Był człowiekiem, który miał serce na dłoni fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Był człowiekiem, który miał serce na dłoni

Na starym polskim cmentarzu w Drohobyczu 1 sierpnia br. został pochowany Artur Deska – publicysta, historyk, filozof, działacz społeczny, nasz kolega redakcyjny. Msza święta pogrzebowa z udziałem duchownych Kościoła Łacińskiego i Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego została odprawiona w kościele św. Bartłomieja w Drohobyczu. Na ostatnie pożegnanie przybyła rodzina zmarłego, przedstawiciele władz miejscowych, Konsulatu Generalnego RP we Lwowie, wspólnoty żydowskiej i Tatarów krymskich, wolontariusze, sponsorzy i przyjaciele z Ukrainy, Polski i Holandii.

Uroczystościom pogrzebowym przewodniczyli proboszcz ks. Mirosław Lech i o. Bruno Maria Neumann z klasztoru bonifratrów w Warszawie.

fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Anna Jarocka, siostra Artura, w swoim słowie pożegnalnym wspomniała, że brat miał pasje różne, także sportowe. Ćwiczył kiedyś m.in. karate.

– Już w młodości Artur był typem gastrycznym – mówiła dalej. – Wcześnie nauczył się dobrze i smacznie gotować oraz przyrządzać przysłowiowe pyszne coś z niczego. Jednak głównym hobby wspólnym dla wszystkich w domu były książki. Artur pochłaniał powieści, uwielbiał Sienkiewicza. Zaczytywał się w tomach o tematyce historycznej, filozoficznej. Zostało mu to na zawsze. Jako młodzieniec był kochliwym przystojniakiem. Wysoki, postawny, z czarnymi włosami z burzą kręconych loków, błękitnymi oczami przyciągał spojrzenia dziewcząt. Z niektórymi z nich przyjaźnił się do dziś. Droga zawodowa Artura była skomplikowana. Interesował się medycyną, biznesem, filozofią i historią. Miał znaną wam wszystkim wielką łatwość nawiązywania kontaktów i przyjaźni. Uwielbiał dyskusje, polemiki, intelektualne spory. Czasem był nużący w swojej retoryce, umiał jednak słuchać innych i ich poglądów. Artur swe prawdziwe powołanie odnalazł w pracy społecznikowskiej. Właśnie tu, w Drohobyczu, rozkwitły i rozwinęły się, wzrastały jego talenty wynajdywania potrzebujących i organizacji pomocy. Umiał wesprzeć, pocieszyć, pomóc, poklepać po ramieniu. Mógł oddać ostatnią koszulę, pogadać, a przy tym przy okazji nakarmić barszczem na gęsini. Artur pomagał ludziom. Pomagał też pomagać. O tym, że był skuteczny, że niósł dobro, świadczycie wy państwo licznie tu obecni.

Taras Kuczma, mer Drohobycza, podkreślił, że Artur Deska był szczerym patriotą Polski, a również miał wielkie ukraińskie serce przepełnione miłością. Chciał, żeby wokół niego były szczęśliwe dzieci, szczęśliwa młodzież i szczęśliwa społeczność.

W imieniu Konsulatu Generalnego RP we Lwowie słowo pożegnalne wygłosił konsul Mateusz Natkowski, który powiedział, że Artur Deska był prawdziwym ambasadorem polskości na Ukrainie.

O. Ihor Kozynkiewicz, szef Caritasu eparchii (diecezji) samborsko-drohobyckiej Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego zaznaczył, że Artur Deska w ciągu prawie dwudziestu lat pracował w tej organizacji ofiarnie, bez żadnych wypłat.

Ks. Mirosław Lech, proboszcz parafii Świętego Bartłomieja w Drohobyczu, na pytanie kim Artur Deska był dla niego powiedział:

– Myślę, że on był wielkim człowiekiem. Mogę go nazwać przyjacielem, kolegą, ale on był – nie wiem, czy dobrze, czy źle – człowiekiem dla wszystkich otwartym. I nawet byli na pewno ci, którzy chcieli go trochę przywłaszczyć dla siebie bardziej, ale Artur był tak jak ten duży kawałek chleba, który można było rozdzielić między wielu. Był właśnie tym człowiekiem, który nie poświęcał czas dla jednego człowieka, nie angażował się dla jednego człowieka, ale angażował się dla wielu ludzi. Dla młodzieży, dla dzieci, dla uchodźców, dla żołnierzy i dla tych ludzi, którzy na ogół z nim chcieli spędzić czas. Artur miał wielkie serce, dużą mądrą głowę i to otwarte serce miał dla wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości czy religii. Myślę, że on nawet znajdował wspólny język z ateistami, bo i tacy z nim prowadzili swoje dysputy. Także jego mądrość, jego wiedza, jego erudycja, jego chęci jakby sprawiały to, że obok niego byli wszyscy. Wszyscy poszukujący czegoś dobrego.

Wśród mówców na pogrzebie był też Max Ciszek z Fundacji Widzialna Ręka. Na prośbę Artura Deski przywoził do Drohobycza pomoc humanitarną z Polski.

– Artur Deska był przyjacielem, kolegą, człowiekiem, na którego zawsze mogłem liczyć – mówi Max Ciszek. – Miał otwarte drzwi dla wszystkich. Poznaliśmy się przypadkowo przez internet i od razu coś między nami się zawiązało. To wolontariusze, to jego chęć pomocy, to co on robił. „Przyjeżdżaj do mnie, drzwi są otwarte”. Chyba cztery lata temu pierwszy raz przyjechałem do Artura i od tej pory zawsze jak była jakaś potrzeba, jak Artur prosił o pomoc dla Tatarów, czy nawet by po prostu porozmawiać. Mówił nieraz: „Przyjedź na barszcz”. Zawsze przyjeżdżałem, bo takiego człowieka nie da się zastąpić. Jestem protestantem. Na pewne religijne rzeczy mogliśmy mieć różne poglądy, ale Artur potrafił to tak wszystko doskonale połączyć, że mogliśmy rozmawiać również o islamie. Przecież miał wśród przyjaciół Tatarów krymskich. Artur zaraził mnie też historią Jerozolimy. Często tam jeżdżę, nasza Fundacja ma też placówkę w Jerozolimie. Mogliśmy o tym wszystkim rozmawiać godzinami. To było widać też dzisiaj na pogrzebie. Kto przyszedł? Przyszli młodzi ludzie, starzy ludzie, przyszli żołnierze, przyszli muzułmanie. Każdy tam był, bo Artur potrafił cząstkę swojego życia, swojej osobowości zostawić w ich sercach i myślę, że tę ideę, którą tutaj do Drohobycza on przyniósł, trzeba kontynuować. Przyjeżdżam na Ukrainę od 2014 roku. Byłem po raz pierwszy w Mariupolu. Byłem tam na wojnie, byłem podczas oblężenia Mariupolu, poznałem ludzi i później to już tak zostaje w sercu. Jeżdżę od początku wojny, już nawet zaczyna w moim paszporcie brakować miejsca na stemple. I chcę, żeby tę przyjaźń i tego, co zapoczątkowaliśmy na początku wojny, nie stracić. I też chcę pokazywać ludziom, że to nie był taki spontaniczny zryw, który trwa tylko chwilę, ale że trzeba dalej pomagać, bo naprawdę potrzeby nadal są. Jeżdżę tam na front i widzę jak to wygląda i nie chcę tego zaprzestać.

fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Z Warszawy po pogrzeb Artura przyjechał też Rafał Dzięciołowski, dziennikarz, były prezes Fundacji Solidarność Międzynarodowa.

– Artura poznałem na konferencji politologicznej w Jaremczu, a więc poznałem go nie od strony humanitarnego aktywisty, poświęcającego się dla ubogich i potrzebujących, tylko jako takiego wnikliwego analityka skomplikowanych relacji pomiędzy Polakami i Ukraińcami – wyjaśnił Rafał Dzięciołowski. – I wtedy zaimponował mi przenikliwością, odwagą i bezkompromisowością myśli, a nade wszystko wiarygodnością swojej postawy. Bo kiedy goście z Polski usiłowali radykalizować pewne oczekiwania wobec Ukraińców, a jednocześnie podkreślać słabość środowiska polskiego na zachodniej Ukrainie, Artur powiedział: „Słuchajcie, ale przecież najprościej – i nic nie stoi na przeszkodzie – przyjeżdżajcie do Lwowa, do Iwano-Frankiwska (Stanisławowa), do Stryja i pokazujcie, jaka jest siła żywiołu polskiego. Zakładajcie firmy, budujcie swoje projekty, realizujecie się na tych ziemiach. Pokażcie, że umiecie. I wtedy zapadła cisza. Jakoś nie było chętnych, żeby przyjechać tu na Ukrainę i świadczyć o sile polskości czy o dostojeństwie przeszłości polskiej na tych ziemiach. A Artur to wszystko swoim życiem potwierdzał każdego dnia. Dzisiaj byliśmy świadkami tego rezultatu, tego owocu, tej misji, którą Artur pełnił w Drohobyczu. Kilkadziesiąt młodych ludzi oddanych jemu i jego wizji, relacji polsko-ukraińskich, bo to ludzie, którzy noszą w sobie wspólną polsko-ukraińską tożsamość, chociaż są Ukraińcami z urodzenia, ale serca już są dwunarodowe co najmniej. I to jest jeden owoc tej misji. Drugi jest taki, że rzeczywiście żeby Polska się i polskość tutaj trwała, potrzebna jest taka aprioryczna przesłanka, jak założenie współpracy i przyjaźni z Ukrainą. Ale drugie to pewien postulat aktywności społecznej, którą Artur tutaj krzewił i pozostawił chociażby w postaci paru osób, które na miejscu w Drohobyczu już wprost przejęły jego dorobek i chcą go kontynuować, jak na przykład pani Ola Pawłowska i jej fundacja i jej środowisko nastawione na wsparcie społeczne i humanitarne ludzi potrzebujących, ludzi młodych, ludzi rozwojowych, którzy w przyszłości będą rozstrzygać o relacjach polsko-ukraińskich. A po tej analogii z życiorysem Mirosława Rowickiego (założyciela „Kuriera Galicyjskiego” – red.) i Artura Deski, to dzisiaj dla mnie było szokujące to, że Artur przyjechał tu jako biznesmen, szukając sposobu, żeby zarobić pieniądze na Ukrainie. I pamiętam, że Mirosław Rowicki też pierwsze kroki stawiał właśnie w biznesie, zakładając sklepy z materiałami budowlanymi i dopiero w następnym kroku zdecydował się na działalność publiczną. W przypadku Mirka polityczną, w przypadku Artura też chyba społeczno-polityczną, motywowany potrzebą chwili i wyzwaniami, z którymi się zmierzył już tu na miejscu. I w tym sensie ta ich aktywność była szczera. Ona była do bólu polska, do bólu kresowa i do bólu nastawiona na taką, powiedziałbym, giedrojcowską ideę współpracy polsko-ukraińskiej.

fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Swoimi wspomnieniami oraz refleksjami podzielił się o. Bruno Maria Neumann z klasztoru bonifratrów w Warszawie, który wiele lat pracował w Drohobyczu.

– Od początku, jak go poznałem, zauważyłem, że on chciał pomagać ludziom, chciał się angażować w działalność Caritasu – powiedział o. Bruno. – Nasz diecezjalny Caritas we Lwowie dopiero się tworzył. Reprezentowaliśmy Caritas bonifratrów w Drohobyczu. Głównie to była praca wśród ludzi chorych. Apteka, którą zaopatrywaliśmy, wtedy funkcjonowała bardzo dobrze. Artur sam dostrzegł, że to, co my robimy, nie jest jakby dla niego. To człowiek, który miał głowę, miał wiedzę i miał zdolności organizacyjne, więc zasiadł za biurkiem i zaczął organizować wolontariat. I dobrze, że to zrobił w Caritasie grekokatolickim u księdza Igora Kozynkiewicza, ponieważ tutaj dano mu wszelkie możliwości. Artur po prostu znalazł tę lukę. Umiał dostrzec potrzeby, przede wszystkim w wychowaniu młodzieży. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy powstał Caritas Greckokatolicki, to księża zaczęli przyjeżdżać tutaj: „Wy Caritas, to wy nam dawajcie!”. Artur mówi: „Nie, nauczę, ja was nauczę, że wy macie dawać”. I tak to było. I rzeczywiście naszą rzymskokatolicką młodzież Artur też wspomagał w tych różnych wolontariackich projektach. Ja się zajmowałem chorymi, których wywoziłem na leczenie do Polski. On wychowywał młodych ludzi. My jakby z niczego zajmowaliśmy się leczeniem ludzi chorych, no i oczywiście uchodźcami z Czeczenii. Przecież czeczeński naród to jest naród gnębiony i prześladowany przez reżim Putina. Mieliśmy tutaj wielu uchodźców, chyba z 8 rodzin. Na szczęście wszystkie są już za granicą. Z niektórymi mam kontakt. Są bardzo wdzięczni i wspominają Artura. Rodzina Gamajewów jest teraz w Strasburgu, wywieźliśmy ją z Rafałem Dzięciołowskim kiedy jeszcze nie było Schengen, granice były zamknięte. I cieszę się, że to dobro zaowocowało. Cieszę się też, że po tych 12 latach mojego pobytu na Ukrainie zostawiłem takiego ducha w niektórych moich współpracownikach, który dalej jakoś się uaktywnia. Ola Pawłowska kontynuuje pewne sprawy, no i oczywiście bracia Bonifratrzy, którzy bardzo wiernie i ofiarnie zajmują się ludźmi chorymi. Stworzyliśmy taką jedność. Coś Pan Bóg wyciągnął z tej układanki miłosierdzia. Ale ten duch Samarytanina Artura Deski, on tu będzie. I on już owocuje. Modlę się o jego następców.

Jednym z takich następców Artura Deski jest Olga Pawłowska, prezes Fundacji św. Antoniego w Drohobyczu.

– Artur za życia łączył ludzi różnych religii, i grekokatolików, i katolików obrządku łacińskiego, i Tatarów krymskich, i niewierzących – i ze wszystkimi umiał znaleźć wspólny język i żyje wśród nas. Nawet teraz zebrał takie grono przyjaciół, co przyjechali i z Polski, i z Holandii, i z Ukrainy, z różnych zakątków świata, którzy gotowi kontynuować jego dzieło. I właśnie w tym momencie myślimy nad tym, żeby to dzieło, które Artur rozpoczął 20 lat temu na Ukrainie, nadal żyło. Myślimy, jak dalej będziemy kontynuować. Artur był człowiekiem, który miał serce na dłoni. I warto być otwartym dla każdego, kto przyjdzie. Warto robić dobre rzeczy. Warto otwierać się na ludzi i podawać rękę. Tak czynił Artur.

Konstanty Czawaga, Artur Żak

Pogrzeb Artura Deski

X