inicjatywy USA i NATO oraz zbrojona przez nie niebotycznymi kwotami, rozpadła się jak domek z kart pod naporem pozbawionych nowoczesnego uzbrojenia talibów. Jakby tego było mało, jej przywódca, prezydent Aszraf Ghani, salwował się ucieczką, tłumacząc potem, że jego śmierć byłaby tylko kolejną tragedią dla Afganistanu.

Prozachodnie reżimy oraz państwa zależne, w przeciwieństwie do tych, które organizowano pod egidą socjalistycznego braterstwa w dobie zimnej wojny, nie mają zbyt dobrej opinii. Seria kompromitujących klęsk zaważyła na ich postrzeganiu jako kruchych i uzależnionych od zewnętrznej pomocy. Pierwszym takim szokiem była z pewnością rewolucja kubańska, która odsunęła od rządów Fulgencia Batistę, dając też początek żartom z rozwijaniem akronimu KUBA jako Komunizm U Bram Ameryki. Przy okazji, popchnęła też świat na krawędź wojny jądrowej. Zdeprymowani Amerykanie skutecznie dopełniali własnego upokorzenia, kompromitując się kolejnymi nieudanymi zamachami na Fidela Castro, bądź operacjami pokroju inwazji w Zatoce Świń.

Równie mocnym ciosem był upadek bronionego wcześniej z uporem Wietnamu Południowego. Prawie dwudziestoletnia wojna doszczętnie skompromitowała Stany Zjednoczone, podkopując ich wizerunek również w oczach sojuszników. Na tyle trwale, by skutki oddolnego sprzeciwu wobec zaangażowania w konflikt były widoczne w społeczeństwach zachodnich po dziś dzień. Zdaniem wielu, same USA stanęły wtedy zresztą na krawędzi wojny domowej. Taka reakcja była zaś po części pokłosiem traumy, jaką zgotowała obywatelom wojna w Korei, skutecznie tłumiąca bojowy entuzjazm pozostały po roku 1945. I chociaż prozachodni rząd Południa utrzymał się do dziś, to nawet przy zaangażowaniu Organizacji Narodów Zjednoczonych nie udało się Amerykanom pokonać mniej licznych komunistów z Północy. Rychły triumf odebrało im bezpośrednie wsparcie, jakiego udzielił Kim Ir Senowi przywódca Chińskiej Republiki Ludowej, Mao Zedong.

Pomyśleć, że żadnej ChRL mogło nie być, a żołnierze Kima – o ile w ogóle byliby – znaleźliby się w klinczu pomiędzy podległym Amerykanom władzom w Seulu a Chinami władanymi przez sprzymierzonego z USA dyktatora, Czang Kaj-szeka. Wystarczyłoby go w porę wesprzeć, gdy walczył jeszcze z kontrolującą niewielkie obszary partyzantką. Złośliwy mógłby gdybać, że przecież sam Związek Radziecki, który pomógł Komunistycznej Partii Chin przejąć władzę, nie musiałby nigdy powstać. Wymagałoby to, co prawda, większego zaangażowania interwencjonistów z ententy w rosyjskiej wojnie domowej, ale przynajmniej wtedy nikt nie mógłby powiedzieć, że w powstaniu wszystkich swoich dzisiejszych, liczących się przeciwników Waszyngton miał swój udział. Zwykle wyrażał się on zaniedbaniami i krótkowzrocznością Białego Domu.

Taki, dajmy na to, Iran, dziś kipiący nienawiścią do Ameryki, był jeszcze stosunkowo niedawno jednym z jej najbliższych sojuszników. Mało tego, modernizował się na zachodnią modłę. Wszystko to jednak w żelaznym uścisku bezwzględnego szacha Mohammada Rezy Pahlawiego. Do władzy doszedł on w 1941 roku tylko dlatego, że Brytyjczycy wraz z Sowietami zbrojnie obalili jego ojca, który niespecjalnie chciał odciąć się od hitlerowskich Niemiec. Zresztą, kto wie, czy dynastia Pahlawi nie władałaby do dziś, gdyby w 1953 roku Brytyjczycy – tym razem wraz z Amerykanami – nie zorganizowali zamachu stanu? Obalili wtedy demokratycznego premiera Mohammada Mosaddegha na rzecz ustanowienia monarszej władzy absolutnej. Czym, w takim razie, mógł podpaść zadeklarowanym obrońcom wolności demokrata? Oczywiście nacjonalizacją wydobycia ropy naftowej…

W lutym 2022 roku wydawało się, że oto kolejny po Ghanim prozachodni przywódca chyli się ku upadkowi pod naporem wrogich sił. Nieważne, czy Ukraińcy uważali się za część Zachodu, czy dopiero do niego aspirowali – w oczach świata, zwłaszcza Globalnego Południa, spełniali rolę jednego z jego kruchych stronników. Dodatkowo wzmacniał ten obraz fakt, że obecna ciągłość władzy wywodzi się od obalenia urzędującego prezydenta Janukowycza, co Rosja (i jej kanały dezinformacyjne) uparcie starają się przedstawiać jako sterowany zewnętrznie zamach stanu. Koronnym argumentem jest tu – sterowany, czy nie, ważne, że widoczny – separatyzm donbaski. Dla państw spoza Zachodu i jego sprzymierzeńców rosyjskie teorie nie wyglądały na pozbawione podstaw. W końcu Pakistańczyk wie tyle o sytuacji w Donbasie, co Ukrainiec o tej w Beludżystanie, a może i mniej. Zełenski nie tylko wymknął się stereotypom stawiając opór, ale i poszedł o krok dalej – postawił go skutecznie. Zatrzymał przy tym nie tabuny bojowników z karabinami, a wciąż uważaną powszechnie za potęgę Rosję i jej „drugą armię świata”. Sukces, jakim było odparcie ofensywy na Kijów, zaważył o przetrwaniu ukraińskiej państwowości nie tylko w sensie dosłownym, ale i wizerunkowo.

Zachód okazał się silniejszy, niż ktokolwiek – łącznie z nim samym – mógłby przypuszczać, nawet jeśli miernikiem tej siły była siła jego podwykonawcy. Zwycięstwo wizerunkowe przełożyło się na realną przewagę w hybrydowym starciu z Federacją Rosyjską. Ożywienie wewnątrz NATO nie podziałało jednak na opinię światową w znaczący sposób, poza przyjęciem pewnych deklaracji, albowiem liczą się wyraźne efekty. Takim było odparcie inwazji. Kolejnym progiem było wygranie wojny. Tu jednak Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zrobili coś, do czego wszystkich już przyzwyczaili, mianowicie rozsiedli się wygodnie przepełnieni samozadowoleniem.

Tym samym powtórzono strategiczny błąd, przez który martwimy się dzisiaj o Tajwan. Na całe szczęście nie w momencie, w którym resztki ukraińskich wojsk bronią okolic Lwowa, a kiedy ruszyła nieudana kontrofensywa na Zaporożu, w jej efekcie SZU wykrwawiają się broniąc Pokrowska, bez perspektywy na trwałe zatrzymanie agresora. Nic nie jest jeszcze przesądzone, co nie znaczy, że szanse, jakie stwarzała początkowa dezorganizacja sił rosyjskich w połączeniu z wysokim morale nie zostały zaprzepaszczone. Wtedy, w 2022 roku naprawdę możliwe było, by Rosjan wypchnąć, nawet jeżeli nie do granic z 1991 roku, to przynajmniej z południa Ukrainy, może nawet z Krymu. Ten, paradoksalnie, cały czas jest łatwiejszym celem, niż obleganie Doniecka.

Ukraina nie musiała nawet ponosić klęsk. Wisiało nad nią jedno zasadnicze niepowodzenie w postaci braku spektakularnych sukcesów, równających się obronie Kijowa i uderzeniom pod Charkowem. Złota karta w postaci Zełenskiego-bohatera zaczynała słabnąć. Był to proces naturalny, im dłużej wojna trwała, tym odbiorca bardziej przyzwyczajał się do schodzącego na dalszy plan konfliktu. Nie można pominąć też wpływu rosyjskiej dezinformacji, działającej w (również niezamierzonym) tandemie z politykami upatrującymi kapitału w nastrojach aktyukraińskich. Jaskrawym przykładem jest obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, który wielokrotnie podnosił w kampanii temat wysokich nakładów w pomoc Ukrainie. Przedstawiał je jako marnotrawstwo, mamiąc wyborców populizmami o osiągalnym pokoju.

Początkowe głosy potępienia narracji nieprzychylnych Ukrainie i Ukraińcom stopniowo słabły, wraz z tym, jak coraz szersze grono obywateli chłonęło dezinformację. Ugrupowania oskarżane wcześniej o tendencje porosyjskie rosły w sondażach, dyskurs ewoluował. Za przykład niech świadczą tegoroczne wybory prezydenckie w Polsce. Każdy z liczących się kandydatów przynajmniej częściowo podchwytywał hasła, które miały rezonować z elektoratem niechętnie nastawionym Ukraińcom.

Zełenski coraz częściej stawał się obiektem krytyki, nierzadko zasłużonej. Często jednak zarzuty pod jego adresem podlegały hiperbolizacji. Nawet w ojczyźnie jego poparcie w sondażach spadało, a prezydent aspirujący do miana personifikacji walczącego państwa tracił swój jednoznacznie pozytywny wizerunek. Problemy całego kraju oddziaływały negatywnie na pozycję Zełenskiego i vice versa. Nieprzemyślane komentarze pod adresem Polski uderzały w oczach Polaków w Ukrainę. Z drugiej strony zaufanie i sympatię wobec polityka podkopywały doniesienia o aferach korupcyjnych, nawet na najniższym szczeblu.

Tytuł Człowieka Roku tygodnika „Time” można uznać za pewną miarę percepcji świata amerykańskich elit. Inaczej trudno wytłumaczyć, że w 2020 roku – dla przypomnienia: COVID-19, Porozumienia Abrahamowe, Black Lives Matter – wyróżniono nim duet Bidena i Harris. Podobnych abstrakcji nie sposób wyliczyć w krótkiej formie, ale z dziwniejszych niech będą – „amerykański żołnierz” (2003 i 1950), Rudy Giuliani (burmistrz Nowego Jorku, 2001), Newt Gingrich (kto to?, 1995), Peter Ueberroth (organizator olimpiady w Los Angeles, 1984), „mieszkańcy środkowych Stanów Zjednoczonych” (1969), William Westmoreland (dowódca sił USA w Wietnamie Południowym, 1965), czy James Byrnes (sekretarz stanu, 1946). W 2022 roku, na fali ogólnej popularności, Człowiekiem Roku został Wołodymyr Zełenski, a razem z nim drugi laureat, „Duch Ukrainy”. Stanowili jedność, prezydent uosabiał wyrażający się prezydentem naród. Okładkę pisma zdobił portret Zełenskiego. Ten, uwieczniony z pełną emocji twarzą, otoczony był wiankiem maleńkich postaci „zwykłych ludzi” i niebiesko-żółtych flag, gdzieniegdzie poprzetykanych słonecznikami. Było to już po wyzwoleniu Chersonia, a jeszcze przed felerną kontrofensywą.

Przypominający amerykańską powieść tekst opisywał bohaterstwo wodza, który wbrew zaleceniom doradców udaje się do świeżo oswobodzonego miasta. Poniżej fragment na swój sposób symboliczny: „raptem sześć miesięcy temu prezydent Afganistanu Aszraf Ghani – o wiele bardziej doświadczony lider, niż Zełenski – uciekł ze swojej stolicy przed talibami”. „Time” kończy artykuł przytaczając słowa prezydenta, który to – zgodnie z hollywoodzką dramaturgią – opowiedziawszy o celach Ukrainy, zaznacza, że nie wie, do jakiego stopnia uda się je spełnić. Zapewnia przy tym, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Rok później wyróżnienie otrzymuje piosenkarka Taylor Swift.

W 1937 roku na okładce widniał nie kto inny, jak Czang Kaj-szek z żoną. Lata później w tym samym miejscu znalazł się ajatollah Chomeini. Nic dziwnego, w końcu dopiero co obalił szacha. Mohammad Mosaddegh, laureat z 1951 roku, już tego momentu nie doczekał. Spędził w jego więzieniu resztę życia. Kiedy upadł Sajgon, a Wietnam Południowy przestał istnieć, Człowiekiem Roku zostały „Amerykanki”. Wśród nich – tenisistka Billie Jean King, pierwsza kobieta-oficer w marynarce, Kathleen Byerly… Grunt to zawsze być z czegoś zadowolonym.

Maciej Serżysko

Tekst ukazał się w nr 14 (474), 39 lipca – 28 sierpnia 2025

X