Niewątpliwie Komisja ds. wpływów rosyjskich i białoruskich budzi rozliczne kontrowersje, przede wszystkim za sprawą polityków poddających w wątpliwość a to sens jej działania, a to kompetencje. Jeszcze gorsze opinie na ten temat można znaleźć w Internecie, co w zasadzie nie powinno dziwić. Gdy 10 stycznia opublikowano raport zespołu do spraw dezinformacji, będącego częścią rzeczonej komisji, znalazła się w nim m.in. lista portali internetowych szerzących prorosyjską narrację i fałszujących rzeczywistość. Czy w tej sytuacji użytkownicy sieci mogli pozostać obojętni? Ci działający bezpośrednio na zlecenie Moskwy z pewnością nie. Tak zwani „pożyteczni idioci” aktywowali się w ślad za nimi. Pojawiły się liczne komentarze, w których pisano wprost, że należy obwiniać nie te wskazane media, a uważane za „sprzyjające” obecnej władzy, wyśmiewano prace członków komisji, zarzucano im stronniczość. Nie przedstawiano żadnych dowodów, ale też użytkownicy Internetu coraz rzadziej ich szukają i potrzebują. Wystarczy, że ktoś zaserwuje im przekaz zgodny z oczekiwaniami – to już dostateczne potwierdzenie słuszności przekonań.
Nikt też nie sprawdza profili, z których płyną szkalujące niewygodnych ludzi słowa. Brak zdjęcia profilowego, albo fotografia ściągnięta z sieci, kilku obserwujących lub znajomych? Komu by to mogło przeszkadzać? Ważna jest ilość i zjadliwość wpisów i tutaj dość spojrzeć na komentarze pod wpisami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy Jerzego Owsiaka. Zarzuty o defraudację pieniędzy, które są niezmiennie odpierane i które nie stały się od ponad trzech dekad powodem do postawienia Fundacji w stan oskarżenia, pojawiają się jak grzyby po deszczu, w większość preparowane przez fejkowe konta. Coraz częstsze są też wezwania, by zabić Jerzego Owsiaka. Ktoś powie, że to na pewno piszą Polacy, przecież Rosjanom nie chciałoby się w coś takiego bawić i o to właśnie chodzi – byśmy uwierzyli, że agentura zajmuje się tylko wielkimi sprawami i politykami ze szczytów władzy, a cała reszta wirtualnego świata jest niezagrożona. Że wszechobecna nienawiść, obelgi, insynuacje są działaniem „oświeconych” i „wiedzących lepiej”, którym nie jest potrzebna inspiracja z zewnątrz.
Przywykliśmy do tego rodzaju zachowań, a jak wynika ze wspomnianego raportu, w minionych latach „Władze państwowe posiadały informacje dotyczące osób i instytucji szerzących prorosyjską i białoruską dezinformację. Na tej podstawie niezwykle rzadko podejmowano jednak działania, a zaniechania były szkodliwe”. W 2016 r. nie utworzono Departamentu Bezpieczeństwa Cybernetycznego w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a powstały trzy lata później Referat ds. Komunikacji Strategicznej w MSZ tworzyło zaledwie trzech pracowników.
Zawinił brak świadomości potrzeby pewnych działań i struktur, czy może było to umyślne zaniechanie? Być może z czasem uzyskamy odpowiedź na te pytania, którą z pewnością podważą i obśmieją mniej i bardziej fikcyjni internauci, co bez wątpienia będzie efektem działań wrogów państwa polskiego, a przynajmniej ukłonem w ich stronę.
Jak podają autorzy raportu, kosztem dwóch do czterech miliardów dolarów rocznie, Rosja prowadzi „wojnę kognitywną”, będącą „oficjalnie uznanym elementem prowadzenia działań wojennych”. W przypadku Polski nakłady te pożytkowane są m.in. na dezawuowanie UE i NATO, potęgowanie niechęci wobec grup mniejszościowych, w tym migrantów, uchodźców wojennych oraz na pogłębianie polaryzacji społeczeństwa. To wystarcza, by siać chaos, zmieniać rządy, wprowadzać ustawy podważające zasady demokracji, sprawić, że dyskusja o „polexicie” przestaje dziwić. Nie ma mowy o chwaleniu Rosji, choć zdarzało się, że polscy celebryci czy prawnicy zachwycili się Białorusią, o czym informowali w socialmediach. Ale jeśli tym samym wywołali śmiech lub nikt im nie uwierzył, to nie znaczy, że Polacy nie zaczynają coraz częściej wspominać, że Ukraina skazana jest na porażkę w wojnie z Rosją, zatem należy przestać ją wspierać.
Z polskiej perspektywy argumentem za zmianą polityki wobec Kijowa ma być też powracająca od lat sprawa zbrodni dokonanych na Wołyniu podczas II wojny światowej. Zdążyliśmy już zapomnieć o transformacjach stron i profili antyszczepionkowych, negujących pandemię COVID czy zmiany klimatyczne w „patriotyczne”, „kresowe”, „wołyńskie” i odwrotnie. Podżegano na nich do nienawiści, ale na szczęście wciąż jest wiele osób, którym leżą na sercu rozsądne i efektywne działania wobec Ukrainy, zmierzające w dłuższej perspektywie do wprowadzenia sąsiedniego kraju do UE i NATO. Pamiętając i o celu, i o ofiarach Wołynia, rozmowy na temat ekshumacji i upamiętnień prowadzono w cieniu wojny, z dala od mediów, bo trudne tematy nie lubią rozgłosu i lepiej jest informować o efektach, niż próbach porozumienia. Wszystko mogło zmierzać ku dobremu, gdy nagle przyszły kandydat na prezydenta RP Karol Nawrocki oznajmił, że państwo, które nie może odpowiedzieć za swoje zbrodnie, nie może być częścią sojuszy takich jak UE i NATO. W jego ocenie są to „ważne dla Polaków kwestie cywilizacyjne”, a ze swoich słów nie musi tłumaczyć się Kremlowi, Kijowowi czy Brukseli, gdyż „interesuje go tylko własny kraj”.
Oczywiście można przyjąć, że ktoś, kto nie jest politykiem, nie ma też odpowiedniego wyczucia w tak newralgicznych kwestiach i dlatego wygłasza poglądy, które cieszą Rosjan. Można przyjąć wyjaśnienie, że sprzeciw wobec obecności Ukrainy w międzynarodowych strukturach i antyrosyjskość nie wykluczają się. Można skupić się na tym, że Nawrocki jest, jak sam mówi, „osobą prześladowaną przez Władimira Putina i Federację”, więc siłą rzeczy nie może grać do rosyjskiej bramki. Ale nie sposób nie zauważyć, że niezależnie od jego wyjaśnień i intencji, Kreml wykorzystał i będzie wykorzystywać takie deklaracje, obracając je na swoją korzyść i za ich sprawą budując coraz szerszą grupę osób niechętnych wspieraniu Ukraińców. Czemu i komu więc one służą?
Za relacje dwustronne między Polską i Ukrainą odpowiada w tej chwili rząd, nie opozycja, która uznała, że ukraiński MSZ oceniając wypowiedzi Nawrockiego jako „tendencyjne i manipulacyjne” ingeruje w polskie wybory. Mimo to nie sposób nie zauważyć, że takie słowa nie będą budowały dobrej atmosfery, gdyż trzeba mieć na uwadze, że dzisiejsza opozycja może stać się w przyszłości grupą rządzącą. Jeśli jej narracja nie ulegnie zmianie, a w fotelu prezydenta zasiądzie człowiek skupiony na polityce historycznej, a nie rozsądnej polityce międzynarodowej, Polska może szybko stanąć w jednym szeregu z krajami takimi, jak Słowacja czy Węgry. Czy jej obywatele zdecydują się wtedy, tak jak dziś Słowacy, wyjść na ulice i protestować przeciw rządzącym?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale z pewnością wciąż w wewnętrznych rozgrywkach ogromne emocje budzą wydarzenia z trudnej przeszłości, na których łatwo jest grać. Nie jest też niczym trudnym dodanie do zadawnionych powodów do nienawiści oskarżeń o to, że potomkowie niegdysiejszych zbrodniarzy dziś rujnują nasz kraj, eksploatują go gospodarczo, oszukują nas i atakują, a za chwilę wciągną do wojny. W ten prosty sposób w miejsce sojuszników pojawią się wrogowie, przy aprobacie, wręcz aplauzie społeczeństwa.
Im więcej takich przekazów będzie pojawiało się w Internecie, im częściej media będą mówić o przestępstwach i wykroczeniach, jakich dopuszczają się w Polsce Ukraińcy, o słabości ukraińskich władz, niechęci do Zełenskiego, niekompetencji wojskowych, tym łatwiej będzie Polakom postawić na ludzi, którzy utwierdzą ich w przekonaniu, że wszelkie zło płynie znad Dniepru, nie z Moskwy.
Putin robi wszystko, by pokazać światu, że Ukraina nie jest pełnoprawnym partnerem do rozmów, podważa jej państwowość, niezależność, legalność władzy. Orędownikiem tych tez stanie się zapewne Donald Trump, głodny sukcesów za wszelką cenę, przyszły prezydent USA, który będzie chciał udowodnić, że to on zakończył wojnę. Jest wielce prawdopodobnym, że jeśli Putin mu na to pozwoli, rola Kijowa w negocjacjach będzie marginalna, a oczy wszystkich zwrócone będą na dwóch przywódców, pod adresem których posypią się pochwały i co najwyżej oskarżenia o nową Jałtę. Problem w tym, że równocześnie może się stać ona nowym Monachium, a to, co zostanie nazwane „końcem wojny”, będzie preludium do kolejnego konfliktu zbrojnego.
Czy jego celem mogłaby się wówczas stać Polska? Tak naprawdę zależeć to będzie od argumentacji, jaką przyjmie Kreml.
Z początkiem grudnia 2024 r. w Inowrocławiu, w jednej ze szkół średnich, doszło do skandalicznej sytuacji, gdy uczniowie, podczas spotkania wigilijnego, wykonywali nazistowskie gesty i raczyli się ciasteczkami w formie swastyki, co zostało uwiecznione na nagraniach. To wydarzenie nie uszło uwadze Rosjan, którzy opisując je dodali od razu, że co prawda w Polsce propagowanie nazizmu zagrożone jest karą do trzech lat więzienia, ale jednocześnie dyrektor IPN, kandydat na prezydenta Karol Nawrocki, został oskarżony o powiązania z organizacjami prohitlerowskimi. Gdyby wygrał wybory prezydenckie Putin może oświadczyć, że ma u swoich granic kolejny faszystowski kraj z równie faszystowskim przywódcą, przed którym trzeba ochronić Rosjan, a i dobrodusznych Polaków.
Brzmi niewiarygodnie? W faszyzm w Ukrainie też nikt rozsądny nie wierzy, a wojna trwa nadal i na wszelki wypadek Ławrow już porównuje Banderę do Hitlera.
**
10 stycznia nie tylko opublikowano wspomniany już raport, ale też premier Donald Tusk poinformował, że powzięto decyzję o pierwszych ekshumacjach polskich ofiar UPA, dziękując przy tym ministrom kultury z obu państw za dobrą współpracę.
Andrij Nadżos, wiceminister kultury Ukrainy ds. integracji europejskiej, oświadczył, że Ukraina i Polska wymieniły między sobą listy miejsc poszukiwań szczątków wzajemnych konfliktów historycznych. Wydano także zgodę na prace w miejscu, gdzie w 2023 r. odkryte zostały polskie pochówki, nie ujawniając jego lokalizacji.
Nawet, jeśli w pierwszej chwili wiadomość ta zmartwiła Moskwę, to z pewnością uspokoiły ją reakcje niektórych osób po polskiej stronie przypominających, że podobnych przełomów w dwustronnych relacjach „było już wiele”, sugerujących, że za deklaracjami nic nie pójdzie i insynuujących złą wolę Ukraińców. Droga do wzajemnej niechęci jest wciąż otwarta, a Moskwa skwapliwie ją poszerza, w czym nikt jej skutecznie nie przeszkadza.
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 1 (461), 17 – 30 stycznia 2025
