Aby trafić na Listę światowego dziedzictwa UNESCO zabytki, zespoły budowli czy miejsca zabytkowe muszą cechować się wyjątkową wartością uniwersalną w oparciu o co najmniej jedno spośród pięciu kryteriów. Powinny „stanowić wybitne dzieło twórczego geniuszu człowieka” albo „ukazywać znaczącą wymianę wartości zachodzącą w danym okresie czasu lub na danym obszarze kulturowym świata w dziedzinie rozwoju architektury lub techniki, sztuk monumentalnych, urbanistyki lub projektowania krajobrazu”. Mogą „nieść unikalne lub co najmniej wyjątkowe świadectwo tradycji kulturowej lub cywilizacji wciąż żywej bądź już nieistniejącej”, albo „być wybitnym przykładem typu budowli, zespołu architektonicznego, zespołu obiektów techniki lub krajobrazu, który ilustruje znaczący etap, lub etapy, w historii ludzkości”. Może to być również „wybitny przykład tradycyjnego osadnictwa, tradycyjnego sposobu użytkowania lądu lub morza, reprezentatywnego dla danej kultury lub obrazujący interakcję człowieka ze środowiskiem”. Kryterium uzupełniającym jest „powiązanie w sposób bezpośredni lub materialny z wydarzeniami lub żywymi tradycjami, ideami, wierzeniami, dziełami artystycznymi lub literackimi o wyjątkowym uniwersalnym znaczeniu”.
Każde z tych dóbr musi też cechować „autentyczność i integralność”. W wyjątkowych przypadkach na Listę może zostać wpisana „rekonstrukcja, jeśli została dokonana na podstawie pełnej, szczegółowej dokumentacji oryginału i nie miała charakteru koniunkturalnego”. Mogą na nią trafić miasta, w tym XX-wieczne i miasta umarłe, jest tam miejsce dla krajobrazów kulturowych, stanowiących „dzieło natury i człowieka”. Art. 2 Konwencji w sprawie ochrony światowego dziedzictwa kulturalnego i naturalnego dopuszcza też wpisanie do tego katalogu dóbr przyrodniczych, dla których, podobnie jak dzieł ludzkich rąk, musi być sporządzony plan zarządzania i koncepcja ochrony, w tym „dokładne określenie mechanizmów zapewniających należytą opiekę nad zabytkiem”.
Do dziś na rzeczonej Liście znalazło się 112 obiektów w Afryce Subsaharyjskiej, 97 w krajach arabskich, 307 w Azji i Oceanii, 583 w Europie i Ameryce Północnej oraz 154 w Ameryce Południowej i na Karaibach.
W samej tylko Ukrainie na Listę UNESCO trafiły kijowskie Sobór Mądrości Bożej i Ławra Peczerska, zespół staromiejski Lwowa i historyczne centrum Odessy. Wpisano na nią rezydencję metropolitów bukowińskich i dalmackich w Czerniowcach oraz Chersonez Taurydzki. Są na niej też obiekty transgraniczne, częściowo leżące na ziemi ukraińskiej: południk Struve’go, drewniane cerkwie w polskim i ukraińskim regionie Karpat oraz pradawne i pierwotne lasy bukowe w Karpatach.
Ale istnieje też inny rejestr, na którym obecność nie jest powodem do dumy, a niepokoju – jest to Lista światowego dziedzictwa w zagrożeniu. Tam wpisywane są te obiekty, którym zdaniem UNESCO grozi „poważne i szczególne niebezpieczeństwo”. Może być ono spowodowane zmianami klimatu, kataklizmami, ale częściej degradacyjną działalnością człowieka i konfliktami zbrojnymi. Aż sześć z nich znajduje się w Syrii, w tym Aleppo, starożytne ruiny Palmiry, czy Damaszek, który jest najstarszym nieprzerwanie zamieszkanym miastem na świecie, a jego historia sięga 5 tys. lat p.n.e. Nie ma też pewności, czy ocaleją dla potomnych Stare Miasto w Jerozolimie czy Betlejem. Co ważne, Komitet Światowego Dziedzictwa może takim miejscom przyznać natychmiastową pomoc z Funduszu Światowego Dziedzictwa, a międzynarodowa społeczność podjąć działania mające pomóc powstrzymać zagrożenie.
Jest to oczywiście wariant optymistyczny i zdarza się, niestety, że niektóre miejsca zostają wykreślone z Listy światowego dziedzictwa, jak Park Narodowy Komoe na Wybrzeżu Kości Słoniowej, niszczony przez kłusowników, czy Liverpool, w którym rozbudowa pozbawiła miasto unikatowego charakteru. W Polsce niepewny stał się status Krzemionek Opatowskich, gdy podjęto decyzję o otwarciu w ich sąsiedztwie kopalni piasku.
Niewiele też trzeba, by bezcenne stanowisko archeologiczne, liczący wiele tysięcy lat zabytek czy zachwycający pięknem krajobraz zniknęły nie tylko z katalogu UNESCO, ale i z powierzchni ziemi. W 2001 roku talibowie wysadzili w powietrze liczące sobie półtora tysiąca lat posągi Buddy w Bamianie. Ich istnienie zostało uznane przez fundamentalistów muzułmańskich za niezgodne z zasadami islamu i to wystarczyło, by je unicestwić. Na nic zdały się prośby opinii międzynarodowej, propozycje wykupienia. Dzieła sztuki, będące własnością całego świata, przegrały z ideologią. W 2015 roku z podobnych powodów Państwo Islamskie obróciło w gruzy Świątynię Baalshamina z II w. p.n.e. Z kolei 18 marca bieżącego roku zabytkowy włoski kościół Cattolica di Stilo z IX wieku został pokonany przez naturę i zrujnowany w wyniku osunięcia się ziemi.
Dzięki działaniom organizacji World Monuments Fund co dwa lata możemy zapoznać się z wykazem 25 zagrożonych miejsc światowego dziedzictwa. W ubiegłym roku znalazło się w nim miejsce dla Domu Nauczyciela w Kijowie, który już został objęty opieką. W październiku 2022 roku podczas rosyjskiego ostrzału została zniszczona ponad stuletnia szklana kopuła budynku, którą postanowiono poddać rekonstrukcji. Czy takiej pomocy będą wymagały kolejne wyjątkowe i ważne dla ludzkości zabytki w Ukrainie?
Niewykluczone. Już w kwietniu 2022 roku zastępca dyrektora generalnego UNESCO ds. kultury Ernesto Ottone mówił, że tamtejsze „Dziedzictwo ludzkości jest zagrożone”. Media francuskie informowały, że 53 obiekty światowego dziedzictwa zostały częściowo lub całkowicie zniszczone w wyniku działań wojennych w Ukrainie. Dodajmy, że w Iranie w ciągu zaledwie dwóch tygodni wojny prowadzonej przez USA i Izrael zostało zniszczonych lub uszkodzonych 56 muzeów oraz obiekty z listy UNESCO. Sam Donald Trump groził atakiem na irańskie dobra kultury już w styczniu 2020 roku, nie przejmując się tym, że niszczenie zabytków jest zbrodnią wojenną.
Być może taki brak poszanowania dla naszego wspólnego, światowego dziedzictwa, przeszłości gatunku ludzkiego i jego największych osiągnięć jest wspólną cechą przywódców dosłownie gotowych iść do celu po trupach, skupionych tylko na własnym sukcesie i ego. Trudno byłoby przyjąć, że do pomocy Ukrainie mogłaby przekonać Trumpa wizja bezpowrotnej utraty chociażby historycznego centrum Odessy – świadectwa rozkwitu wielokulturowego miasta portowego w XIX wieku. Zapewne jego los nie obchodzi go w ogóle, podobnie jak nie interesuje on Putina.
Już w lipcu 2023 roku po rosyjskich atakach ucierpiało 25 odeskich zabytków, w tym Sobór Przemienienia Pańskiego i muzea Archeologiczne, Morskie i Literatury. Miesiąc później ukraińskie Ministerstwo Kultury podawało, że w całym kraju od początku pełnoskalowej wojny zostały zniszczone 763 zabytki i obiekty dziedzictwa kulturowego. Były to dane niepełne, gdyż trudno było wskazać, co dzieje się na terenach okupowanych przez Rosję i na linii frontu. Nie mamy nawet pewności, jaka jest skala zniszczeń w Chersonezie Taurydzkim na Krymie, gdzie miejsce pochówków pierwszych męczenników chrześcijańskich stało się placem budowy. Wielu zniszczeń dokonano budując otwarty 30 lipca 2024 roku kompleks muzealno-świątynny Nowy Chersonez, uważany za inicjatywę samego Putina.
Nie udało się też ochronić XVIII-wiecznego Soboru Zaśnięcia Matki Bożej w Charkowie, Teatru Dramatycznego w Mariupolu czy Muzeum Narodowego Tarasa Szewczenki w Kijowie. Rosjanie nie uszanowali zbiorów muzeum w Iwankowie, gdzie zgromadzono obrazy podziwianej przez Picassa Marii Prymaczenko.
Aby zminimalizować ryzyko i skalę potencjalnych strat, w Polsce powstał Komitet Pomocy Muzeom Ukrainy, którego członkowie nie tylko wysyłali do Ukrainy materiały do konserwacji i zabezpieczenia zbiorów i dzieł sztuki, ale też sprzęt do ich digitalizacji, dzięki której, w najgorszym wypadku, będzie można je odtworzyć. Na barbarzyńskie zniszczenia obiektów znajdujące się w strefie buforowej obszaru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO obejmującego stare miasto Lwowa, jakich Rosjanie dokonali we wrześniu 2024 roku, zareagowali też głosami oburzenia zwyczajni obywatele.
Jednak kiedy 24 marca 2026 roku w wyniku ataku ucierpiały XVII-wieczny kościół św. Andrzeja wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i kamienica przy placu Sobornym we Lwowie reakcja wielu Polaków była już skrajnie odmienna. W mediach społecznościowych pojawiły się niezliczone komentarze negujące prawdziwość doniesień o tej tragedii. Kpiono, że ukraińscy żołnierze są niby tacy sprawni, a nie zestrzelili drona – może dlatego, że bronią teraz Izraela. Zaczęto pisać, że to sami Ukraińcy uderzyli na Lwów, by wzbudzić litość i wyłudzić pieniądze od Zachodu. Usprawiedliwiano Rosjan pisząc, że to słuszny odwet za ataki na rosyjskich cywilów. Żałowano, że nie zrujnowano ulicy i szkoły im. Bandery. Chwalono „piękny widok” płonącego zabytku i wyrażano nadzieję na kolejne ataki. Roześmiana emotikonka stała się w wielu przypadkach pierwszą lub drugą najczęściej używaną, by zamanifestować swoją radość z nieszczęścia. Kłamstwa i bzdury mieszały się ze sobą, powielane niemal w nieskończoność.
Co przerażające, większość komentarzy pochodziła z prawdziwych, a nie fejkowych kont. Polacy najwyraźniej nie tylko stracili zdolność weryfikowania informacji, ale też mają coraz mniej empatii. Fotomontaż, komedia, nic mnie to nie obchodzi – tak piszą i młodzi, i emeryci. Nienawiść do Ukrainy wymieszana z podziwem i poparciem dla Rosji nie ma wieku, co jest bardzo złym prognostykiem na przyszłość. Nie ma bowiem wątpliwości, że lada chwila populiści i politycy sięgną do takich haseł, które zapewnią im poparcie w nadchodzących wyborach. Mizdrząc się do elektoratu będą chwalić denazyfikację. Mówić, że Ukraińcy wszelkimi sposobami wyłudzają finansowanie z Unii Europejskiej (do której opuszczenia zapewne będą nawoływać). Będą podawać w wątpliwość agresję Rosji i bronić jej stanowiska. A wszystko to w imię bezpiecznej przyszłości Polski.
Ten scenariusz z każdym dniem staje się coraz bardziej realny. Zafascynowani „twardymi” politykami, jak Putin czy Trump, zaczniemy szukać kogoś podobnego na własnym podwórku. Kogoś, kto obieca nam obniżkę cen paliw w zamian za przyjaźń z Moskwą, która przecież nie robi nic złego. Bo przecież w Ukrainie nie ma żadnej wojny, to tylko inscenizacja. Poza tym przecież oni tam sami siebie zabijają. A jeśli już Rosja atakuje, to ma rację. Bo to przecież banderowcy.
Skala rosyjskiej indoktrynacji i to, jak zmieniło się polskie społeczeństwo, powinny już teraz dać nam do myślenia. I stać się argumentem za otwarciem polskiego frontu na wojnie informacyjnej, bo na razie nikt z decydentów chyba o tym nie myśli.
Może jeszcze nie jest za późno.
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 6 (490), 31 marca – 16 kwietnia 2026
Skutki ataku rosyjskich dronów na Lwów. Ponad 30 rannych i setki uszkodzonych mieszkań
Blisko tysiąc dronów w ciągu doby. Tragiczne skutki rosyjskiego ataku w Iwano-Frankiwsku
