Lwów Herbertów. Część 1 Rafał Żebrowski, fot. Zofia Borzymińska

Lwów Herbertów. Część 1

Zakładanie gniazda w relacji niezbyt późnego wnuka

Po prawdzie nawet nie myślałem, że kiedyś tu stanę. Bywałem w tej okolicy nie raz, choćby, kiedy odwiedzałem Lwowską Galerię Obrazów, zacną skarbnicę polskiej sztuki. A jednak, jako lwowskie dziecko, które demony dziejów okradły z kołyski, a w przeciwnym razie bez wątpliwości byłby nią nadpełtwiański gród, zawsze miałem pokorę wobec przeszłości tego miasta. Może i wynikała ona z poczucia „dumy niepotrzebnej”, by będąc u siebie i zarazem potomkiem uchodźców nikogo o nic nie prosić, ale i nie być wypraszanym. Jeśli udawało się, wchodziłem na podwórka, gdzie mieszkali moi bliscy, a jeśli Bóg zesłał pociechę, to i na klatkę schodową. Jednak tylko raz, kiedy trudno było ludziom życzliwym odmówić, odważyłem się przejść próg mieszkania moich Dziadków, z czasów narodzin ich dzieci, a więc i mojej Mamy oraz jej brata, Poety. Było to bowiem wtargnięcie w przestrzeń mityczną, a to zawsze jest spojrzeniem w oblicze głębokiego wzruszenia, a więc i bezbronności wobec nieskończoności. Takim samym miejscem i to w podwójnym sensie była dla mnie czytelnia Ossolineum, w której przyszło mi snuć splątany wątek opowieści familijnej, czyli lwowskiej. Wiem, dziś ona się inaczej nazywa. Chłopcy i dziewczęta po polsku i ukraińsku recytowali w niej wiersze mego wuja, Zbigniewa Herberta, jakby na przypomnienie, że mi się to nie śni, ale też, iż – przynajmniej na razie – wszystko jest możliwe.

Podwórze z widokiem na mieszkanie Herbertów przy ul. Łyczakowskiej 55 (1 piętro), fot. Maria Basza / Nowy Kurier Galicyjski

Więc skoro zacząłem się z Wami dzielić intymnymi przeżyciami, co we mnie samym budzi głęboki niepokój, to pozwolę sobie na przyznanie się do grzechu głównego. Kiedy myślę „Lwów”, to pierwszym, by nie rzec fundamentalnym, obrazem, który mnie nawiedza, nie jest żaden z pejzaży miejskich, tak przecież malowniczego grodu. Jest nim ucho mojej Babci, a matki Zbigniewa Herberta. Wiem, już niejeden z Was sobie pomyślał: ot, wchodzi na ścieżki wyznaczone przez swego Wuja, jakby go nie było stać na własne; przecież to proste odniesienie do Różowego ucha, wiersza autora Pana Cogito i to na dodatek zawierającego wskazówkę, iż ten chwyt literacki może wyglądać na silenie się na oryginalność. Otóż jest wprost przeciwnie! To, co w przypadku mego krewniaka było igraszką intelektualną, acz niepozbawioną czułości, a publicznie dedykowaną żonie (też dość późnej), to dla mnie jest w pełni lirycznym wzruszeniem i wspomnieniem Babci Herbertowej, jednej z najcieplejszych osób, jakie dane było mi spotkać, a jeszcze na dodatek kochającej mnie z pełną wzajemnością. Poniekąd zostało to zaświadczone moją książką „Zbigniew Herbert: Kamień na którym mnie urodzono” oraz opublikowaną za sprawą mej Matki korespondencją familijną Herbertów.

Ten drobny mięsisty płatek u dołu muszli Jej ucha zawsze mnie niepokoił i wzruszał. Był taki smutny i zmęczony. Moja „Przenajświętsza Babcia”, bo także Ona nią była, musiała nosić takie ozdoby od dzieciństwa, toteż otwór, na którym wisiał kolczyk, byłby odbierany jako całkowicie naturalny, gdyby nie pewna jego nieforemność, wynikła ze stałego obciążania żywej tkanki, a mnie się zdawał niebezpieczną raną. Moja Babcia zawsze bardzo powściągliwie używała biżuterii. Najczęściej nosiła właśnie kolczyki, czasem wspierane dość krótkim sznurem drobnych perełek. Za moich czasów miała dwie pary kolczyków, te codzienne dwie małe perełki, jedna nad drugą, ściągnięte mocno w pasie złotym drucikiem. Ten drugi komplet był ważniejszy, albowiem graniasty szmaragdzik otaczał bodaj potrójny rząd okruszków diamentowych, ale wszystko to było wręcz filigranowe, wszakoż w istocie był to klejnot zaręczynowy moich Dziadków, a rodziców Poety…

…Historycy twierdzą, że kresem wieku XIX, a właściwie jego długiej wersji, był wybuch I wojny, zwanej przez współczesnych wydarzeniom „wielką” i to nie dlatego, że była jatką na skalę epoki przemysłowej, bo takie się zdarzały (już wojna secesyjna miała takie cechy, a wiele elementów instrumentarium całkiem nierycerskiego zabijania przećwiczono na Dalekim Wschodzie w czasie zmagań rosyjsko-japońskich). Jednak szok kulturowy niszczący cały świat XIX stulecia wiązał się z tym, co miało się zacząć od Sarajewa, czyli od początku bezwzględnej wojny nacji i symbolicznej zmiany mundurów – ptasich, korzystających z żywych kolorów, a więc i w jakimś sensie balowych kostiumów, na kolory ochronne, zapowiadające dobrze rzeczywistość żywiołu błotnego i pragnienie wtopienia się w matkę ziemię podczas artyleryjskiego ostrzału. Ale też człowiek, zwłaszcza w swych romantycznych porywach, tak łatwo nie kapituluje przed złem i brzydotą. Jestem o tym przekonany, choć współczesność zdaje się nam dostarczać zgoła przeciwne dowody i to rozliczne.

Jednak wówczas, kiedy się młodzi lwowianie i lwowianki, rozdzieleni podwórkiem, zaczęli obserwować, byli ludźmi dziewiętnastego stulecia i to głębokiego, czyli daleko bliżej im było do rzeczywistości romantyzmu niż współczesnej brutalizacji i braku intymności. Oczywiście nie było to skutkiem wyłącznie ich osobistej kultury, ale i nastroju chwili. Po długich przemyśleniach i próbie wczucia się w sytuację, doszedłem do wniosku, że musiało to być wiosną 1920 r. Wszystko wydawało się być w zasięgu ręki: powodzenie ojczyzny i to będącej matką wolności ludów ościennych (wyprawa kijowska weszła w fazę decydującą 25 kwietnia, a na południu dowodził generał Iwaszkiewicz tak zasłużony dla ostatecznego oswobodzenia Lwowa, a i z jego grobu pochodzi lwowska ziemia, pod którą śpi Zbigniew Herbert na warszawskich Powązkach); trwały pokój i nierozerwalność związku rodzinnego miasta z Rzeczpospolitą Odrodzoną itd., itp. Tak, więc na lwowskim podwórku trwał taniec uczuć więcej niż delikatnych, czyli taka figurowa choreografia towarzyska. Splatały się w niej gesty, słowa i znaki oraz ukradkowe, a czasem i wcale powłóczyste spojrzenia. Dziś z pewnością niewiele by one mówiły dwudziestopierwszowiecznym adonisom i ich bogdankom, ale w świecie moich Dziadków miały zupełnie inną wymowę. Notabene, Bolesław Herbert w tej dziedzinie wykazał się wyjątkową fantazją. Trzeba przy tym pamiętać, że Lwów, jeszcze nie tak dawno zamożne miasto, jedna ze stolic imperium Habsburskiego, teraz był mocno zbiedniały, zniszczony i brak w nim było żywności. Jak w tych warunkach i w niesprzyjającym czasie, mój Dziadunio wszedł w posiadanie dorodnego, rumianego jabłka, tego nie wiem, ale pomysł by wysłać z nim do dziewcząt jako posłańca lwowskiego ulicznika, był przedni i nieco literacki w swych charakterze.

Klatka schodowa w budynku przy ul. Łyczakowskiej 55, fot. Maria Basza / Nowy Kurier Galicyjski

Młode damy były zachwycone, ale i zakłopotane, bo któraż była adresatką i domniemanym obiektem uczuć. Miejscowy Hermes wrócił więc do wojaków z zapytaniem, na które odpowiedź miała rozwiać wszelkie wątpliwości. Jak widzą Państwo temperatura emocji rosła, a mój Dziadek i ojciec Poety zarazem, wcielał się w rolę Parysa, pod którego osąd oddały się niegdyś trzy boginie, i jak syn Priama decyzją swoją miał zdobyć najpiękniejszą kobietę. Wedle dzisiejszych kryteriów może i moja Babcia nie była skończoną pięknością, ale – o ile wspomnę – wszyscy panowie doceniali Jej urodę, mnie jako wnuka wprost zniewalającą. Szykując się do pisania książki obejrzałem setki Jej zdjęć i żadne nie oddawało istoty sprawy, bowiem nieczułe oko kamery dość słabo notuje to, co najważniejsze – przyrodzony danej niewieście wdzięk, a nim była Ona obdarzona przez rozrzutnego w danej chwili Stwórcę. Toteż na pytanie przyniesione przez nieletniego dziewosłęba Dziadunio mój miał jedną odpowiedź: „Dla Przetowłosej”, który to termin oznaczał jasną blond główkę. Zabawne, ja nie pamiętam mojej „przenajświętszej Babci”, innej niż srebrzysto siwej. Może ten wyjątkowy kolor Jej włosów wynikał z tego, iż czas posrebrzył niegdyś równie niebywałej barwy złote loki dwudziestoletniej wówczas Panienki.

A musiała ona być dumna z tego wyboru, bo wszystko potem potoczyło się raźno, choć oboje nie mieli właściwie nic. Przyszła pani Herbertowa pochodziła z wielodzietnej rodziny woźnego prezydialnego CK Namiestnictwa we Lwowie. Józef Kaniak, dziadek Poety, a mój Pradziad po kądzieli, był rosłym i pewnym siebie mężczyzną, ojcem dziesięciorga dzieci. Zamieszkiwał z całą familią w oficynie wspomnianego urzędu. W rodzinie krążyły opowieści, że jego wybranka Caroline Lenius wychodząc zań popełniła mezalians. Do jakiegoś stopnia była to prawda, ale znacznie mniej romantyczna niżby się mogło wydawać. Niewiele da się powiedzieć o jego pochodzeniu, ale – o ile mi wiadomo – wychował się w którymś z zakładów dobroczynnych, a z wykształcenia i zamiłowania był ogrodnikiem. O jego życiu zadecydowała jednak znakomita prezencja, wedle ówczesnych – rzecz jasna – standardów. Liczne córki jeszcze długo po jego śmierci szeptały z niejaką zgrozą, że zbyt podobał się kobietom, a wiele – poza spłodzeniem licznego potomstwa – wskazuje też na jego wielki temperament i fantazję. Żona pochodziła spod Gródka Jagiellońskiego z rodziny osadników-rolników, przybyłych jeszcze za cesarza Józefa II z Nadrenii. Była pierwszą w rodzinie, a może i w całej wsi, która zdecydowała się poślubić Polaka. Był to więc mezalians, ale bez tytułów arystokratycznych w tle. Niemniej, wszystkie dzieci z tej familii otrzymały godziwe wykształcenie, a pierworodny syn poszedł w profesory Akademii Medycznej już we Wrocławiu, na razie kontentując się przewagami sportowymi, a potem i asystenturą miejscowego uniwersytetu. Urodzona w 1900 r. Maria była jedną ze starszych sióstr Kaniakówien, a z racji wspomnianego temperamentu i nieskrępowanej wyobraźni została odkomenderowana do opieki nad młodszym rodzeństwem. Matka bowiem była słaba i jak nie chora, to w połogu, więc jej funkcje w domu niczym role były rozpisane pomiędzy te bardziej podrośnięte dziewczęta. Być może ze względu na ową praktykę wysłano ją do seminarium nauczycielskiego. Ukończyła je chwalebnie, ale pierwszą pracę dostała w podlwowskiej wsi o czysto ukraińskim charakterze, stając się z miejsca przedmiotem zapałów tamtejszej męskiej młodzieży. Toteż rychło została ewakuowana do domu rodzicielskiego…

Jako się rzekło, Bolesław i Maria od tamtego Parysowego wyroku mieli się ku sobie. Po pewnym okresie potajemnych spotkań nastąpiła katastrofa. Podczas spaceru, trzymając się za ręce i wychodząc z jakiejś bramy natknęli się na ojca młodej damy. Ona szybko przedstawiła swego przyjaciela, ale Józef Kaniak przybrał postać gradowej chmury, z której, co gorsza, padł grom w postaci wypowiedzianych z naciskiem słów: „Od takich prezentacji jest dom, a nie ulica!”. Tylko tyle i aż tyle. Młodzi puścili swe dłonie, a płonąca żywym ogniem na obliczu bogdanka potulnie podreptała za swym rodzicielem. Dla Bolesława Herberta zaczął się okres prawdziwej męki. Jego ukochana była skompromitowana w oczach rodziny, a on nie mógł niczego przedsięwziąć. Z bliskich przy sobie miał tylko Matkę, ową Herbertowską „Marię z Bałabanów”. To raczej on powinien się nią zajmować, a już rola swatki wydawała się dla niej niezbyt odpowiednia. Dwukrotnie ją zostawiał pod Boską opieką, kiedy wyruszał do Krakowa do Legionów w 1914 r., a potem 1 XI 1918 r., by przekradać się do swoich w czas obrony Lwowa. Mieszkali we dwoje w małym mieszkanku w samym centrum przy placu Smolki, z widokiem na pomnik wybitnego kreatora galicyjskiej polityki liberalnej. Drugi z braci Herbertów mieszkał wówczas w odległym Poznaniu. Ale jakże tu konfrontować to kruche Matczysko z tym potężnym ojcem wybranki – tym bardziej, że pierwsze i jak dotąd jedyne spotkanie nie było nazbyt obiecujące.

Jednak dość rychło mama, „Maria z Bałabanów Maria Doświadczona” – jak Ją określił żegnając się z tym światem wnuk-Poeta, spostrzegła, że coś dręczy Jej ukochanego Bolka. Skoro zaś dowiedziała się o wszystkim, nie było żadnej możliwości, by Jej wyperswadować podjęcie „misji dyplomatycznej”. Mimo wszelkich wątpliwości była do tego bodaj najodpowiedniejszą osobą. O ile mi wiadomo, po wysłuchaniu pełnej relacji przejęła się równie mocno sytuacją syna, co i jego bogdanki. Była niewiastą dziewiętnastego stulecia i zapewne jej poglądy na obyczaje towarzyskie niedalekie od żywionych przez Józefa Kaniaka, ale tym bardziej współczuła dziewczynie. Równocześnie widok drobnej, starszej już wdowy, która z pełnym zaangażowaniem przemawiała za młodymi, musiał zmiękczyć serce Ojca, któremu być może i żona przypomniała w międzyczasie, iż sam wstąpił na ślubny kobierzec wbrew woli swych przyszłych teściów. Bądź, co bądź, choć na ślubie pokazał się jeden z Leniusów, brat panny młodej, to potem jej rodzina nie utrzymywała kontaktów z Kaniakami. Właściwie stosunki nawiązano dopiero w czasie okupacji rosyjskiej Lwowa, kiedy ojciec rodziny został ewakuowany z CK Namiestnictwem, ale musiał na miejscu pozostawić liczną rodzinę. Wówczas to pojawił się ojciec Cristine de domo Lenius, pewnie wiedziony litością, bo w mieście panował niedostatek. Zastawszy dom córki zadbanym, swe wnuki dobrze wychowanymi i się kształcącymi, przekonał się do życiowych decyzji córki, które tak potępiał. Te kontakty nie były zbyt długie, bowiem Leniusowie wyemigrowali rychło do Kanady, ale pomogły przetrwać familii mej Babci aż do powrotu jej ojca.

Wreszcie i uczucie łączące młodych nie było do wzgardzenia. Józef Kaniak był człowiekiem bynajmniej nie najwęższych horyzontów. To po nim i w skutek jego ogrodniczej pasji matka Poety odziedziczyła powiedzenie: „Kwiat nie zawoła, kwiat nie poprosi”. Kilkanaście lat później pochylając się nad kołyską najmłodszego wnuka wygłosił równie sentencjonalnie: „Czas robić miejsce młodym”, co niestety okazało się prorocze, bo kilka miesięcy potem przeniósł się do lepszej rzeczywistości. Poza tym były i względy praktyczne. Pan Bóg pobłogosławił go licznym potomstwem, ale głównie żeńskim. Posiadanie licznych córek na wydaniu było sporym kłopotem dla ówczesnych ojców. Co prawda potencjalny zięć nie posiadał żadnego majątku, ale też nie oczekiwał posagu. Miał 28 lat, i już był doktorem praw od 1918 r., co przy wszystkich zawirowaniach wojennych robiło pewne wrażenie. Umówiono się więc, że młodzi się pobiorą, kiedy Bolesław Herbert opuści szeregi Wojska Polskiego.

Wszakoż kandydat na męża stanął znów przed nie lada dylematem, bowiem jeśli miał się zaręczyć z Marią Kaniakówną, to powinien jej wręczyć odpowiedni podarunek. Tylko skąd miał na to wziąć pieniądze. Jakoś utrzymywał siebie i matkę, ale teraz kontentował się żołdem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, który dla mających rangę porucznika starczał głównie na papierosy, których mój Dziadunio był prawdziwym smakoszem, więc nigdy nie palił byle czego. I tu znów wybawcą okazała się moja prababcia (babcia Poety), która wręczyła synowi swoje kolczyki, właściwie jedyny pamiątkowy klejnot z początków swego małżeństwa, a wspominany na początku tej opowieści. Trudno się dziwić, że jej synowa tak bardzo była do nich przywiązana, a po śmierci męża (zmarł w 1963 r., więc przez 17 lat była wdową) właściwie się z nimi nie rozstawała. Gest ów nie był tylko znakiem matczynego oddania, ale też głębokiej sympatii dla przyszłej synowej. Obie panie bowiem – wbrew wszelkim stereotypom w tej materii rozpowszechnionym – bardzo się kochały i były sobie bliskie. Dla Marii z Bałabanów pojawiająca się w jej życiu Maria z Kaniaków była kimś w rodzaju wyczekiwanej córki, której niedane jej było mieć, bo powiła czterech chłopców (dwóch pierwszych zmarło we wczesnym dzieciństwie na dyfteryt). Natomiast synowa miała wreszcie „dla siebie” czułą rodzicielkę, w zastępstwie własnej mamy, która ciągle była nie w pełni sił. Kiedy więc wiele lat później w wierszu Siostra Herbert umieści frazę: „było to tak proste jak zamienienie miejsca przy stole/gdy rodzice wyszli i babka pozwalała na wszystko”, nie było w niej ani okruszyny przesady. Uświadamiam sobie nawet w tej chwili, że moja Babcia, jako młoda mężatka nie umiała gotować, bo do tej pory zajmowała się młodszym rodzeństwem. Wiem też, że Jej teściowa wykazywała się w tej dziedzinie sporą eksperiencją, ale w tradycji rodzinnej nie ma śladu po napomnieniach i szkoleniu świeżo upieczonej pani domu. Dziadek to musiał inaczej rozwiązać, co uczynił z wrodzonym sobie taktem i talentem. Jednak w znalezieniu tak szczęśliwego modus vivendi nie lekceważyłbym udziału „Marii Doświadczonej”, właśnie „Doświadczonej” oraz ciepłej i życzliwej.

Niestety nie wiem dokładnie, kiedy nastąpiły zaręczyny Bolesława Herberta i Marii Kaniakówny. Jednak jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by nastąpiło to wcześniej niż jesienią 1920 r. Historia ich poznania się, wyżej przeze mnie opisywana, ma w sobie pewną lekkość, pomimo silnych emocji jej głównych bohaterów. A przecież jeszcze latem 1920 r. na Lwów ciągnęła bolszewicka nawała, w postaci „sławnej” armii konnej Budionnego. Lepiej zresztą byłoby powiedzieć „osławionej” Konarmii, której głównymi tytułami do wątpliwej chwały stały się zbrodnie, mordy i wszelkiego rodzaju przejawy barbarzyństwa. Jej „wódz” przed wyruszeniem obiecywał swym podwładnym łupy i kobiety. Oni już widzieli wieże miasta – swej głównej zdobyczy, co zdawało się zapowiadać zrealizowanie ich najdzikszych fantazji. Jeszcze 17 sierpnia 1920 r. samodzielny oddział wydzielony Romana Abrahama, syna profesora lwowskiego, dowodzony podówczas przez kpt. Bolesława Zajączkowskiego, 33 kilometry od grodu nad Pełtwią stoczył bitwę pod Zadwórzem. Śmierć ponieśli właściwie wszyscy obrońcy Lwowa, w liczbie ok. 330. Ten epizod wojny polsko-bolszewickiej zwany jest słusznie polskimi Termopilami. Z tym, że Spartiaci pod wodzą Leonidasa nie zdecydowali o losach wojny, a nawet nie obronili Aten przed ich spaleniem przez barbarzyńców. Natomiast te kilka godzin, które budionowcy strawili na wybiciu i wymordowaniu chłopców pod Zadwórzem sprawiły, że Konarmia nie zrujnowała nadpełtwiańskiego grodu i spóźniła się z interwencją w bitwie warszawskiej, na której wyniku pewnie by zaważyła. Był to złowrogi cień nad lwowskim losem Herbertów. W Lekcji łaciny, a więc wspominając swe gimnazjalne czasy, o przyjściu bolszewików Herbert napisze nie inaczej tylko: „Pracowaliśmy w pocie czoła. Zbliżała się pora owocobrania: w następnym roku mieliśmy przejść do poezji Katulusa i Horacego. Ale wtedy wkroczyli barbarzyńcy”.

Na razie wszakoż zapanował kruchy, ale jednak pokój. W dniu 5.VII.1921 r., czyli niemal dokładnie 32 i pół roku po swych rodzicach, Bolesław Herbert poprowadził do ołtarza Marię z Kaniaków. Nie wiem, czy od razu przystąpił do poszukiwania nowego mieszkania, bo jak wspominałem dwupokojowy lokum przy pl. Smolki miało swe duże plusy. Może więc trochę czasu kontentowano się starą siedzibą, ale z całą pewnością musiano ją uznać za zbyt ciasną w chwili, kiedy stało się jasne, że na świat przyjdzie pierwsze dziecko. Jeszcze przed jego narodzinami Bolesław Herbert z obu Mariami przeniósł się na ul. Łyczakowską 55, tuż za miejscem, gdzie ów owiany lwowską legendą trakt rozszerza się przed kościołem św. Antoniego łącząc się z niewielkim, lokalnym targiem (bazarkiem). Moja matka Halina Jadwiga przyszła więc na świat już jako obywatelka Łyczakowa, a stało się to 17.III.1923 roku. Kilkanaście miesięcy później, 29.X.1924 r., urodził się przyszły poeta, Zbigniew. Daty dzienne mają tu swe znaczenie, bowiem w tej rodzinie obchodzi się zarówno imieniny, jak i urodziny. Opiera się to na realistycznym założeniu, że życie bywa trudne, więc sensownie jest sobie je uprzyjemnić podwójnymi obchodami uroczystości ku czci każdego członka familii. Jednak wiedziony przyrodzoną pragmatycznością mój Dziadek jedno z nich postanowił połączyć, bowiem Halinka i Zbyszek, zwany Beniem, celebrowali je razem, albowiem w urodziny siostry przypadały imieniny brata.

To oczywiście anegdotyczny szczegół, niemniej na ul. Łyczakowskiej i na granicy pomiędzy jej górną a dolną częścią (w XIX w. były to dwie wyodrębnione na planach miasta drogi) na początku lat 20. uwite zostało nowe gniazdo rodzinne; pełnoprawne, bo zagościły w nim pisklęta.

Rafał Żebrowski był jednym z krewnych Zbigniewa Herberta – synem jego siostry Haliny Herbert-Żebrowskiej. Dziękujemy Szanownemu Autorowi – Panu Rafałowi Żebrowskiemu za przesłanie do redakcji „Nowego Kuriera Galicyjskiego” wspomnień o rodzinie Herbertów oraz za pozwolenie wydrukowania fragmentów tekstu na łamach naszej gazety.

Tekst ukazał się w nr 1 (461), 17 – 30 stycznia 2025

X