Nie po raz pierwszy Irańczycy wyszli na ulicę. Tym razem protesty mają przede wszystkim podłoże ekonomiczne, co nie dziwi w kraju, w którym inflacja sięgnęła 52%, a w przypadku produktów żywnościowych 72%. Tymczasem podwyżki pensji dla sfery budżetowej mają wynieść od marca (kiedy to zacznie się irański nowy rok) 20%. Od 2024 roku o 300% spadła też wartość waluty, choć jej oficjalny kurs jest niezmienny. W tej sytuacji zaczęli protestować kupcy z bazarów, mający duży wpływ na życie polityczne w kraju, w którym nie istnieją wielkie sieci supermarketów. Dołączyli do nich studenci oraz mniejszości narodowe i z każdym dniem przybywało osób niezadowolonych w tego, co dzieje się w ich ojczyźnie.
Początkowo sam prezydent Masud Pezeszkian przyznawał, że trzeba się wsłuchać w głosy demonstrantów, że ich postulaty są zasadne. Takie wypowiedzi mogły uspokajać nastroje, zwłaszcza, że polityk ten postrzegany był jako ktoś, kto troszczy się o naród. Również część establishmentu wskazuje, że Iranowi potrzebne są zmiany, które powinny dokonać się na drodze ewolucji, co stoi w sprzeczności z nawoływaniami duchowego przywódcy, którym jest Ali Chamenei. On z kolei powtarza „ani kroku wstecz”, walcząc o przetrwanie reżimu.
Na przestrzeni lat Irańczycy regularnie wyrażali sprzeciw wobec rzeczywistości, w jakiej przyszło im żyć. Przypomnieć można chociażby zieloną rewolucję 2009 roku po sfałszowanych wyborach prezydenckich, w których zwyciężył Mahmud Ahmadineżad, czy demonstracje z 2022 roku po śmierci Jiny Mahsy Amini, aresztowanej i skatowanej przez policję do spraw moralności za noszenie chusty niezgodne z normami narzuconymi przez władzę. Różniły się one jednak nie tylko przyczynami, ale też stopniem zaangażowania społeczeństwa. W 2009 roku na ulice wyszli w dużej mierze mieszkańcy miast, wykształceni, w pewnym sensie uprzywilejowani ludzie, którzy chcieliby żyć jak za rządów szacha Rezy Pahlawiego. W 2022 roku przekrój społeczny demonstrantów był znacznie szerszy i chcąc okiełznać emocje reżim zagroził nawet dzieciom. Terroryzowano je w szkołach, gdzie wpuszczano gaz, chcąc złamać opór ich rodziców, a wśród uczniów były ofiary śmiertelne. W sumie w Iranie zamordowano ponad 500 osób, a około 20 000 aresztowano. Nie stłumiono jednak nastrojów, wręcz sprowokowano aktywizację kobiet i powołanego przez nie ruchu „Kobieta, Życie, Wolność”. Jesienią 2023 roku otrzymał on Nagrodę im. Sacharowa, wyróżnienie przyznawane przez Parlament Europejski osobom lub grupom aktywnie działającym na rzecz praw człowieka i obrony podstawowych wartości. Pośmiertnie nagrodę przyznano także Amini.
Z czasem sytuacja w Iranie pogarszała się. Rosnący kryzys gospodarczy, sankcje nałożone na kraj, wojna dwunastodniowa w czerwcu 2025 roku – to tylko część powodów, dla których dziś trwają największe od lat wystąpienia. Bunt wobec rządzących, przy świadomości, że Iran nie ma obecnie wiernego sojusznika, a sąsiedzi z radością powitaliby obalenie tamtejszej władzy. Podczas wojny z Izraelem i USA nikt się za nią nie wstawił, za to ośmieszono i osłabiono reżim, choć nie zniszczono jego potencjału, przede wszystkim militarnego, a wielu obywateli kibicowało wrogom, pragnąc, by ci „dołożyli” ajatollahom.
Wpływ na nastroje ma także zmęczenie finansowaniem przez Teheran zewnętrznych organizacji terrorystycznych, m.in. Hezbollahu, Huti, Hamasu. Naciskano na rezygnację z takiej polityki i przeznaczenie środków na wewnętrzne potrzeby, co nie dziwi, gdy średnia płaca w kraju wynosi około 220 dolarów, a żołd członka Hamasu 300 dolarów. Terroryści z Hezbollahu otrzymują miesięcznie 1800 dolarów wypłacanych z kieszeni Irańczyków.
Mimo skali demonstracji sytuacja opozycji pozostaje trudna, gdyż nie ma ona silnego, charyzmatycznego przywódcy. Jeśli coś konsoliduje Irańczyków, to nie człowiek, a niechęć do reżimu. Nawet to, że demonstranci często trzymają zamiast aktualnych flag Iranu te, które były symbolem kraju za szacha, z lwem i szablą na tle złotego słońca, nie oznacza, że chcą powrotu monarchii. Przywiązanie do niezwykle ważnych w tej kulturze symboli nie oznacza poparcia dla Rezy Pahlaviego, syna szacha obalonego w 1979 roku.
W oczach wielu Irańczyków jest on marionetką USA, której popularności nie przysparzają fotografie z izraelskimi politykami. Dziś już pewnie nikt, kto zobaczy jego zdjęcie z Binjaminem Netanjahu nie będzie zastanawiał się, czy zostało sztucznie wygenerowane, lecz uzna, że ktoś taki nie może rządzić krajem. Sentymenty i tęsknota za stabilnością to zbyt mało, żeby zaufać.
Reza Pahlavi w opinii Zachodu może być symbolem świeckiego Iranu i szansą na zmiany. Jako dobra wróżba odbierane są jego słowa o powrocie, planowanym po czterdziestu latach życia na wygnaniu, o powołaniu zespołu do spraw transformacji. Ma to nastąpić, gdy tylko naród odniesie zwycięstwo i w tym celu wzywa do wyjścia na ulice i do gotowości do zdobycia i utrzymania centrów miast.
Rzeczywiście, część miast już została przejęta przez demonstrantów, wygnano z nich służby bezpieczeństwa, ale brak obecnego na miejscu przywódcy, który pociągnąłby za sobą cały naród, nie pozwala się z tych sukcesów cieszyć. Pahlavi nie ma faktycznego wsparcia ani struktur politycznych w Iranie. Monarchiści utrzymują dobre kontakty za granicą, są wykształceni i prowadzą skuteczną kampanię informacyjną, ale atuty w rozumieniu Zachodu są dla Irańczyków dowodem na przepaść dzielącą ich od syna szacha. Być może, gdyby rządzący włożyli nieco wysiłku w kampanię wizerunkową, większym zaufaniem cieszyłby się kreowany na reformatora prezydent, mówiący o błędach reżimu, które doprowadziły do sankcji i obiecujący od nowego roku realną pomoc dla ludności w postaci bonów o równowartości siedmiu dolarów. Co prawda napędzą one inflację, ale oceny ekonomistów nie mają większego znaczenia dla polityki. Deklaracje Pezeszkiana są tyleż warte, co opowieści Pahlaviego o demokratycznych wyborach. Póki nikt nie obali rządzących nie ma na nie szans. Tym bardziej, że znaczna część społeczeństwa popiera reżim, z którego czerpie pełnymi garściami.
***
Tak nam się przynajmniej zdaje, ponieważ od 8 stycznia nie wiemy za wiele o tym, co dzieje się w Iranie. Nie po raz pierwszy zresztą.
W dwunastym dniu protestów władze ograniczyły dostęp do Internetu i możliwość korzystania z telefonów. Do takich działań uciekano się już w 2019 roku, podczas wystąpień po śmierci Amini, tych po zestrzeleniu samolotu Ukraine International Airlines 8 stycznia 2020 roku czy przeciwko podwyżkom cen paliwa. Podczas wojny dwunastodniowej również zablokowano Internet i komunikację telefoniczną, powołując się na bezpieczeństwo narodowe. Rząd uruchomił fałszywą aplikację Starlink, mającą służyć śledzeniu obywateli oraz wezwał ich, by zablokowali WhatsApp, o którym mówiono, że jest izraelskim programem szpiegującym. Kroki te przeszły bez większego echa. Kto w Europie o tym wszystkim słyszał?
Dziś, wobec napiętej sytuacji międzynarodowej i możliwego zaangażowania Stanów Zjednoczonych, dziennikarze z dużym zaangażowaniem śledzą rozwój sytuacji. Mówi się, że miało dotąd zginąć co najmniej 650 osób, ale czy ofiar jest więcej? Anonimowe źródło, na które powołał się Reuters, mówi o dwóch tysiącach zabitych. Media państwowe pokazują manifestacje poparcia dla rządu. Ali Chamenei przekonuje, że sytuacja jest opanowana, a atak wrogich sił stojących za protestami odparto. Te prorządowe miały 12 stycznia wyjść na ulice, co było „ostrzeżeniem dla amerykańskich polityków, by zaprzestali oszustw i nie polegali na zdradzieckich najemnikach”.
Przede wszystkim jednak wyłączenie Internetu udowodniło, jak ważnym narzędziem w rękach rządzących jest globalna sieć. Tym bardziej, że Chamenei nadal publikował na portalu X wpisy krytykujące Trumpa i działania USA w Wenezueli. Nie jest to oczywiście pierwsza taka sytuacja – Hosni Mubarak na sześć dni zablokował Internet w Egipcie podczas protestów na placu Tahrir w 2011 roku. We wrześniu Talibowie na 48 godzin zrobili to samo w Afganistanie, aby ograniczyć „niemoralność”. Rosja odłącza Internet swoim obywatelom zasłaniając się zagrożeniem ze strony Ukrainy, a premier Michaił Miszustin podpisał dekret przyznający Roskomnadzor, państwowemu regulatorowi systemów komunikacji, szerokie uprawnienia w zakresie odłączania użytkowników od globalnej sieci. Przepisy pozwalające decydować, co Rosjanie mogą wyczytać na swoich ekranach i monitorach, wejdą w życie 1 marca 2026 roku. W kontekście wydarzeń w Iranie takie decyzje wydają się dziś szczególnie niebezpieczne. Unaoczniają nam bowiem, że władze mogą mamić obywateli dostępem do treści internetowych, równocześnie wybierając „odpowiednie” zasoby i cenzurując. To narzędzie umożliwiające kontrolę nie tylko nad opozycją, ale nad całymi społeczeństwami, które mogą nawet nie być świadome, że ich wolność została ograniczona. Równocześnie uprzywilejowane elity będą miały na wyciągnięcie ręki nielimitowane zasoby informacji i wiedzy, co tworzy iście orwellowską wizję przyszłości.
Czy mamy już świadomość tego, z jakim zagrożeniem przyjdzie nam się zmierzyć? Przeciętny zjadacz chleba zapewne nie wie nawet, co dzieje się w Iranie w kontekście dostępu do informacji. Reakcją Zachodu, prócz głosów oburzenia, była zapowiedź Trumpa, że zadzwoni do Muska, by ten włączył Internet Irańczykom, nałożenie 25% ceł na kraje prowadzące interesy z Iranem i stwierdzenie, że kraj ten „chce negocjować”. Irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi w wywiadzie dla stacji Al Jazeera oświadczył, że utrzymuje kontakt ze Stevem Witkoffem. Równocześnie Teheran zapowiedział, że armia amerykańska i Izrael staną się „uzasadnionymi celami”, jeśli Waszyngton użyje siły, aby chronić demonstrantów.
Słuchając polityków, nie zważamy na to, że Iran potrafi zakłócać Starlinki, a Amir Rashidi, irański ekspert ds. praw cyfrowych powiedział, że jeśli rządzący „chcą szerzyć swoją propagandę, muszą mieć dostęp do Telegramu, muszą mieć dostęp do Twittera, muszą mieć dostęp do Instagrama”. Nie dostrzegamy, jak ważnym komponentem wojen, także tych przeciw własnym obywatelom, stanie się reglamentowanie Internetu, z którego bezmiernych zasobów czerpać będą mogli tylko wybrańcy.
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 1 (485), 16 – 29 stycznia 2026
