W trakcie spotkań w Użhorodzie z członkami Towarzystwa Kultury Polskiej Zakarpacia im. Gniewy Wołosiewicz poznaliśmy starszego człowieka o niezwykłym losie dla tego regionu Ukrainy. Jego rodzina pochodzi z Żytomierszczyzny, gdzie przed II wojną światową władze sowieckie dokonały masowych represji wobec miejscowych Polaków. Dołożył wielu starań, aby jego ojciec został rehabilitowany, a on sam został uznany za osobę represjonowaną.

Jego ojciec miał na imię Franc i był etnicznym Polakiem, a matka Antonina miała polskie korzenie. Posiadali pięć hektarów ziemi blisko Korostenia, dopóki nie zabrali jej do kołchozu. W 1935 roku, po likwidacji Marchlewszczyzny (Polskiego Rejonu Narodowego im. Juliana Marchlewskiego) wielodzietną polską rodzinę Lisów przymusowo przesiedlono do obwodu charkowskiego. To była wieś Głuszkowka, która latach 1932–1933 wymarła z głodu. Rok później tam, na nowym miejscu przyszedł na świat Wiktor, siódme dziecko w rodzinie.

Już z upływem czasu ze słów swoich sióstr Wiktor dowiedział się, że kiedy przyjechali do Głuszkowki, była ona całkowicie wyludniona. Ówczesne władze miejscowe zaproponowały ojcu wybrać dowolną chatę. Zobaczył piękny budynek, wszedł do wewnątrz, a tam pięć szkieletów ludzkich – dwoje dorosłych i troje dzieci. Wynieśli je z żoną na cmentarz i pochowali. Potem wymietli chatę, wprowadzili tam całą rodzinę i zamieszkali. A po dwóch latach, w 1937 po Franca Lisa przyjechało NKWD. Rzucili go do więzienia na Zimnej górze w Charkowie. Kiedy Antonina Lis po jakimś czasie odwiedziła tam męża, zobaczyła, że miał pobite palce, a stopy zmieniły kolor na niebieski. Stanął przed nią niepodobny do siebie. Powiedział: „Tosiu, więcej do mnie nie przychodź. Czuję, że mnie wkrótce nie będzie”. Ona jednak przyszła i choć paczuszkę od niej przyjęto, Franca już do niej nie zawołano.

Opowiadając z goryczą i smutkiem o swoim dzieciństwie, pan Wiktor powiedział, że rówieśnicy nazywali go „polskim szpiegiem” i że często go bili. Do dzisiaj pozostały mu ślady urazów na głowie oraz podszyta warga. Musiał żyć z piętnem dziecka „wroga narodu sowieckiego”. Jego siostry ukończyły cztery klasy, a potem je ze szkoły wystawiono. Starsza Marysia urodziła się w 1923 roku, Anna w 1926, Helena w 1930, Sabina w 1934. Był jeszcze brat Józef z 1928 roku.
Podczas II wojny światowej jednego dnia do chaty weszli żołnierze sowieccy. Zobaczywszy dziewczęta rzucili się na nie, by zgwałcić. Krzyki i wołania matki o pomóc usłyszał oficer, który wystrzelił w sufit i w ten sposób zapobiegł przemocy. Innym razem wieś została okupowana przez Niemców, którzy zaczęli zabierać świnie i kury.
– Weszli do naszego domu i do chlewu – wspomina. – Mieliśmy wtedy taką dobrą krowę. Dawała się doić tylko matce i siostrze. Niemcy już chcieli wyprowadzić krowę, gdy mama zaczęła przeklinać ich po polsku. Wszedł oficer niemiecki i ze zdziwieniem zapytał też po polsku: „Skąd pani w takiej głuchej wsi zna polski?” Możliwe, że był to jakiś Ślązak. Matka powiedziała mu o ojcu, że go zabrało NKWD. Gdy usłyszał to słowo, krzyknął na swoich żołnierzy, ażeby zostawili to podwórko. Więcej już nie przychodzili do naszej chaty, tylko żeby nam przynieść czekoladę.

Marysia, starsza siostra, poszła do wojska sowieckiego, służyła w piechocie. Otrzymała wiele orderów i medali i aż cztery listy dziękczynne od Stalina. Jej zdjęcie zostało umieszczone w książce wspomnień sowieckiego marszałka Wasilija Czujkowa. Zmarła w wieku 98 lat i do końca życia pilnowała te swoje relikwie jak źrenicę oka.
– Dziwny ten los – zastanawia się Wiktor Lis. – Przecież nasza rodzina była prześladowana przez ten reżim i tak dużo wycierpiała…
Po powrocie Marysi z frontu rodzinę Lisów już mniej zaczepiano. Mając dziewięć lat, Wiktor poszedł do pierwszej klasy. 13-letni Józef pracował w kołchozie furmanem. Ażeby nie umrzeć z głodu Antonina wszystko sprzedała, spakowała tobołki i razem z dziećmi wróciła do krewnych w obwodzie żytomierskim. Osiedlili się w chacie bratanka. Przez jakiś czas Wiktor znów poszedł do szkoły. Po odbyciu służby w wojsku pracował w Korosteniu w zakładach obróbki drewna. Bardzo pragnął zdobyć wykształcenie wyższe. W Kijowie wyuczył się na inżyniera, wrócił do Korostenia. Ukończył też w Moskwie Instytut Podwyższenia Kwalifikacji Specjalistów Gospodarki Narodowej. Został także specjalistą od patentów. Pracował na stanowisku inżyniera głównego we wspomnianych zakładach pracy w Korosteniu.

Miał 35 lat, kiedy w 1971 roku skierowano go na Zakarpacie. Został dyrektorem zakładów obróbki drewna. Założył tam rodzinę.
W ciągu kilkudziesięciu lat Wiktor Lis wysyłał listy do różnych sowieckich urzędów, a potem do ukraińskich, chcąc uzyskać informację, co stało się w jego ojcem. Przecież nigdy go nie widział, nawet żadnego zdjęcia nie pozostało. NKWD wszystko skonfiskowało. Zresztą jeszcze przed II wojną światową sowieci zmienili nazwisko jego ojca z Lis na Łys. Nasz współrozmówca według paszportu też jest Łys.
Dopiero w 1975 roku poznał prawdę o okolicznościach aresztu ojca i rozprawy. Pan Wiktor pokazuje nam i komentuje odpowiedzi na jego listy:

– Franc Łys, 1897 roku urodzenia, został aresztowany 17 września 1937 roku przez Kupiański oddział rejonowy UDB UNKWS w obwodzie charkowskim za systematyczne niezadowolenie z władzy radzieckiej, a także za to, że ma w Polsce brata-oficera i z nim koresponduje. Został oskarżony za prowadzenie agitacji antysowieckiej i kontrrewolucyjnej przeciwko przedstawicielom partii i władzy radzieckiej na wsi. Przypisano mu też członkowstwo w polskiej kontrrewolucyjnej organizacji „POW”, szpiegowskiej działalności na rzecz Polski. Według uchwały NKWS, generalnego komisarza i prokuratora ZSRS od 5 listopada 1937 roku Franca Łysa zasądzono do rozstrzelania. Wyrok wykonano 27 listopada 1937 roku. Patrzcie, tu nawet wskazano godzinę wykonania – 00.02. W akcie napisano: „Na podstawie rozkazu kierownika UNKWS w obwodzie charkowskim kapitana bezpieczeństwa tow. Rejchmana”. W dokumentach śledczy pisał: jego nie ma za co sądzić, lecz jest za co rozstrzelać.

Franc Łys został zrehabilitowany pośmiertnie. Dopiero w 1994 roku jego syn Wiktor otrzymał z urzędu rejestracji stanu cywilnego w Charkowie świadectwo o śmierci ojca, gdzie wymieniono: „rozstrzelanie”. W tym roku Wiktor Łys oraz siostry jego mamy otrzymali zaświadczenie, że ich zrehabilitowano. Niestety, trzeba było jeszcze nie raz udowodniać w różnych urzędach, kim oni są i co im się należy.

Po założeniu w Użhorodzie Towarzystwa Kultury Polskiej Zakarpacia im. Gniewy Wołosiewicz jednym z pierwszych jego członków został Wiktor Łys. „Jestem Polakiem, nazwisko Lis” – powiedział.
Konstanty Czawaga
Anna Stożko
