„Szczęśliwe narody, które mają taką historię, jak Polska, szczęśliwszego od was nie widzę państwa, gdyż wam jedynym zechciała być Królową Maryja, a to jest zaszczyt nad zaszczyty i szczęście niewymowne obyście to tylko zrozumieli sami”. Te słowa miał skierować nuncjusz apostolski Antonio Pignatelli, dawny arcybiskup Neapolu a późniejszy papież Innocenty XII do żyjącego pod koniec XVII wieku hetmana Stanisława Jabłonowskiego, zwycięskiego obrońcy Lwowa i południowo wschodnich rubieży Rzeczpospolitej oraz twórcy słynnej twierdzy Okopy Św. Trójcy nieopodal Kamieńca Podolskiego.
1 kwietnia przypada rocznica Ślubów króla Jana Kazimierza w Katedrze Lwowskiej. Tego dnia 370 lat temu monarcha przed obliczem Matki Bożej Łaskawej oddał ogarnięty wojną kraj w opiekę Bogurodzicy, proklamując Ją Królową Korony Polskiej. Śluby na wiele pokoleń ukształtowały pobożność maryjną Polaków. Były wielokrotnie na przestrzeni następnych wieków przywoływane przez wybitnych twórców w dziełach sztuki i kilkakrotnie w trudnych momentach dziejowych odnawiane z inicjatywy duchowych przywódców narodu. Odcisnęły istotne piętno w ugruntowaniu wiary w Opatrzność Bożą czuwającą nad narodem oddanym we władanie Matce Zbawiciela i Jej cudowne orędownictwo. Wydarzenie to poprzedziły objawienia, których prawie pół wieku przedtem doznał włoski jezuita.
Historyczne zawierzenie w obliczu dziejowej hekatomby
„Wielka Boga Człowieka Matko, Panno Najświętsza! Ja, Jan Kazimierz, z łaski Syna Twego, króla królów, i Pana mego i z Twego miłosierdzia król, upadłszy do stóp Twoich najświętszych, Ciebie dziś za opiekunkę moją i za królowę królestwa mojego obieram. I siebie i moje Królestwo Polskie, księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernihowskie, wojska obydwu narodów i lud cały Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i litości w tym nieszczęśliwym i przykrym królestwa mojego stanie, przeciwko nieprzyjaciołom Świętego Rzymskiego Kościoła pokornie błagam. A że mnie wielkie dobrodziejstwa Twoje z całym narodem moim do nowego i gorliwszego służenia Tobie pobudzają, więc przyrzekam też i na przyszłość w moim własnym, senatorów moich i ludów moich imieniu Tobie, Najświętsza Panno i Synowi Twojemu a Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi, że cześć i chwałę Twoją wszędzie i zawsze po całym królestwie moim z największą usilnością pomnażać i utrzymywać będę. Obiecuję nadto i ślubuję, że jeżeli za wielowładną przyczyną Twoją, i wielkim Syna Twojego miłosierdziem, otrzymam zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi a osobliwie nad Szwedami, Twoją i Syna Twego cześć i chwałę wszędzie prześladującymi i zupełnie zniszczyć usiłującymi, u Stolicy Apostolskiej starać się będę, aby ten dzień na podziękowanie za tę łaskę Tobie i Synowi Twemu corocznie jako uroczysty i święty na wieki obchodzono i z biskupami królestwa mojego przyłożę starania, aby to co obiecuję, od ludu mojego dopełnione było. A ponieważ z wielkim bólem serca mego oczywiście widzę, że za łzy i uciśnienie ludzi wiejskiego stanu w królestwie mojem Syn Twój sprawiedliwy sędzia świata od siedmiu już lat dopuszcza na królestwo moje kary powietrza, wojen i innych nieszczęść, przeto obiecuję i przyrzekam oprócz tego: iż ze wszystkiemi memi stanami po przywróceniu pokoju, użyję troskliwie wszelkich środków dla odwrócenia tych nieszczęść i postaram się, aby lud królestwa mojego od uciemiężenia i niesprawiedliwych ciężarów był oswobodzony. Uczyń to najmiłosierniejsza Pani i Królowo, abyś jako mnie i stanom moim najszczerszą dała chęć do uczynienia tych ślubów, tak też u Syna Twego łaskę do ich wykonania uprosiła. Amen”.
Gdy król, klęcząc u stóp Matki Bożej w Katedrze Lwowskiej, wobec dygnitarzy koronnych i litewskich, nuncjusza papieskiego, biskupów, szlachty i ogromnych rzesz ludu wypowiadał słowa ślubowania, Rzeczpospolita Obojga Narodów uwikłana była w konflikt zbrojny ze Szwecją (1655–1660), określany mianem potopu, będący częścią zmagań o dominację nad Bałtykiem. Był to najbardziej dramatyczny epizod w przedrozbiorowej historii Polski: Panujący od 1648 roku w warunkach permanentnej wojny Jan Kazimierz był świadom, że kraj znajduje się na krawędzi zagłady. W tym czasie osłabioną wewnętrznymi niesnaskami Rzeczpospolitą najechały i pustoszyły wojska szwedzkie, moskiewskie, brandenburskie, kozackie, siedmiogrodzkie. Bilans skutków potopu jest przerażający: w wyniku działań wojennych, jak również z powodu epidemii i głodu liczba ludności zmalała z jedenastu do siedmiu milionów, czyli o 40%, – straty były proporcjonalnie większe od tych, które Polska poniosła w XX wieku w czasie II wojny światowej. Warszawa, okupowana kilkakrotnie, straciła aż 90% ludności, całkowicie zburzono około 200 miast i miasteczek. Po zajęciu przez Szwedów Poznania, Warszawy, Krakowa, a wcześniej Wilna przez Rosjan, król, zmuszony do opuszczenia kraju, schronił się na Śląsku Opolskim. Szukając pomocy u papieża Aleksandra VII, otrzymał upomnienie, aby nie upadał na duchu, ale przez pośrednictwo Najświętszej Panny błagał Boga o pomoc. Koniec roku 1655 pośród ogromu klęsk przyniósł nadzieję. Oto niewielka twierdza, mało znacząca, niedaleko ówczesnej granicy Polski ze Śląskiem, oparła się atakom tak, że w końcu zniechęcone wojska szwedzkie musiały oblężenia poniechać. Tą twierdzą była Jasna Góra, klasztor i sanktuarium Matki Bożej. Trwająca przez 48 dni, do 27 grudnia obrona, tak barwnie potem przez Henryka Sienkiewicza opisana na kartach Trylogii, wlała otuchę w serca Polaków. W obliczu zdrad, mordów, grabieży dóbr kultury na niespotykaną dotychczas skalę stopniowo narastał ruch partyzancki przeciw najeźdźcom. Powszechny sprzeciw wobec rabunku i profanacji kościołów przez innowierców ogarniał i prosty lud, i szlachtę, która 29 grudnia 1655 roku zawiązała Konfederację w Tyszowcach nieopodal Zamościa. Jej głównymi inicjatorami byli Stefan Czarniecki, hetman wielki koronny Stanisław Rewera Potocki i hetman polny koronny Stanisław Lanckoroński. Zrywając uległość wobec Szwecji konfederaci wezwali do powrotu pod sztandary Jana Kazimierza i do obrony Ojczyzny. To wtedy powstała oddająca nastroje tamtej chwili religijno-patriotyczna Pieśń Konfederatów Tyszowieckich, utrzymana w tonie pokutnym, w której wybrzmiewało błaganie o ratunek dla upokorzonej, rozdartej waśniami Rzeczypospolitej, a w ostatnich strofach żarliwa prośba do Boga o interwencję:
Nic nie pomoże, ach mocny Boże!
Żadna nasza potęga,
Gdy Twój żarliwy gniew sprawiedliwy,
Za grzechy nasze dosięga.
Najwyższy Panie, mocny hetmanie,
Dobądź oręża Twego,
Uśmierz pogany, ulecz nam rany,
W sławie Imienia swego.
Bądź tarczą mocną, dzienną i nocną,
Załóż granice złemu,
Rozprósz tyrany, daj pożądany
Pokój dziedzictwu Twemu!
Lwów jako jedno z dwóch (obok Gdańska) wielkich miast Rzeczpospolitej nie znalazł się pod panowaniem najeźdźców. Miasto z lwem w herbie, które oparło się wcześniej sprzymierzonym z kozackimi oddziałami Chmielnickiego wojskom tatarskim w 1648 roku i moskiewskim w 1655 roku przyjęło z ulgą i nadzieją powracającego z wygnania w lutym 1656 roku prawowitego monarchę. Dlaczego spośród kilku czczonych od dawna we Lwowie obrazów Matki Bożej wybór króla padł na wcale nie najstarszy, bo liczący sobie zaledwie niespełna 60 lat wizerunek pędzla Józefa Szolc-Wolfowicza? Dlaczego wybrane zostało dzieło miejscowego lwowskiego malarza i geometry o korzeniach świdnickich, który zmarł dokładnie 30 lat przed ślubami królewskimi i spoczął zapewne w rodowej kaplicy przy katedrze (w tym roku przypada 400. rocznica jego śmierci)? Matka Boska na tronie, unosząca się wśród obłoków ponad lwowskimi wzgórzami, w promienistej aureoli pośród aniołów, z których dwaj trzymają nad Jej głową królewską koronę, w zielonym płaszczu i czerwonej sukience z Dzieciątkiem stojącym na Jej kolanie i błogosławiącym ludowi, który reprezentuje para adorujących wiernych z różańcami w ręku, została namalowana na desce farbami temperowymi. Niewielkich rozmiarów (44,5 cm x 61,2 cm) wizerunek powstał w 1598 roku po śmierci wnuczki malarza (według innych źródeł siostrzenicy) i jako rodzinne epitafium zawisnął we framudze muru cmentarnego od ul. Halickiej, za prezbiterium katedry, nieopodal grobu zmarłej w wieku kilkunastu zaledwie lat dziewczynki. Otaczany rosnącym żywiołowo kultem został z czasem, w 1644 roku, przez abpa Stanisława Grochowskiego umieszczony w przejściowej kaplicy, umożliwiającej urządzanie procesji, dobudowanej do prezbiterium katedry za sprawą krewnych śp. Domagaliczówny, m.in. Wojciecha Domagalicza, adwokata Władysława IV Wazy, poprzednika Jana Kazimierza na tronie polskim i zarazem przyrodniego brata króla. Wnętrze kaplicy wkrótce wypełniły liczne wota i tablice pamiątkowe, m.in. związanie z oblężeniem Lwowa przez wojska kozacko-tatarskie w 1648 roku oraz zwycięstwem pod Beresteczkiem w 1651 roku, po którym Jan Kazimierz wysłuchał tu uroczystego „Te Deum” („Ciebie Boga wysławiamy”) i złożył zdobyte chorągwie. Tuż przed ślubami królewskimi w podniosłej procesji obraz został przeniesiony do głównego ołtarza katedry, by po zakończeniu uroczystości powrócić na następne ponad sto lat do kaplicy Domagaliczowskiej.
Śluby Jana Kazimierza miały rangę uroczystości religijno-państwowej. Jej kontynuacją było nabożeństwo w pobliskim, niedawno wówczas wzniesionym kościele pw. św. Piotra i Pawła. Podczas Litanii Loretańskiej przed cudownym obrazem Matki Bożej (obecnie we Wrocławiu), przywiezionym niegdyś z Rzymu jako jedna z pięciu wiernych kopii obrazu Matki Bożej Śnieżnej jezuitom obejmującym placówkę we Lwowie, nuncjusz apostolski w Rzeczpospolitej Pietro Vidoni po raz pierwszy dodał trzykrotnie powtórzone wezwanie Regina Regni Poloniae, ora pro nobis! (Królowo Korony Polskiej, módl się za nami). Oficjalnie zostało ono wprowadzone do litanii za zgodą Stolicy Apostolskiej początkowo tylko dla archidiecezji lwowskiej i diecezji przemyskiej dzięki staraniom św. abpa Józefa Bilczewskiego w czasie, gdy te prowincje kościelne znajdowały się na skutek rozbiorów w granicach austro-węgierskiego imperium Habsburgów.
Akt z 1 kwietnia 1656 roku stał się punktem zwrotnym w wojnie. Wkrótce do Lwowa dotarła wiadomość o odniesionym 7 kwietnia zwycięstwie nad Szwedami pod Warką. Król u stóp Matki Bożej Łaskawej złożył jedną z szesnastu zdobytych chorągwi, które zawieszono następnie w kaplicy i we wnętrzu katedry. 23 kwietnia monarcha przed obrazem Matki Bożej zobowiązał się wystawić bazylikę ku czci Najświętszej Maryi Panny, a 30 kwietnia opuścił gościnny Lwów, udając się do oddziałów pospolitego ruszenia pod Tyszowce. Stopniowo odbijano z rąk wroga kolejne ziemie. Sukcesy te powszechnie kojarzono z wstawiennictwem Matki Bożej, mającym miejsce za sprawą Ślubów lwowskich Jana Kazimierza. Wojna szarpana, strategia uwiecznionego potem w hymnie Polski regimentarza a z czasem hetmana Stefana Czarnieckiego, męża iście opatrznościowego dla ratowania Ojczyzny, siała coraz większe spustoszenie w szeregach nieprzyjaciela, jakkolwiek działania wojenne trwały do 1660 roku i pochłonęły mnóstwo ofiar. Uwolnienie kraju okupione było męczeńską krwią polskiego jezuity o. Andrzeja Boboli, który 16 maja 1657 roku w Janowie Poleskim poniósł zadaną ze szczególnym okrucieństwem śmierć z rąk kozaków wspierających oddziały siedmiogrodzkie księcia Jerzego II Rakoczego w wyprawie na tereny Rzeczpospolitej, będącej nieudaną próbą realizacji rzadko dziś wspominanego traktatu rozbiorowego Polski zawartego w siedmiogrodzkim Radnot 6 grudnia 1656 roku (przewidywał podział państwa polskiego między Szwecję, Bohdana Chmielnickiego, Bogusława Radziwiłła, Jerzego II Rakoczego i Fryderyka Wilhelma Hohenzollerna). Krótko po otrzymaniu wiadomości o fiasku wyprawy Rakoczego Chmielnicki zmarł w wyniku wylewu krwi do mózgu, zaś zamiary sygnatariuszy traktatu, który miał być gwoździem do trumny osłabionej Rzeczpospolitej, zostały udaremnione. Pokój oliwski, kończący potop szwedzki został podpisany w 1660 roku dnia, który obecnie obchodzony jest jako uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski – trzeciego maja. Starania u Stolicy Apostolskiej o ustanowienie tego święta, zainicjowane na początku XX wieku przez św. arcybiskupa Lwowa Józefa Bilczewskiego w duchu wypełnienia Ślubów Jana Kazimierza, podjęte następnie przez episkopat odrodzonej Polski zostały zakończone pomyślnie i odtąd data ta jest łączona nie tyle z wydarzeniem z XVII wieku, co z uchwaloną tego dnia w roku 1791 Konstytucją Trzeciego Maja.
Św. Andrzej Bobola, wielki czciciel Maryi, domniemany twórca tekstu Ślubów lwowskich, a z pewnością jeden z ich inspiratorów, orędownik spraw polskich i patron jedności narodowej znany jest jako autor trzech przepowiedni dla rodaków, z których dwie, że Polska po latach niewoli po wielkiej wojnie odzyska niepodległość oraz że on sam zostanie patronem Polski już się spełniły (w 2002 roku papież Jan Paweł II oficjalnie dołączył go do grona drugorzędnych patronów, zaś sam św. Bobola dużo wcześniej zaświadczył, że już nim jest, ukazując się 3 maja 1938 roku lwowskiej mistyczce Fulli (Stefanii) Horak). Trzecia przepowiednia głosząca, że gdy będzie głównym patronem Polski, kraj będzie silny i zyska ogromne znaczenie – czeka na swoje urzeczywistnienie. Warto dodać, że około 1936 roku, dwa lata przed kanonizacją Boboli, św. siostra Faustyna Kowalska modląc się za Polskę doznała wizji, którą opisała w swoim „Dzienniczku”: zobaczyła, jak przed tronem Baranka, czyli przed tronem Jezusa, klęczy św. Andrzej Bobola, orędując za Polską, a przy nim święci Stanisław Kostka i Kazimierz Królewicz. Nie jest też sprawą przypadku, że Prymas Tysiąclecia bł. Stefan Wyszyński Jasnogórskie Śluby Narodu, inspirowane po 300 latach lwowskimi, napisał 16 maja 1956 roku, w dniu wspomnienia liturgicznego św. Andrzeja Boboli, „mocarza ducha, który nie uląkł się przemocy”.
Objawienia maryjne poprzedzające Śluby lwowskie
„A czemu mnie królową Polski nie nazwiesz? Ja to królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku mnie pałają jego synowie”. Te słowa usłyszał o. Giulio (Juliusz) Mancinelli 14 sierpnia 1608 roku podczas modlitwy w kościele Gesù Nuovo w Neapolu. Wtedy to ukazała mu się Matka Boża w królewskiej purpurze z Dzieciątkiem na ręku i z postacią klęczącego u Jej stóp Stanisława Kostki. Wizja miała miejsce dokładnie w 40. rocznicę śmierci polskiego jezuity, pochodzącego ze szlacheckiego roku Kostków z Mazowsza, który zmarł w wieku zaledwie 18 lat w Rzymie, w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny roku 1568 i niemalże zaraz po swojej śmierci został okrzyknięty świętym, wedle starego zawołania ludu rzymskiego: „santo subito” (nasuwa się pewna analogia z reakcją ludzi po śmierci św. Jana Pawła II pamiętnego 2 kwietnia 2005 roku).
Kolejne objawienie związane z Polską nastąpiło w dniu 8 maja 1610 roku w Krakowie, dokąd Mancinelli, mimo zaawansowanego wieku 73 lat, udał się z pielgrzymką, by zobaczyć raz jeszcze kraj, który wybrała Maryja oraz ze względu na Jej czciciela, wyniesionego do chwały ołtarzy swego polskiego współbrata, któremu wizję zawdzięczał. Tereny Rzeczpospolitej miał okazję poznać już wcześniej: wracając do Włoch w 1685 roku przez Mołdawię z misji w Konstantynopolu, gdzie założył placówkę jezuicką. Odwiedził wówczas Kamieniec Podolski, Lwów, Jarosław i Kraków. Witany ponownie pod Wawelem z wielką życzliwością, odprawił przy ołtarzu św. Stanisława biskupa Mszę św., podczas której modlił się za Polskę. Wtedy to po raz drugi ukazała mu się Matka Boża w wielkim majestacie, mówiąc: „Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką Tego Narodu, który jest mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja będę ci zawsze, tak jak teraz miłosierną”.
W czasie, kiedy neapolitański jezuita doznał pierwszego objawienia, we Lwowie za panowania Zygmunta III Wazy, spoglądającego dziś w postaci statuy z wysokości kolumny na stołeczny Plac Zamkowy, funkcjonowało już kolegium jezuickie. Kilka miesięcy potem, 22 marca 1609 roku, na świat przyszedł, jeszcze na Wawelu, z matki Konstancji Habsburżanki, arcyksiężniczki austriackiej, syn królewski – Jan Kazimierz. Drugie objawienie, krakowskie, miało miejsce zaledwie kilka miesięcy przed znakomitym zwycięstwem polskiego oręża pod wodzą Stanisława Żółkiewskiego w bitwie pod Kłuszynem. Dziewięć dni po tej wiktorii, 13 lipca 1610 roku, abp lwowski Jan Zamoyski położył kamień węgielny pod budowę nowego i istniejącego do dziś kościoła jezuickiego pw. Św. Piotra i Pawła we Lwowie. Czy włoski zakonnik był obecny podczas tej uroczystości? Obecnie ta jedna z najwspanialszych świątyń barokowych w mieście służy jako cerkiew garnizonowa.
Za sprawą polskich jezuitów, propagujących prywatne objawienia o. Juliusza, rozwijał się prężnie w pierwszej połowie XVII wieku kult Matki Bożej jako Królowej Polski i równolegle kult bł. Stanisława Kostki, stając się fundamentem tożsamości religijnej narodu. Pobożność Maryjna błogosławionego miała stać się wzorem do naśladowania, a tym samym rękojmią wypełnienia się wśród Polaków wielkich Bożych zamiarów. Wizerunki polskiego jezuity widniały na obu lwowskich bramach, w ratuszu i na ratuszowej wieży, liczne wota zdobiły jego przywieziony z Rzymu obraz w starym jeszcze jezuickim kościele. Rzeźba świętego znajduje się do dziś na fasadzie Czarnej Kamienicy przy Rynku. Jej właściciel, Marcin Anczewski, późniejszy lekarz i sekretarz Jana III Sobieskiego (również czciciela Stanisława Kostki) jako półtoraroczne dziecko w 1619 roku został za wstawiennictwem świętego uzdrowiony z epilepsji. Zanim jako szanowany obywatel Lwowa spoczął w podziemiach kościoła oo. Jezuitów, pod przysięgą zeznał: „Widziałem uzdrowionych chorych, których nie mogąc zwyczajnymi środkami sztuki mej wyleczyć, polecałem ich opiece Stanisława Kostki, a za każdym razem wszyscy za jego przyczyną odzyskiwali zdrowie”. Obok rzeźby Stanisława Polaka, jak go określano we Włoszech, fasadę kamienicy zdobi figura tak umiłowanej przez niego Matki Bożej Królowej Wniebowziętej.
Po raz trzeci przeżył o. Mancinelli spotkanie z Maryją 15 sierpnia 1617 roku w Neapolu. Matka Boża powiedziała wówczas do niego: „Juliuszu, synu mój! Za cześć, jaką masz do mnie, Wniebowziętej, ujrzysz mnie za rok w chwale niebios. Tu jednak na ziemi nazywaj mnie zawsze Królową Polski”. Ojciec Mancinelli zmarł w wieku 81 lat, tak jak Stanisław Kostka w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, pół wieku po nim – 14 sierpnia 1618 roku. W dziesiątą rocznicę jego śmierci, w 1628 roku, krakowianie umieścili na wieży kościoła Mariackiego pozłacaną koronę symbolizującą królewską godność Maryi (aktualnie istniejąca korona została sporządzona w 1666 roku, w dziesiątą rocznicę ślubów króla Jana Kazimierza we Lwowie). Niecałe dwie dekady po śmierci zakonnika, w roku 1635, książę Albrecht Stanisław Radziwiłł z katolickiej linii tego rodu z Nieświeża i Ołyki, kanclerz wielki litewski, starosta Łucka, a potem Wilna, blisko związany z dworem Wazów z inspiracji św. Andrzeja Boboli, ówczesnego rektora kościoła w Nieświeżu, ogłosił w Wilnie drukiem książeczkę pt. „Dyskurs nabożny z kilku słów wzięty o wysławianiu Najświętszej Panny Bogurodzicy Mariey”, w którym powołując się na osobistą znajomość z o. Mancinellim upowszechnił objawienia jezuity dotyczące Polski. Tak ujął w słowach rozmowę o. Mancinelego z Matką Bożą: „Raz rozpalony będąc miłością duchowną y chcąc ią nazwiskiem do serca iej przypadającym nazwać, pytał, iakim by tytułem poćcić mogł, otrzymał respons od MARIEY, zow mie Królową Polską. Jeżeli tak iest, szczęśliwymi iesteśmy, i dobrze” [pisownia oryginalna]. „Dyskurs nabożny…” cieszył się dużym zainteresowaniem czytelników i za życia autora był dwukrotnie (w 1636 w Wilnie i 1651 roku w Krakowie) wznawiany. Albrecht Radziwiłł, pozostawiwszy po sobie obszerny dziennik odnoszący się do polityki w latach 1632–1656 i doczekawszy Ślubów lwowskich, wkrótce oddał ducha Bogu i spoczął w ufundowanej przez siebie Kolegiacie pw. Trójcy Świętej w Ołyce. Ufundowane zaś przez niego w Pińsku wraz z kościołem kolegium jezuickie stało się ostatnim w ziemskim życiu miejscem posługi, pierwszym miejscem ostatniego spoczynku udręczonego ciała i pierwszym miejscem objawień św. Andrzeja Boboli. Na objawienia włoskiego jezuity powoływał się również papież Aleksander VII, co jest świadectwem szerokiego ich rozpowszechnienia. Odpowiadając na list biskupów polskich, skierowany doń w czasie, kiedy ważyły się losy Rzeczpospolitej pochłoniętej potopem pisał: „Maryja was uratuje. To Polski Pani. Jej się poświęćcie, Jej oficjalnie ofiarujcie. Ją Królową Polski ogłoście! Przecież sama tego chciała”. Wiara w szczególną opiekę Maryi nad narodem, który widział w Niej swoją władczynię, od wieków towarzyszyła Polakom. Jan Długosz nazywał Maryję Panią świata i naszą. Już w drugiej połowie XVI wieku Grzegorz z Sambora po raz pierwszy określił Maryję Królową Polski i Polaków. Jakkolwiek liczne królestwa, państwa i narody ogłaszały Maryję swą Królową, to nigdy nie zostało to ogłoszone przez Nią samą, ani wcześniej, ani nigdy potem, nie zdarzyło się, by jakiemukolwiek narodowi dana została taka łaska. Toteż król, pomny na powszechną i ugruntowaną przez wieki wiarę rodaków w Jej orędownictwo i szczególną opiekę nad narodem, potwierdzoną przez objawienia z początku XVII wieku, stosując się do rady papieża, 1 kwietnia 1656 roku złożywszy swą koronę i berło uroczyście ogłosił Ją Królową Polki, a Polskę formalnie uczynił królestwem Maryi. Odtąd każdy monarcha miał być Jej regentem, który w Jej imieniu sprawuje rządy nad państwem.
Pięć lat po tym wydarzeniu, 20 stycznia 1661 roku, król Jan Kazimierz nadał Kolegium Jezuickiemu we Lwowie rangę Akademii Lwowskiej i tytuł Uniwersytetu. Tego samego dnia 240 lat później jeden z profesorów i rektor tej uczelni, ks. dr hab. Józef Bilczewski, w Katedrze Lwowskiej uzyskał sakrę biskupią i objął na dwie niełatwe dekady stery metropolii lwowskiej obrządku łacińskiego, drugiej pod względem rangi po gnieźnieńskiej, stając się duchowym spadkobiercą i kontynuatorem Ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza i orędownikiem Matki Bożej Królowej Korony Polskiej. Uniwersytet Jana Kazimierza, jeden z najważniejszych w dziejach nauki polskiej, z racji burzliwej historii na przestrzeni następnych stuleci zyskał miano „academia militans” – akademia walcząca. Duchowe rozterki i walka, naznaczona wzlotami i upadkami, wyznaczały również drogę jego założyciela, który mając za sobą rozliczne doświadczenia życiowe: jako więzień polityczny we Francji, potem nowicjusz w zakonie jezuitów we Włoszech, wreszcie kardynał diakon (do tej godności, bez przyznania kościoła tytularnego, wyniósł go na konsystorzu 28 maja 1646 roku papież Innocenty X) ostatecznie sięgnął po koronę, obejmując tron polski po przedwczesnej bezpotomnej śmierci schorowanego starszego brata Władysława IV. Rządził Rzeczpospolitą w jednym z najbardziej burzliwych okresów jej dziejów. Franciszkanin św. Józef z Kupertynu (1603–1663), włoski mistyk, przepowiedział mu trudne rządy. Trafnie oceniając wtedy predyspozycje poszukującego swej drogi życiowej królewicza miał też powiedzieć „Nie będziesz ani księdzem, ani jezuitą”, „Szpada, szpada. Nie pasuje ci ten habit”. Kiedy ten w 1645 roku młody Waza opuścił wreszcie zakon i spotykał się ponownie z o. Józefem, usłyszał takie uwagi na widok swego świeckiego stroju: „Widzisz, co ci mówiłem. Idź teraz. Uczynisz więcej dla Polski i chrześcijaństwa niż będąc zakonnikiem”, a po przyjęciu kapelusza kardynalskiego, którego potem, jak wiadomo, zrzekł się dostał zapewnienie: „nie będziesz ani jezuitą, ani kardynałem, lecz królem, który wycierpi wiele. Ale ufaj mocno Bogu, On zawsze ci pomoże”. Trudno też odmówić dalekowzroczności i daru przewidywania wypadków samemu Janowi Kazimierzowi. Jego prorocze słowa, które padły w mowie sejmowej wygłoszonej w 1661 roku, spełniły się po ponad stu latach co do joty. Wtedy, zachęcając rodaków do przeprowadzenia reform ustrojowych przestrzegał: „Moskwa i Ruś odwołają się do ludów jednego z nimi języka i Litwę dla siebie przeznaczą. Granice Wielkopolski staną otworem dla Branderburczyka, a przypuszczać należy, iż ten o całe Prusy certować [starać się] zechce. Wreszcie Dom austriacki, spoglądający łakomie na Kraków, nie opuści dogodnej dla siebie sposobności i przy powszechnym rozrywaniu państwa nie wstrzyma się od zaboru”.
Jan Kazimierz zmarł we Francji cztery lata po swej abdykacji,16 grudnia 1672 roku, już po upadku Kamieńca Podolskiego. Lwów się obronił, jakkolwiek Katedra Lwowska, w której przed szesnastu laty król składał śluby, doznała wówczas ostrzału przez artylerię turecką – dwie kule armatnie do dziś wiszą na jej murach jako pamiątka tamtego oblężenia. Za czasów dwudziestoletniego panowania monarchy, mimo ogromu klęsk, utraty 1/5 terytorium, Rzeczpospolita potrafiła obronić swoją państwowość. Otoczona wrogimi krajami ościennymi, realizującymi wobec niej agresywną politykę, zmagająca się ze słabością wewnętrzną, chociaż bliska wówczas zagłady, zdołała się podźwignąć i po wyparciu Szwedów w 1660 roku i zawarciu w 1667 roku rozejmu andruszowskiego w trakcie trwającej od 1654 roku wojny z Rosją odzyskać większość utraconych ziem. Stało się to dzięki konsolidacji narodu wokół idei, którą niosły ze sobą Śluby lwowskie. W po ludzku beznadziejnej wówczas sytuacji Polacy zdołali nie tylko odsunąć widmo zaborów na ponad sto lat, ale na przestrzeni kilku następnych dziesięcioleci pod sztandarami Maryi odnieść szereg znakomitych zwycięstw, na czele z tym największym, pod wodzą Jana III Sobieskiego, które pod Wiedniem w 1683 roku załamało potęgę imperium osmańskiego. To ten król wzorem swych przodków żarliwy czciciel Świętej Bożej Rodzicielki złożył w Katedrze Lwowskiej jako wotum za uzdrowienie ulane w srebrze własne popiersie, jego małżonka natomiast, królowa Marysieńka, na kolanach wyprosiła przed obrazem Ślicznej Gwiazdy Miasta Lwowa spektakularne zwycięstwo dla polskiej husarii, osobiście dowodzonej przez Lwa Lechistanu, w starciu z nawałą turecko-tatarską w 1675 roku na lesienickich przedpolach Lwiego Grodu.
Wagę wydarzenia, które dokonało się we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku zaczęto w sposób szczególny uświadamiać sobie i doceniać w czasie zaborów. Program ślubów wybiegający daleko w przyszłość i do dziś aktualny, który z wielu względów tylko w części mógł być zrealizowany przez Jana Kazimierza, stał się zadaniem do urzeczywistnienia dla następnych pokoleń Polaków. Odczytywali go jako spadkobiercy powziętych wówczas zobowiązań, które domagały się wypełnienia. Podejmowane w tym duchu różne inicjatywy na wielu płaszczyznach życia religijnego, społecznego, kulturalnego i narodowego, również przy okazji zbliżających się kolejnych, mniej lub bardziej uroczyście obchodzonych rocznic Ślubów lwowskich są tego dowodem.
Joanna Pacan-Świetlicka
Śluby lwowskie króla Jana Kazimierza w polskiej historii, tradycji i sztuce. Część 2
