Rok 2025 został ogłoszony przez Sejmik Województwa Podkarpackiego Rokiem hrabiego Włodzimierza Dzieduszyckiego – wybitnego przyrodnika, muzealnika, etnografa, mecenasa sztuki i społecznika, którego życie i działalność na trwałe wpisały się nie tylko w historię dawnych Kresów, ale także Lwowa. To postać niezwykła. Był człowiekiem, który potrafił łączyć ludzi ponad podziałami narodowymi i wyznaniowymi, a jego idee ochrony przyrody i kultury wyprzedzały swoją epokę.
O dziedzictwie hrabiego, jego pasjach i wpływie, który trwa do dziś, Anna Gordijewska rozmawia z Melanią Dzieduszycką, sekretarzem Związku Rodowego Dzieduszyckich herbu Sas i Mateuszem Dzieduszyckim, przewodniczącym tego Stowarzyszenia.
Anna Gordijewska: Panie Mateuszu, kim dla Pana jest Włodzimierz Dzieduszycki? Pan nosi to samo nazwisko.
Mateusz Dzieduszycki: On jest przede wszystkim dla mnie wielką inspiracją i jak to się mówi: niedościgłym wzorem. Aczkolwiek, jeżeli chodzi o więzy rodzinne, to jest mój pradziadek. Tym niedościgłym wzorem to nie jest tak beznadziejnie, ponieważ przez te lata, kiedy dowiadujemy się coraz więcej o Włodzimierzu, okazuje się, że był on z jednej strony kimś bardzo niezwykłym, a z drugiej strony kimś bardzo, bardzo zwyczajnym. Był nieśmiały, jako dziecko musiał pokonać wiele przeciwności. Jąkał się. W nauce mama i tata na pewno go motywowali do tego, żeby przysiadał do książek i on w posłuszeństwie za tym podążał, czyniąc ogromne postępy w tej nauce.
Melania Dzieduszycka: Był pilnym uczniem, Mateuszu.
Mt.D.: Był pilnym uczniem, tak. W odróżnieniu ode mnie na przykład. (śmieje się). Natomiast mając wzór człowieka, który te wszystkie przeciwności jakoś pokonywał, trochę łatwiej mierzyć się z wyzwaniami życiowymi. Myślę, że to jest pewna inspiracja dla przyszłych pokoleń. Płynie stąd, że można dokonać zupełnie niezwykłych rzeczy będąc człowiekiem, który musi mierzyć się też ze swoimi słabościami.

A.G.: A gdzie się urodził?
M.D.: Urodził się w Jaryszowie na Podolu. W bardzo małym, skromnym dworku, który możemy podziwiać, ponieważ został utrwalony przez Aleksandra Ordę w jednej z wielu jego podróży dokumentujących zamki, dwory w Galicji. Stamtąd z rodzicami pojechał do Poturzycy i w Poturzycy się wychowywał. To było niezwykłe miejsce otoczone przyrodą. Dla Włodzimierza to było lekarstwo na tę jego nieśmiałość i liczne choroby. Bo on bardzo był chorowitym jedynakiem i rodzice na pewno martwili się poważnie o jego zdrowie. Włodzimierz miał 22 lata, kiedy umarł jego ojciec Józef i wtedy stał się właścicielem ogromnego majątku. Młody chłopak, który musiał przyjąć na siebie ogromną odpowiedzialność zarządzania rodzinnym majątkiem, także zajęcia się własną matką. Wiemy, że ten tryb nauki, o którym opowiadał Mateusz, zmierzał do tego, żeby go przygotować do prowadzenia tego majątku i on temu podołał.

Mt.D.: Włodzimierz charakteryzował siebie w ten sposób, że mimo, iż jest słaby, że nie ma dość sił, jednak całym sercem i gorącą miłością należy do tej ziemi. Taka była jego motywacja. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele musi pokonać, aby dorosnąć do roli właściciela majątku, który obszarem jest porównywalny z województwem świętokrzyskim obecnie. To były zupełnie niesamowite dobra, o czym może warto wspomnieć. Włodzimierz był też wychowywany do służby publicznej. On traktował ją w sposób bardzo, można powiedzieć nawet radykalny, gdyż połowę tego majątku przeznaczył na cele społeczne. Powołał ordynację poturzycko-zarzecką, na którą przepisał połowę swoich dóbr. Ordynacja jest to odpowiednik dzisiejszej fundacji i majątek ordynata nie jest jego własnym majątkiem. To majątek ordynacji służył temu, żeby utrzymać muzeum przyrodnicze, żeby właśnie fundować stypendia, żeby naukowcy mogli pracować. Znaczącą działalnością Włodzimierza była też etnografia.
M.D.: Włodzimierz był miłośnikiem etnografii, zwłaszcza Huculszczyzny i Pokucia. Wyroby huculskie promował po pierwsze na wystawach światowych i krajowych z ogromnym sukcesem. Dzięki tej promocji sztuka ludowa Huculszczyzny i Pokucia stała się znana w Paryżu, w Wiedniu. O tych wyrobach usłyszeli również w Ameryce. Jest taka anegdota, że po wystawie w Wiedniu Amerykanie, nie wiem jacy Amerykanie, ale chcieli zamówić ileś tysięcy kilimów huculskich, którymi się zachwycili na tej wystawie. Włodzimierz przemyślał sprawę i tak mu na sercu jakby leżało to, żeby to było rękodzieło, żeby to było dzieło sztuki, a nie działalność komercyjna, że powiedział tym, którzy chcieli zamówić, że fabryki spłonęły i nie może wyprodukować tych tysięcy zamówionych kilimów.
A.G.: Jednym z najsłynniejszych etnografów XIX wieku był Kolberg. Czy spotkali się w życiu Dzieduszycki i Kolberg?
Mt.D.: Tak, można nawet zaryzykować takie twierdzenie, że Włodzimierz, o ile nie zainspirował Kolberga, to w każdym razie dał podwaliny do jego dalszych badań. Na pewno pomagał również w tych badaniach finansowo. Wydaje się, że Włodzimierz w jakimś sensie odkrył dla świata Huculszczyznę. Kolberg oczywiście swoim podejściem naukowym, swoimi pracami potem te odkrycia Włodzimierza rozpowszechnił. Warto też wspomnieć o ukraińskim badaczu Huculszczyzny, o Szuchewiczu, który wielką czterotomową pracę o Huculszczyźnie zawdzięcza właśnie sfinansowaniu jej przez Włodzimierza. Tutaj taka ciekawostka, że ta praca ukazała się po śmierci Włodzimierza Dzieduszyckiego. W testamencie zaznaczył, że ta praca, która rozpoczęła się jeszcze za jego życia, musi być dokończona i przeznaczył w testamencie pokaźną sumę na dokończenie właśnie tego dzieła Szuchewicza o Huculszczyźnie. Razem z Kolbergiem to są podstawy dzisiejszej wiedzy o tej wspaniałej sztuce ludowej, która przez Polaków uważana jest za część stylu narodowego razem ze stylem zakopiańskim. Równie wielką estymą oczywiście darzą ją Ukraińcy, więc Huculszczyzna jest już dziedzictwem obydwu tych narodów.

A.G.: Był człowiekiem wszechstronnym i mówi się, że był budowniczym mostów. Czy to znaczy, że był też inżynierem?
Mt.D.: Nie, chyba tego jednego nie można mu przypisać, choć ponoć jak fundował kościół, to budował również cerkiew. W każdej wsi, w której właśnie powstawało coś dla jednego wyznania, również powstawało dla drugiego. We wsiach, które należały do jego majątków. Ponoć także godził rabinów. Rabini przychodzili do niego, żeby uzyskać jakieś pojednanie między sobą. Nie wiem, czy to prawda, ale taki przekaz w rodzinie funkcjonuje. Nie wydaje się on daleki od tego, co o Włodzimierzu wiemy. Wiadomo za to na pewno, że podczas pogrzebu Włodzimierza Dzieduszyckiego za jego trumną szli biskupi trzech wyznań – rzymskokatolicki, greckokatolicki i ormiański. Więc to budowanie mostów było czymś, co przetrwało życie Włodzimierza, co jest właśnie naszym dziedzictwem.
A.G.: Dzieło swojego życia, jak mówił, czyli muzeum przyrodnicze podarował krajowi. Co wówczas znaczył kraj?
Mt.D.: Zadajemy sobie to pytanie. Raczej nie znaczył po prostu Rzeczpospolita, która wówczas nie istniała. Być może obejmował naród polski, ale z całą pewnością obejmował ludzi, którzy tutaj żyli. Włodzimierz Dzieduszycki mówił: wszyscyśmy się tu zrodzili. Mając na myśli z całą pewnością Polaków, Ukraińców przy tej świadomości, że sam jest z rodu rusińskiego i nosi w sobie tradycję obu tych narodów. Myślę, że miał prawo tak powiedzieć w imieniu właśnie i Polaków, i Ukraińców. I dlatego też w jego domu na Kurkowej posłowie Sejmu Galicyjskiego, z koła polskiego i z koła ukraińskiego znajdywali taką przestrzeń do dialogu i do nawiązywania porozumień w czasach, które niekoniecznie były łatwiejsze od dzisiejszych i w których Włodzimierzowi udawało się budować te mosty, o które pani pyta.

A.G.: A teraz chciałabym porozmawiać o jego rodzinie, o jego kobietach, o jego dzieciach.
M.D.: Swoją żonę Alfonsynę z Miączyńskich wypatrzył ponoć w teatrze.
Mt.D.: Ale nie na scenie! (śmieje się)
M.D.: Siedziała na widowni, miała wówczas 15 lat. Musiał najpierw ją zidentyfikować, a później ze swoim kuzynem Kazimierzem wyruszył w podróż do państwa Miączyńskich, żeby poznać Alfonsynę, poznać rodziców. Musieli poczekać dwa lata, bo Alfonsyna musiała być pełnoletnia, żeby wyjść za mąż. Zachował się taki list, który jest w Bibliotece im. Wasyla Stefanyka, dawnym Ossolineum, kiedy Włodzimierz opowiada mamie o tym, jak oświadczył się Alfonsynie. To było w towarzystwie hrabiego Miączyńskiego. Ojciec Alfonsyny zapytał się jej i powiedział, że jeżeli jej się nie podoba, to może wyjść, a jeżeli jej się podoba, to niech mu to powie. I wtedy Alfonsyna powiedziała, że tak, że zostaje w tym pokoju, nie wychodzi z pokoju.
A.G.: Czyli dała zgodę. Wcale jej się nie dziwię!
M.D.: Dała zgodę, tak. Byłam wzruszona zresztą tym, że on to spisał i że miał bliską więź z mamą. To wiadomo, ale że on to mamie tak dokładnie opisał. Bo później jeszcze pisał o tym, że ją trzymał za rękę i że to było wspaniałe przeżycie.
Mt.D.: Włodzimierz opisał to swojej mamie Paulinie. I to były zaręczyny.

A.G.:A później był ślub…
M.D.: A później był ślub we Lwowie, w kościele dominikanów. I później urodziło się pięć córek, ale pierwsza Paulina bardzo wcześnie jako niemowlę umarła. Najstarsza Klementyna, później była Maria. Klementyna, późniejsza Szembekowa, Maria Cieńska. Anna, to zabawne, wyszła za Tadeusza Dzieduszyckiego. A Tadeusz był synem Kazimierza, z którym Włodzimierz jechał po Alfonsynę do państwa Miączyńskich, do Pieniak. A czwarta córka to Jadwiga, późniejsza Czartoryska, która wyszła za mąż za Witolda Czartoryskiego.
Mt.D.: Muszę tu jedną rzecz uzupełnić. Nazwisko Dzieduszycki nie zawdzięczam Włodzimierzowi, tylko temu, że Włodzimierz właśnie swoją córkę Annę wydał za Tadeusza Dzieduszyckiego, swojego dalekiego, dalekiego krewnego. I przyjaciela. Tak że ja tytuł do nazwiska mam po innej linii.
A.G.: Czyli urodziły się cztery córki i jak dalej toczyły się dalsze losy rodziny?
M.D.: Rodzina mieszkała we Lwowie przy Kurkowej 18 w wielkim pałacu i Włodzimierz skupiony był na swojej pracy, na prowadzeniu muzeum. Domem zajmowała się Alfonsyna. Córki były starannie wychowane. Miały prywatnych nauczycieli i uczyły się oczywiście języka polskiego, geografii, historii języków, muzyki. Zastanawiam się teraz, czy to było typowe wychowanie.
Mt.D.: Wydaje mi się, że chyba nie do końca typowe. Bo to było wychowanie nie dość, że staranne. Oczywiście wtedy dzieci arystokratów nie chodziły do szkół, pobierały wykształcenie w domach. Ale jak na kobiety w XIX wieku to wychowanie i edukacja były na dużo, dużo wyższym poziomie, mam wrażenie, niż to często miało miejsce. Nie z winy oczywiście samych kobiet, z tej przyczyny, że ich miejsce nie zawsze otoczenie społeczne widziało w elitach intelektualnych i w zarządzaniu majątkami.
Zresztą taka zabawna sytuacja: Kossak na swojej grafice przedstawił zebranie lekarzy i przyrodników polskich w ratuszu we Lwowie, podczas którego przemawiał Włodzimierz Dzieduszycki na otwarcie tego posiedzenia. A tam oczywiście sami panowie, lekarze i przyrodnicy, ale gdzieś tam daleko na galerii są widoczne panie. Takie to były czasy, więc dawanie wykształcenia córkom było moim zdaniem świadectwem wychodzenia poza ramy tej epoki i świadomości, że to wykształcenie po prostu kobietom też się należy.
Rysunek J. Kossaka, przemawia Włodzimierz Dzieduszycki, Muzeum Dzieduszyckich w ZarzeczuA.G.: Jakim byli małżeństwem?
Mt.D.: I tutaj, żeby nie było tak za słodko, do dzisiejszych czasów dotrwała korespondencja między Włodzimierzem i Alfonsyną. Korespondencja, która właśnie daje świadectwo momentami, ja bym powiedział nawet dramatyczne, przełamywania tych barier. Bo tam Alfonsyna, która bez wątpienia była kobietą dobrze wykształconą, intelektualnie niesamowicie rozwiniętą i ambitną, ale ona jakby się domagała pozycji właściwej dla swoich ambicji, dla swojego intelektu. Chciała być dla Włodzimierza powiedzielibyśmy dzisiaj partnerką w tym życiu publicznym, w zarządzaniu majątkiem.
To małżeństwo było wspaniałe, ale chyba nie było pod tym względem takie super łatwe. Co znowuż chyba dla nas dzisiaj jest też pewnym natchnieniem, że to co z czym my się dzisiaj mierzymy często w naszym życiu, w naszych relacjach, również małżeńskich, również między kobietami i mężczyznami, że nic innego nie było w XIX wieku. Dotrwały takie listy, właśnie korespondencja między Alfonsyną a Włodzimierzem, gdzie możemy znaleźć tego świadectwo. Te listy są publicznie dostępne i moim zdaniem stanowią bardzo, bardzo cenny zasób źródłowy historii dla badaczy tych relacji w XIX wieku.

M.D.: Z pewnością Alfonsyna miała bardzo mocny, silny charakter i domagała się z całą stanowczością uczestniczenia w codziennych, gospodarskich, sprawach, ale też decydowania o wykształceniu córek, prowadzeniu domu, też takiego równoległego uczestniczenia w życiu. Wydaje mi się, że oni dopracowali się modelu, w którym razem robili jednak wspólne rzeczy. To widać na przykład przy wystawach etnograficznych, kiedy Alfonsyna dbała o krąg kobiet, które tkały, które robiły koronki. I te prace były pokazywane na tych wystawach. A w przewodniku po swoim muzeum, który Włodzimierz Dzieduszycki napisał, na końcu on dziękuje w większości kobietom. Kobietom, które wsparły to muzeum, które wsparły jego pracę, które razem z nim tworzyły to muzeum, bo do tego muzeum ludzie dawali swoje wyroby albo to, co mieli w domach, albo to co upolowali i ta lista składa się głównie z kobiet. On miał cztery córki, więc trudno żeby nie dostrzegał kobiet. Ten dziewiętnastowieczny mężczyzna z czasem zaczął te kobiety dostrzegać i one uczestniczyły aktywnie w jego życiu.
Mt.D.: Warto próbować! (śmieje się).

A.G.: Włodzimierz Dzieduszycki był również marszałkiem Sejmu Galicyjskiego.
M.D.: Został marszałkiem w 1876 roku wbrew swojej woli. To znaczy, że miał duże poczucie odpowiedzialności za sprawy publiczne i zgodził się, bo taka była potrzeba chwili. Ale będąc tym marszałkiem zajmował się tym, co mu najbardziej na sercu leżało, czyli szkolnictwem, edukacją, zakładaniem szkół i wspomaganiem powstawania tych ustaw, które miałyby się zaopiekować edukacją i szkolnictwem w Galicji. Marszałkiem był pół roku, ale te ustawy, które po nim zostały i kierunek nadany rozwojowi edukacji był bardzo znaczący. On nie był politykiem, jak byśmy powiedzieli, był naukowcem, przyrodnikiem, miłośnikiem, społecznikiem, mecenasem i tę rolę wypełnił znakomicie.

Mt.D.: Zdaje się, że była to sytuacja troszeczkę kryzysowa, kiedy nie bardzo można było wyłonić marszałka spośród, powiedziałbym, ludzi o ambicjach politycznych. Wydaje mi się, że to jest też część tego rysu Włodzimierza jako budowniczego mostów. To znaczy, o ile w polityce on swojej roli nie widział, jednak widział siebie jako tego, który jednał ludzi ze sobą. I jakbym miał obstawiać, to chyba dlatego przezwyciężył te swoje opory i podjął się tej roli. Sprawował ją tak długo, jak to było potrzebne. W kategoriach pewnej służby społecznej traktując. I potem wrócił do swoich zajęć, w których bardziej się realizował, lepiej się czuł. Natomiast ta jego rola publiczna, myślę, że również rola marszałka Sejmu posłużyła także do promocji tych rzeczy, za którymi się ujmował.
Między innymi, trzeba jeszcze wspomnieć o nim jako o wielkim, powiedziałbym, wystawienniku. Dokonał niesamowitych rzeczy. Tę sztukę huculską, przemysł ludowy, jak wówczas mówiono, czyli rzemiosło wyniósł na światowe salony. Wystawy światowe, które współtworzył, były doceniane na przykład w ten sposób, że od Francji dostał Legię Honorową, od cesarza Franciszka Józefa również dostał jedno z najwyższych odznaczeń za właśnie to, że ten polski przemysł ludowy, czy galicyjski przemysł ludowy promował w zupełnie niesamowity sposób.
A.G.:Ile lat przeżył?
Mt.D.: Włodzimierz umarł na rok przed końcem stulecia, w którym funkcjonował. Stulecia tragicznego dla Polski. Tragicznego też w dużym stopniu w dziejach Europy, kiedy kończyła się pewna opoka, zaczynała się nowoczesność. Przeżywszy lat zaledwie 74. Zaledwie, bo w takim czasie zrobić tyle rzeczy, to się wydaje nieprawdopodobne, a jednak dokonał tego wszystkiego. Jak to się mieści w jednym życiorysie, po prostu trudno w to uwierzyć. Był to bez wątpienia człowiek przełomu epoki romantycznej. On wspomagał działania powstańcze. Prowadził w swoich majątkach szpital powstańczy, prowadził pocztę powstańczą. Ale jak powstania upadały, to zajmował się pracą organiczną, tak jak wówczas ją rozumiano. Prowadził działania z myślą o tym, że Polska kiedyś odzyska niepodległość. Dla niego bardzo ważna była tradycja pierwszej Rzeczypospolitej, o której mówił Rzeczpospolitej Trojga Narodów i temu pozostał wierny do ostatnich dni życia. Niepodległości doczekała żona Włodzimierza Alfonsyna. Zmarła w 1919 roku.

Oboje zostali pochowani w Zarzeczu, które było dla nich bardziej letnią rezydencją niż domem stałego zamieszkania. Byli związani całe życie najbardziej ze Lwowem, natomiast w Zarzeczu w tej chwili jest Muzeum Dzieduszyckich, które dużą część swoich zbiorów poświęca właśnie Włodzimierzowi i Alfonsynie.
A.G.: Bardzo dziękuję Państwu za te ciekawostki z życia Włodzimierza Dzieduszyckiego, za przybliżenie sylwetki. Ale wszystkiego nie dało się ująć w tych dwóch rozmowach, więc możemy zaproponować by skorzystać i uzupełnić swoją wiedzę dzięki temu, że jest strona internetowa.
Mt.D.: Tak, zapraszamy gorąco na dzieduszyccy.pl. Tam też jest podstrona poświęcona Włodzimierzowi Dzieduszyckiemu. Tutaj Melania mrówczą pracą swoją od wielu lat takie właśnie ciekawostki prezentuje. Pewnie nie wypada jej reklamować strony, którą tworzy, ale ja to robię bez mrugnięcia okiem. Zapraszamy na tę stronę bardzo serdecznie!
A.G.: A ja bardzo serdecznie dziękuję za tę rozmowę.
Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 21 (481), 14 – 28 listopada 2025

