Rodacy, nic się nie stało! Obóz dla uchodźców w północnej części Strefy Gazy, Mahmoud Issa

Rodacy, nic się nie stało!

Od wybuchu wojny w Strefie Gazy minęły już ponad dwa lata. Dzień, który przyniósł śmierć największej liczby Żydów od zakończenia Zagłady zapisał się najczarniejszymi zgłoskami w historii Izraela. Otworzył też bramy piekła, przez które wypadły niezmierzone wręcz pokłady pogardy i nienawiści, a żądza zemsty i ból raz jeszcze podpaliły Bliski Wschód. Kiedy to się jednak zaczęło, od Hajfy po Ejlat rozbrzmiało pytanie – gdzie są ci, którzy do tego dopuścili? Wygląda na to, że właśnie doczekaliśmy się odpowiedzi.

Siły Obronne Izraela podzielone są na cztery dowództwa terytorialne: wymierzone przeciwko libańskiemu Hezbollahowi oraz mogącej chcieć odzyskać okupowane Wzgórza Golan Syrii Dowództwo Północne, zabezpieczające częściowo okupowany Zachodni Brzeg oraz fragment granicy z Jordanią, Dowództwo Centralne, okalające Strefę Gazy i strzegące pogranicza egipskiego wraz z resztą jordańskiego Dowództwo Południowe, a także, wspomagające je wszystkie, Dowództwo Frontu Wewnętrznego, obecne w każdym zakątku kraju. Jego rolą jest zapewnienie bezpieczeństwa ludności cywilnej i szeroko rozumianego zaplecza w obliczu zagrożeń. Nad koordynacją działań całej czwórki czuwa Sztab Generalny, którego szef jest równocześnie najwyższym rangą oficerem izraelskim, jedynym w stopniu raw allufa (odpowiednik polski: generał broni, ukraiński: generał porucznik). Do wczesnego roku 2025 był nim Hercel Halewi, aż 21 stycznia podjął decyzję o podaniu się do dymisji. Wziął tym samym na siebie symboliczną odpowiedzialność za niezapobieżenie najazdowi palestyńskich bojowników z 7 października 2023 roku, który kosztował życie tysiąca stu dziewięćdziesięciu pięciu Izraelczyków, a także rozpoczął kryzys zakładniczy, który przyczynił się do dodatkowej liczby ofiar po obu stronach. Tego samego dnia, z tego samego powodu, posypał głowę popiołem Jaron Finkelman, szef Dowództwa Południowego, który również zdecydował się odejść.

Następcą Halewiego został raw alluf Ejal Zamir. Pod koniec listopada bieżącego roku, światowe media podały, że zadecydował on o zwolnieniu z wojska oficerów odpowiedzialnych za klęskę 7 października. Ugiął się w ten sposób pod bezprecedensowym naciskiem społecznym. Powiedzieć, że zamach ten był szokiem dla społeczeństwa izraelskiego, to nic nie powiedzieć. Naród kryjący się pod niezawodną Żelazną Kopułą, szczycący się jednymi z najlepszych służb specjalnych świata i doskonale wyszkoloną armią, stracił nagle poczucie bezpieczeństwa, wokół którego zasadzało się funkcjonowanie państwa żydowskiego. Obiektem krytyki i domagania się pociągnięcia do odpowiedzialności winnych byli zwłaszcza decydenci, z których ten najważniejszy, premier Netanjahu, umywał ręce. Zamiast wyjaśniać kto zawinił – zwłaszcza, że wiele poszlak wskazywało na niego samego – skupił się podsycania społecznego pragnienia zemsty i prowadzeniu wojny. W tym świetle decyzję Halewiego o rezygnacji można upatrywać jako postępowanie honorowe, gest wobec obywateli, mający być zinterpretowany jako komunikat „no daliśmy ciała, ktoś musi ponieść odpowiedzialność, a formalnie to ja wszystkim zawiadywałem”.

Wśród zwolnionych oficerów SOI znalazł się między innymi Finkelman. Ten sam, który szefem Dowództwa Południowego już i tak nie był, po prostu wykreślono go z rezerwy. Ot, kara dla dowódcy okręgu, w którym doszło do jednej z największych kompromitacji izraelskich sił zbrojnych w historii. Innym w pół ukaranym, w pół kozłem ofiarnym, został Aharon Haliwa, również niepozostający już w czynnej służbie były szef Amanu, czyli zarządu Sztabu Generalnego odpowiedzialnego za wywiad wojskowy (odwołany jeszcze w 2024 roku). Analogicznie sytuacja ma się w przypadku Odeda Basiuka, wyrzuconego z rezerwy byłego szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego (odszedł w lipcu tego roku).

„Trybunałów i dochodzeń może i nie ma, ale nie można powiedzieć, że nic nie zrobiliśmy”, zdają się mówić Zamir i Netanjahu. A już zupełnie dosłownie Zamir komentuje podjętą decyzję mówiąc, że nie jest mu łatwo zwalniać ludzi, których ceni i którzy poświęcili swoje życie bezpieczeństwu państwa, a ci oficerowie należą do najlepszych dowódców Izraela. Jego słowa. To jednak nie koniec. „Represje” dotknęły wszak kilku pozostających w aktywnej służbie wojskowych, między innymi dowódców marynarki wojennej oraz lotnictwa, którzy mieli zostać „ukarani” za to, że nie zabezpieczyli kraju przed atakami z powietrza i morza. Mimo to mają pozostać na stanowiskach do końca swoich kadencji. Zapowiedzianego przez Zamira wewnętrznego „dokładnego, profesjonalnego i dogłębnego śledztwa” nie muszą się zatem obawiać. Wiadomość jednak rozniosła się po kraju – sprawcy klęski pociągnięci zostali do odpowiedzialności.

Trzeba też przyznać, że wyciąganie konsekwencji wobec wojskowych ma w Izraelu niezbyt chlubną tradycję. W 1948 roku, gdy kraj dopiero formował się, a relacje Żydów w Palestynie z Brytyjczykami były, delikatnie rzecz ujmując, napięte, Isser Beeri, twórca Amanu i jego pierwszy dowódca (a zatem, poprzednik Haliwy), załatwił wyrok śmierci niejakiemu Meirowi Tubianskiemu. Tubianski, wtedy oficer izraelski, choć wcześniej brytyjski, miał być – zdaniem Beeriego – londyńskim szpionem. Dopiero po rozstrzelaniu „zdrajcy”, niezależne dochodzenie wykazało, że zarzut był absurdalny, a Beeri o swojej akcji zapomniał powiadomić któregokolwiek z decydentów. Tubianskiego ekshumowano, by pochować go z honorami, natomiast Beeri uznany został winnym zabójstwa niewinnego człowieka. Trafił nawet do więzienia, równo na jeden dzień. Inny przykład – masakra w Kafr Kasim. 29 października 1956 roku, izraelscy pogranicznicy mordują czterdziestu ośmiu mieszkańców arabskiej wioski, w tym dwadzieścioro troje dzieci. Sprawcy faktycznie otrzymują wyroki więzienia, niektórzy nawet kilkunastoletnie. Co z tego, skoro skraca je najpierw szef Sztabu Generalnego, potem zaś sam prezydent. Dalej były jeszcze ułaskawienia i tak oto ostatni zbrodniarze wyszli na wolność już w 1959 roku. Dowódca zhańbionej jednostki ukarany został natomiast grzywną.

W ogóle, fakt, że ktokolwiek za cokolwiek odpowiedział, już stanowił z perspektywy Państwa Izrael spory sukces. Większość tego, co poza Tel Awiwem określa się mianem zbrodni wojennych, albo nie miało miejsca, bądź „nie istnieje konsensus co do charakteru zdarzeń” (vide poszukiwania bojowników w obozie uchodźców w Chan Junus, po których znalazło się ponad dwieście siedemdziesiąt pięć trupów, raptem kilka dni po Kafr Kasim), ewentualnie podlega śledztwu, które nie wykazuje znamion przestępstwa. Tak było z osiemnastoletnią Palestynką Hadil al-Haszlamun, postrzeloną na izraelskim posterunku w okupowanym Hebronie na Zachodnim Brzegu w 2015 roku. SOI ogłosiły, że dziewczyna miała przy sobie nóż, co usprawiedliwiało samoobronę. I choć dowody były średnio przekonujące, to strona izraelska tradycyjnie już wyszła z założenia, że ma nad innymi głosami przewagę wiarygodności – w końcu Palestyńczycy i aktywiści sprzyjają terrorystom. Al-Haszlamun wykrwawiła się, czekając na przyjazd karetki. Pomoc medyczna ze strony żołnierzy SOI ograniczyła się do sprawdzenia pulsu oraz wezwania pogotowia. Wewnętrzne śledztwo nie wykazało znamion przestępstwa, choć zastrzeżono, że żołnierz wystrzelił trochę za dużo pocisków i w złe części ciała. Ale to tylko tak na marginesie.

Izrael nie jest jednak republiką bananową. To stabilna demokracja, w której sam prezydent, Mosze Kacaw (lata urzędowania 2000–2007), oskarżony o przestępstwa seksualne, podał się do dymisji, by stanąć przed sądem i po orzeczeniu winy trafić do więzienia. Organy siłowe posiadają bowiem niespisany immunitet. Bierze się poprawkę na warunki, w jakich przychodzi im działać, a także charakterystykę wroga, z którym walczą. Cel, jakim jest obrona Izraela i jego mieszkańców, rozgrzesza to, co się podczas jego realizacji zrobiło.

Możemy próbować odpowiedzieć sobie, na ile to, co dzieje się w Tel Awiwie, to nasza sprawa. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą nie oskarżenia o zbrodnie wojenne – te Izrael automatycznie odrzuca, jako fałszerstwa, antysemityzm, wrogą propagandę, panikę moralną, słowem, cokolwiek, co się nawinie – a zwykłe zaniedbania obowiązków. I może faktycznie, nie naszym problemem jest to, czy taki pan Finkelman odbierać będzie honory, czy zasiłek dla bezrobotnych. Zwłaszcza, że w Izraelu bycie wysoko postawionym oficerem to często wstęp do kariery politycznej, a nawet jeżeli nie, to państwo dba o płynny przepływ takowych ludzi do sektora prywatnego. A zatem, fundacje i firmy czekają. Jest też jeszcze spore zapotrzebowanie na cywilnych urzędników resortu obrony, dla których wysoki stopień z dopiskiem „w stanie spoczynku”, jest miejscami wręcz niespisanym wymogiem.

Wniosek? Jeśli już robić karierę wojaka, to tylko w Izraelu. Alternatywnie – niezależnie od tego, w jakim kraju mieszkamy, patrzmy naszym obrońcom na ręce. Za bardzo ich ubóstwiając zrobimy krzywdę i sobie, i im. A niestety, złe zwyczaje mają to do siebie, że bardzo lubią się w społeczeństwie przyjmować. Stamtąd już prosta droga do konwenansów i tabu, czy wreszcie końcowej stacji – świętości narodowych, które to zawsze, powtórzmy, zawsze zaciemniają nam obraz, gdy idzie o żywych ludzi, od których coś zależy, a nie o piękne tradycje.

Maciej Serżysko

Tekst ukazał się w nr 202 (482), 28 listopada – 17 grudnia 2025

X