Historia piwa w Stanisławowie Jeden z firmowych gatunków piwa. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Historia piwa w Stanisławowie

Lato. Upał. Straszne pragnienie. Większość mężczyzn gasi go piwem. Dziś we Frankiwsku można znaleźć takie gatunki piwa, jak „Obołoń”, „Sławutycz”, „Czernihowskie”, „Lwowskie”, „Bałtyka”, „Karlsberg”, „Kozel” czy „Staropramen”. Ale jest to w całości produkcja zagranicznych browarów, a gdzie nasze, rodzime? Okazuje się, że historia stanisławowskiego piwa ma niejedną setkę lat. Odpowiedź na to pytanie przedstawię w poniższym artykule.

Na budynku browaru była data 1767. Fot. Igor Panczyszyn

Od Egiptu do Galicji

Piwo wyrabiane było jeszcze w starożytnym Egipcie. Wprawdzie nie warzono go, a raczej kwaszono, bo napój był produktem brodzenia pszenicy i wody. Współczesny miłośnik złotego napoju nawet by nie chciał skosztować egipskiego piwa – było ono mętne, ciepłe, miało niski procent alkoholu i przypominało zaczyn na bimber. Przy tym pito go przez słomkę, by do żołądka nie trafiały ziarna pszenicy i inne zanieczyszczenia, które pływały w napoju.

Piwo było również szalenie popularne w Mezopotamii, w Babilonie, gdzie nawet bogini patronowała piwowarom. Była to Ninkasi, i na jej cześć ułożono nawet hymn (śpiewano go gdzieś tak po piątym kuflu). Król babiloński Hurapi wydał specjalny edykt, zgodnie z którym zabraniano rozpuszczanie gotowego piwa wodą. Kara za to była dość oryginalną – przyłapanego na tym procederze piwowara topiono w kadzi z własnym produktem.

Nie odmawiali sobie piwa i wikingowie. Wierzyli święcie, że w pozagrobowej Walhalli mieszkają piękne dziewczyny i oczekują na zmarłych bohaterów. Przedstawiali je sobie jako dziewczyny z wielkimi piersiami i tak samo wielkimi kuflami piwa.

Starożytne piwa miały jedną poważną wadę – szybko się psuły. W średniowieczu Niemcy domyślili się dodawać do piwa chmiel. Wówczas było bardziej długotrwałe. Uważa się, że pierwszym, kto wpadł na ten pomysł, był król plemienia Germanów niejaki Gambrinus, który został patronem europejskich piwowarów. Od tego czasu główne komponenty piwa są niezmienne: chmiel, jęczmień i woda. Taki skład napoju zatwierdził bawarski książę Wilhelm w „Prawie o czystości piwa” w roku 1516.

W Galicji piwo znane jest od XIV w. i już w 1370 r. we Lwowie działało trzech piwowarów, a na początku następnego stulecia ich liczba dobiegła już 11. Lwowscy piwowarzy połączyli się w cech, na którego herbie przedstawiono dzban i dwa kielichy. W 1527 r. Lwów praktycznie spłonął całkowicie od pożaru, który wybuchł w piwowarni franciszkanów. Otóż, gdy Stanisławów słynie z pożaru marmoladowego, to Lwów może szczycić się piwnym.

Biznes rodu Sedelmajerów

W dziedzinie warzenia piwa Stanisławów nie pozostawał w tyle. W przywilejach Andrzeja Potockiego z 7 maja 1662 r. o nadaniu miastu prawa magdeburskiego są takie strofy: „…Na przedmieściu zezwalam budować browary, słodownie, winnice, folwarki, na każdy będą wydzielone tereny. Daję wolność na siejbę, ogrody, pola, wszelaki handel, szynki, warzenie piwa, cedzenie miodu, pędzenie gorzałki, sprzedaż jej i innych rzeczy… Tymże przywilejem zatwierdzam podatek – od warzenia piwa z miary – pięć złotych”.

Browary w naszym mieście były, ale nie było cechu piwowarów. Jest interesująca legenda, jak w dawnych czasach sprawdzano jakość piwa. Na drewnianą ławę wylewano wiadro napoju, a potem sadzano na niej radnego magistratu w skórzanych spodniach. Po pięciu minutach wstawał i jeżeli przylepił się do ławy lub z trzaskiem od niej się odrywał, to piwo uważano za dobre. Magistrat starał się walczyć z szachrowaniem piwa. O wiele prościej było dostać licencję na butelkowane piwo – bo trudniej było go rozpuszczać niż beczkowane.

W XVIII w. w mieście pojawił się browar z prawdziwego zdarzenia. Zbudowano go w 1767 r. i składał się z dwóch hal – słodowej i warzelni. W piwnicach warzelni napój dojrzewał – dobradzał się. Nie znamy imienia pierwszego jego właściciela, ale w XIX w. browar przejmuje niemiecka (lub żydowska) rodzina Sedelmajerów. Przedsiębiorcy właściciele obok otworzyli restaurację, w której można było od razu skosztować świeżego piwa. Z czasem ulicę, gdzie stały browar i restauracja, nazwano Sedelmajerowską. Znamy ją obecnie pod nazwą Nowgorodzka.

Należy zaznaczyć, że budynki browaru były najstarsze w dzisiejszej Ukrainie pośród analogicznych zakładów. Stanisławów wyprzedził Lwów. Chociaż oficjalnie datą założenia lwowskiego browaru jest rok 1715, to najstarsze budowle tego browaru, które doszły do naszych czasów, są z początków XIX w. Stanisławowski browar jest uznanym i jedynym zabytkiem architektury przemysłowej o znaczeniu narodowym z nr 1137. Wprawdzie to uznanie nie pomogło mu przetrwać.

Wspomniany browar nie był jedynym w mieście. M. Hrybowycz w swojej „Historii okręgowego Stanisławowa w Galicji” pisze, że w roku 1847 w mieście istniały jeszcze cztery browary. Kwarta (około 1 litra) piwa kosztowała wówczas 7 krajcarów. Pracownik najemny w browarze zarabiał dwie kwarty piwa dziennie.

Dane statystyczne mówią, że w 1853 r. w mieście 261 przedsiębiorców spłacało podatki za handel gorzałką i piwem (porównując: kawą handlowało jedynie pięciu przedsiębiorców).

Stopniowo najbardziej prężni producenci wypierali z rynku tych słabszych konkurentów. W 1886 roku w Stanisławowskim powiecie było jedynie dwa browary – Sedelmajera w samym mieście i drugi – w Pasiecznej (wówczas odrębnej miejscowości). Wspólnie produkowano 12 208 wiader piwa na rok i spłacano 22 283 zł 94 centy podatków.

Na początek XX w. stanisławowskie piwo znane było już w całej Galicji, a nawet konkurowało z produkcją lwowskich browarów.

We Frankiwsku produkowano piwo… „Donieckie”. Zdjęcie ze źródeł internetowych

Tradycje współczesnych piwowarów

Z przyjściem sowietów browar pracował nadal, wprawdzie zmieniły się napisy na etykietach. Ówcześni mieszkańcy miasta i okolic mieli możliwość kosztowania lokalnego piwa takich marek: „Huculskie”, „Huculskie Specjalne”, „Donieckie”, „Żygulowskie”, „Żygulowskie Specjalne”, „Lwowskie”, „Moskiewskie”, „Ryskie”, „Rosyjskie”, „Słowiańskie”, „Stanisławskie”, „Stołowe”, „Ukraińskie”, „Ukraińskie Jasne”, „Jęczmienny Kłos”.

Produkowano je w szklanych butelkach i lane. Cena wahała się od 22 do 35 kopiejek (bez ceny butelki). Butelka kosztowała 20 kop. Jak twierdzą smakosze piwa, jego jakość była „taka sobie”.

Browar restauracji „Bawaria”. Zdjęcie autora

W czasach niezależnej Ukrainy browar przemianowano na potoczną nazwę „Iwano-Frankiwski Browar” z głównym biurem przy ul. Nowgorodzkiej 49. Jednak nazwa nie uratowała browaru przed bankructwem. W 1997 r. podczas obchodów 230 rocznicy jego powstania browar zamknięto.

Przez kilka lat browar stał bezczynnie i szybko niszczał. Potem wykupiła go firma „Harazd Ukraina”, która zobowiązała się do odnowienia zabytku do 2009 r. Miały tam powstać kawiarnia, muzeum piwa, mały browar, który na oczach klientów warzyłby piwo „Stanisławskie”. Ale banalnie rozebrano stare budynki i postawiono tam nowoczesny fastfood.

Pomimo wszelkich usiłowań władz tradycje warzenia piwa w mieście nie umarły. Dziś mamy kilka firm komercyjnych, zajmujących się produkcją własnych chmielnych napojów. Na przykład: firmy „Jager-IF” przy ul. Halickiej, piwiarnia-pub „MIF” czy restauracja „Bawaria” przy miejskim jeziorze.

Tak warzy się piwo „NWN”. Zdjęcie autora

Ta ostania posiada własny mini-browar, gdzie warzy własne piwo „NWN”, o bawarskim składzie. W odróżnieniu od piwa butelkowego, produkcja frankiwskich piwowarów wyróżnia się świeżością, lekkością i ekskluzywnym smakiem. Termin jego spożycia, to jedynie 12 dni, co oznacza, że w napoju brak konserwantów, tak niebezpiecznych dla zdrowia. Piwo warzone według „Ustawy o czystości piwa” wraz z klasycznymi komponentami posiada specjalne piwne drożdże, przydające napojowi niezapomniany smak. Ceny również są przystępne.

Gdy będziecie Państwo kosztować prawdziwe frankiwskie piwo, proszę pamiętać, że tradycje jego warzenia sięgają XVII w.

PS

Na zakończenie legenda o tym, jak wynaleziono piwo. Pewien roztrzepany egipski wieśniak, który stale coś zapominał, zostawił na ulicy dzban z jęczmieniem i poszedł na pole. W tym czasie dzban zalała deszczówka, a potem przygrzało słoneczko. Gdy po pewnym czasie wieśniak przypomniał sobie o pozostawionym naczyniu, zauważył, że dzban pełen jest mętnego napoju o przyjemnym zapachu. Odważył się spróbować. Napój spodobał mu się. Od tej chwili regularnie zalewał w dzbanie jęczmień wodą i wystawiał na słońce. Gotowy napój uderzał do głowy. Potem nawet przestał pracować na polu, tylko produkował napój i pił go. Po jakimś czasie zmarł na marskość wątroby.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 6 (466), 28 marca – 14 kwietnia 2024

X