24 lutego 2022 roku rosyjskie rakiety spadły na ukraińskie miasta i wsie. Kolumny wojsk przekroczyły granice na północy, wschodzie i południu. Ukraina w ciągu trzech dni miała być zdobyta. Minęły cztery lata. Zamiast szybkiego triumfu Moskwy mamy najpoważniejszy konflikt zbrojny w Europie od czasu II wojny światowej. Rosja nie osiągnęła swoich totalnych celów, ale Ukraina wciąż płaci cenę za to, że istnieje i chce pozostać suwerenną i niepodległą.
Ten bilans czterech lat najlepiej opisują nie analizy wojskowe, lecz głosy ludzi. W tym także Polaków mieszkających na Ukrainie, którzy trwają tam razem ze swoimi ukraińskimi sąsiadami.
Charków: „Czasem mam wątpliwości, czy życie sprzed wojny naprawdę istniało”
W Charkowie wojna stała się codziennością, choć jak podkreśla Margaryta Kondratenko, dyrektor Centrum Kulturalno-Oświatowego „Drzewo”, codzienność ta jest wciąż czymś niepojętym.
– Czwarta rocznica rozpoczęcia pełnoskalowej wojny. Mnie osobiście z jednej strony trudno w to uwierzyć, a z drugiej życie sprzed wojny wydaje się tak dalekie i nierealne. Czasem mam wątpliwości, czy ono naprawdę istniało – opowiada Margaryta Kondratenko.

Miasto dziś żyje inaczej niż w 2022 roku, gdy było niemal puste. Obecnie na ulicach są ludzie, działają sklepy, funkcjonują instytucje. Ale pod powierzchnią tętniącego życia kryje się kruchość.
– Charków się trzyma i żyje i w odróżnieniu od 2022 roku jest tu pełno ludzi i życie tętni. Jednak zima była naprawdę trudna. Rosjanie cynicznie ostrzeliwali obiekty infrastruktury krytycznej, a niektóre zostały zniszczone i już nie poddają się odbudowie. Czasem Charków był niemal sparaliżowany. Brak prądu, brak ogrzewania, metro działało tylko jako schron, bo napięcie było za niskie, aby kursowały pociągi – dzieli się dyrektor Centrum Kulturalno-Oświatowego „Drzewo” w Charkowie.
To była jedna z najcięższych zim tej wojny. Mróz, ciemność i niepewność stały się tłem życia. A jednak, jak mówi Margaryta, „energetycy robią cuda”, a mieszkańcy nie rezygnują.
Najboleśniejsze są jednak straty osobiste. – Nie ma już osoby, która nie straciła kogoś na wojnie. Każdy niesie ten ból i niestety im dalej, tym bardziej on rośnie. Rosja codziennie zabija i burzy rodziny, niszcząc po kilka pokoleń na raz. Pragniemy pamiętać o każdym. Wspieramy wojsko, staramy się żyć wbrew wszystkiemu. Staramy się żyć tutaj, na swojej ziemi – podsumowuje mieszkanka Charkowa.
Odessa: „Światła nie ma przez prawie większość doby”
W Odessie wojna ma nie tylko obraz, ale i dźwięk. Anastazja Strelcowa-Nikolenko ze Związku Polaków Ukrainy Oddział im. Adama Mickiewicza w Odessie nie ukrywa, że do tej rzeczywistości nie da się przywyknąć.
– Bardzo trudno mi uwierzyć, że już cztery lata trwa wojna. Chciałabym powiedzieć, że już przyzwyczailiśmy się do tego wszystkiego, ale chyba to będzie nie do końca prawda. Oczywiście do dnia dzisiejszego boimy się alarmów, boimy się ostrzałów. Chociaż oni prawie codziennie odbywają się – opowiada Anastazja Strelcowa-Nikolenko.
Tegoroczna zima przyniosła nasilenie ataków. Rosyjskie pociski trafiały w miasto regularnie. – Niestety w ostatnim czasie zimą w Odessie jest dużo trafień rosyjskimi pociskami. Są ofiary, są osoby zabite w skutek tej agresji – mówi Polka z Odessy.

Codzienność? Przerwy w dostawie prądu, ogrzewania, wody. W siedzibie organizacji, z której mówi Anastazja, nie ma światła. – Jak możecie zobaczyć, nie mamy prądu. Jak możecie usłyszeć, tam za oknem pracują generatory. Generatory sklepów, kawiarnek i po prostu bloków mieszkalnych. Niestety większość mieszkańców Odessy teraz nie ma prądu. Oczywiście nie chodzi o to, że światła nie ma 24 godziny na dobę, ale światła nie ma przez prawie większość doby – podkreśla.
Są dzielnice, gdzie prąd znika na trzy, pięć, a nawet dziesięć dni. A jednak działalność nie ustaje. – Nawet bez światła nasz Związek Polaków pracuje. Staramy się wspierać naszych seniorów. Staramy się również dbać o naszych żołnierzy. Dużo mężczyzn z naszego stowarzyszenia dołączyło do wojska i staramy się pamiętać o nich i po możliwości pomagać im. I oczywiście pamiętać o tych, których niestety już z nami nie ma – podsumowuje.
Kijów: „Nie poddajemy się warunkom, tylko się do nich dostosowujemy”
W Kijowie wojna nauczyła mieszkańców zarządzania kryzysem. Switłana Bułanowa z Kijowskiej Polskiej Młodzieżowej Asocjacji „Młodzi i Kreatywni” opisuje rzeczywistość bez retoryki bohaterstwa, raczej w tonie pragmatycznej determinacji.
– Ukraińcy i mieszkańcy Kijowa za te cztery lata pełnoskalowej wojny przyzwyczaili się już chyba do wszystkiego. Jak nie ma prądu, to znaczy, że kupimy sobie przetwornice. Jak nie ma wody, to znaczy, że będziemy chodzić i kupować wodę lub zamawiać wodę… U mnie na przykład cały czas jest wanna pełna wody, albo na pół pełna, bo zdarzają się przypadki, kiedy wyłączają wodę i żeby był zapas – mówi Polka z Kijowa.

Lewy brzeg stolicy Ukrainy szczególnie ucierpiał tej zimy. Zniszczona stacja energetyczna sprawiła, że wyłączenia były tam najdłuższe. Część budynków w ogóle nie miała ogrzewania. – Temperatura spada do minus 25 stopni Celsjusza i niestety to jest najcięższa zima ze wszystkich czterech lat. I mieszkańcom Kijowa naprawdę ciężko to przeżyć – opowiada Switłana Bułanowa.
Mimo to nie pojawia się myśl o kapitulacji. – Nie mamy żadnej myśli nawet na to, żeby się poddać. Po prostu będziemy się dostosowywać do takich warunków, jakie są. Nie poddajemy się warunkom, które nam narzucają, lecz tylko dostosowujemy się i robimy wszystko, aby przeżyć albo zwyciężyć – podsumowuje.
2025 – rok najcięższy dla cywilów
Według danych ONZ rok 2025 przyniósł najwyższą liczbę zabitych i rannych cywilów od początku pełnoskalowej inwazji. Ponad 60 procent ofiar stanowili mieszkańcy obszarów przyfrontowych, w dużej mierze osoby starsze. Zmasowane ataki rakietowe i dronowe dotykały także regionów oddalonych od linii walk. Niszczeniu ulegały domy, szkoły, szpitale i infrastruktura krytyczna, powodując długotrwałe przerwy w dostawach prądu, wody i ciepła.
Wojna weszła w fazę wyniszczającą. Rosja ugrzęzła w konflikcie, którego nie potrafi rozstrzygnąć. Ukraina trwa – lecz za cenę, którą jej mieszkańcy określają wprost: „zbyt wysoką”.

Między nadzieją a niepewnością
Cztery lata temu świat patrzył na Kijów z obawą, że upadnie w kilka dni. Dziś stolica stoi, Charków żyje, Odessa pracuje na generatorach. Ale przyszłość nie jest oczywista.
Jedno jednak pozostaje wspólne w relacjach z Charkowa, Odessy i Kijowa: wojna odebrała złudzenia, ale nie odebrała woli trwania.
Między alarmem a ciszą, między mrozem a światłem generatora, Ukraina – także jej polska wspólnota – nadal powtarza: będziemy żyć. Na swojej ziemi.
Eugeniusz Sało
