Z Mateuszem Dzieduszyckim, przewodniczącym Rady Związku Rodowego Dzieduszyckich herbu Sas, rozmawia Anna Gordijewska.
Jesteśmy na wystawie poświęconej rodzinie Dzieduszyckich, przygotowanej z okazji dwusetnej rocznicy urodzin Włodzimierza Dzieduszyckiego. Jakie emocje towarzyszą Panu w związku z tą uroczystością?
Jesteśmy głęboko poruszeni i onieśmieleni tak serdecznym przyjęciem we Lwowie. Wraz z żoną, Melanią Dzieduszycką, przyjechaliśmy na zaproszenie Lwowskiej Narodowej Naukowej Biblioteki Ukrainy im. Wasyla Stefanyka, dawnego Ossolineum. Ekspozycja zatytułowana „Dokumentalna spuścizna rodziny Dzieduszyckich jako składowa zbiorów historyczno-kulturowych Lwowskiej Narodowej Naukowej Biblioteki Ukrainy imienia W. Stefanyka” robi ogromne wrażenie. To efekt dwuletniej pracy wielu osób. To są imponujące zbiory, które w tej chwili są udostępnione publicznie. Zbiory, które bez wątpienia będą przedmiotem prac naukowych. Taką mam wielką nadzieję, bo gdybym był naukowcem, to bym po prostu nie wyszedł z tego korytarza i siedziałbym w tej bibliotece robiąc kolejne prace. To jest coś absolutnie niesamowitego. Dla każdego kto chce zbadać dzieje XIX wieku na tych terenach, we Lwowie, obejrzenie tej wystawy jest punktem obowiązkowym. Również dla nas jest to oczywiście wielka radość.
Włodzimierz hr. Dzieduszycki. Źródło: Związek Rodowy Dzieduszyckich herbu Sas
Dziedzictwo Włodzimierza Dzieduszyckiego ma znaczenie ponadnarodowe.
To dla naszej rodziny powód do dumy. Jako jego prawnuk jestem szczególnie poruszony, że jest on postacią ważną zarówno dla Polaków, jak i Ukraińców. Ród Dzieduszyckich ma korzenie rusińskie – dziś jesteśmy Polakami, ale w naszych żyłach płynie również krew Rusinów, a więc i Ukraińców. To coś pięknego – że są wartości i ludzie, którzy potrafią łączyć narody. W tym duchu chcemy żyć i działać – dla tych, którzy cenią kulturę i wspólne dziedzictwo.

Włodzimierz Dzieduszycki nie oddzielał kultur – przeciwnie, budował mosty.
Zawsze powtarzał: „Wszyscyśmy się tu zrodzili”. Tam gdzie stawiał kościół, obok powstawała cerkiew. Był oddany ludziom – szczególnie tym z uboższych warstw społecznych. Dbał o ich rozwój, wspierał młodych, umożliwiając im karierę naukową czy artystyczną.

Jak wyglądała jego działalność społeczna i kulturalna?
Był opiekunem utalentowanej młodzieży i mecenasem sztuki. Pomagał takim artystom jak Artur Grottger czy brat Albert Chmielowski, który dzięki jego wsparciu mógł studiować w Monachium. Fundował szkoły, wspierał rzemiosło domowe – dziś nazwalibyśmy je sztuką ludową. Dzięki niemu hafty, ceramika i inne wyroby trafiały na wystawy w Paryżu, Wiedniu i Berlinie. Jednym z jego pomysłów było stworzenie na wystawie paryskiej całej wioski huculskiej – domy, wnętrza, życie codzienne. To był precedens, który zachwycił Europę.
Jak dziś działa Związek Rodowy Dzieduszyckich?
Funkcjonujemy jako stowarzyszenie. Zależy nam na integracji rodziny, ale też realizujemy cele społeczne. Odnawiamy polskie zabytki – m.in. na Cmentarzu Łyczakowskim czy na lwowskim Rynku, gdzie przeprowadziliśmy konserwację renesansowej rzeźby na kamienicy Szolc-Wolfowiczów. Wkrótce rozpoczniemy prace przy zamku w Podhorcach, uznawanym za najpiękniejszy zamek dawnej Rzeczypospolitej.
Współpracujemy z ukraińskimi partnerami – darzą nas zaufaniem, powierzają cenne dzieła sztuki. Konserwatorzy z Polski i Ukrainy pracują razem, ramię w ramię. To dla nas bardzo ważne.

Rok 2025 to 200. rocznica urodzin Włodzimierza Dzieduszyckiego. Jakie działania zrealizowano z tej okazji?
Zorganizowaliśmy cykl konferencji naukowych poświęconych jego pasjom – etnograficznym i przyrodniczym. W jubileuszowym roku odbywa się konferencja podsumowująca jego dorobek. Szczególną rolę pełni Muzeum Przyrodnicze we Lwowie, jedno z jego największych dzieł. Dzięki współpracy z muzeum uda się w tym roku otworzyć magazyny i zaprezentować szerokiej publiczności tysiące eksponatów – w tym także gatunki już wymarłe. To wyjątkowe wydarzenie.
Czy we Lwowie wciąż są miejsca silnie związane z postacią Włodzimierza Dzieduszyckiego?
Tak – przede wszystkim Pałac przy ul. Kurkowej, dawna lwowska rezydencja Włodzimierza i jego żony Alfonsyny. Bywali tam najwybitniejsi artyści, naukowcy i politycy epoki. Włodzimierz, jako marszałek Sejmu Galicyjskiego, słynął z umiejętności łączenia różnych środowisk – Polaków i Ukraińców. Dziś pałac jest niedostępny – nie udało mi się go odwiedzić, choć niektórzy członkowie naszej rodziny pamiętają jego wnętrza sprzed wojny. Modlimy się, by wojna zakończyła się sprawiedliwie i by znów można było odwiedzać to miejsce.
Jak młode pokolenie odbiera dziedzictwo Włodzimierza Dzieduszyckiego?
Udało się nam przywrócić jego postać jako społecznika i innowatora. Zorganizowaliśmy cztery konkursy przyrodniczo-historyczne dla młodzieży z Polski i Ukrainy – na jeden z nich wpłynęło aż 300 prac. To pokazuje, że jego ideały wciąż inspirują. Chcemy kontynuować te działania i poszerzać formułę. Nie tylko wspominać, ale rozwijać jego idee w duchu nowoczesności. Włodzimierz wierzył w jedność człowieka i przyrody – nie widział między nimi konfliktu. I my też chcemy działać w tym duchu – chronić przyrodę i dziedzictwo kulturowe, łączyć ludzi wokół wspólnych wartości.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Anna Gordijewska
W hołdzie Włodzimierzowi Dzieduszyckiemu – jubileuszowa wystawa we Lwowie












