Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka
gdyby wszyscy byli silni jak konie
gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości
gdyby każdy miał to samo nikt nikomu nie byłby potrzebny
ks. Jan Twardowski
Pierwszy raz zetknęłam się z Ludwikiem Konopką spacerując latem po parku w Polanicy Zdroju. Usłyszałam w oddali muzykę i zaczęłam natychmiast szukać jej źródła. A kiedy zobaczyłam Ludwika siedzącego na „piecyku” i grającego na gitarze, uderzyło mnie pytanie, co on tutaj robi? Tej klasy muzyk z tak nieprawdopodobnym talentem.

Ludwik Konopko urodził się we Lwowie. Tam uczęszczał do polskiej szkoły i tam po raz pierwszy pojawił się na scenie występując w orkiestrze Filharmonii Lwowskiej. We Lwowie jeszcze w latach osiemdziesiątych założył razem z kolegami pierwszy zespół muzyczny o nazwie Tea Fan Club (TFC). W Polsce Ludwik zamieszkał na stałe na początku lat dziewięćdziesiątych i dalej podążał wcześniej obraną ścieżką. Najpierw współtworzył zespół Cocotier, a potem założył własną grupę Acoustic Travel Band, która wykonywała głównie jego kompozycje i aranżacje, bo kreatywność i potrzeba tworzenia towarzyszyły mu od zawsze. Zespół przez kilka lat występował w całej Polsce i Europie porywając publiczność, a jego płyty rozchodziły się w tysiącach egzemplarzy. AcousticTravel Band wystąpił też we Lwowie na zaproszenie Konsula Generalnego RP. Kiedy drogi muzyków się rozeszły, Ludwik podejmował współpracę z kilkoma zespołami. Czas z Que Passa wspominał jak spełnienie marzeń, z Pilár wśród przyjaciół pozostał najdłużej. Grupa ZOA Band była jego własnym projektem muzycznym.
Ludwik przez kilkanaście lat pojawiał się co roku w Parku Zdrojowym w Polanicy, zawsze w pierwszy ciepły wiosenny weekend. Wiadomo wtedy było, że niedługo nadchodzi lato i kolejny rok będzie się niezmiennie toczył. Kiedy dojrzewały czereśnie przenosił się z Katowic i mieszkał w Polanicy aż do jesieni, zawsze w tym samym pensjonacie, u Gołębi. Grał wtedy codziennie w polanickim parku z przerwami na kawę w zaprzyjaźnionej Zdrojowej. Niektórzy mijali go bez wrażenia, jakby muzyka dla nich nie istniała. Innych przyciągał dźwiękiem swojej gitary jak magnes, potrafił zatrzymać dla nich czas. Ci wracali do tego miejsca co roku mając nadzieję, że znowu będą mogli go usłyszeć. Wypełniał swoją grą całą przestrzeń, chociaż sam starał się być niezauważony i pozostawał zatopiony we własnych myślach. Miał też zawsze płyty ze swoimi nagraniami i kompozycjami. Co roku przygotowywał je na nowo i wkładał do tej samej okładki, bo nie to było przecież ważne. Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy na płycie znajdowałam 11, 12 lub nawet 13 utworów, chociaż okładka była ciągle taka sama i wymieniała ich tylko 10. Free Time jaki znamy z jego dyskografii, to ostatnia wersja tego cyklu z nową szatą graficzną. Jak mawiał Ludwik, ostatnia po wsze czasy.
Bycie niezależnym artystą to ciężka droga w życiu. Kiedy w grudniu 2020 roku Ludwik Konopko rozpoczął prace nad nowym albumem RAIA, jakby odrodził się na nowo. Tworzył i nagrywał, dopracowywał każdy szczegół. RAIA ujrzała światło dzienne już po kilku miesiącach, a Ludwika rozpierała duma. Cieszył się z niej ogromnie i bardzo przeżywał wszystko, co było z nią związane. Utwory takie jak tytułowa Raia, Zoa, czy Nim Zajdzie Słońce otrzymały specjalne wyróżnienia w konkursach International Songwriting Awards (UK) oraz Unsigned Only Music Competition (USA). Znalazły się one również w finałach takich międzynarodowych konkursów, jak UK Songwriter Contest (UK), International Acoustic Music Awards (USA) oraz Annual Great American Song Contest (USA). Płyta RAIA stała się największym osiągnięciem Ludwika i jak twierdził, po raz pierwszy podpisywał się tam pod każdym dźwiękiem.
Rok później Ludwik zaczął pracować nad kolejnym albumem Serenity. Chciał w nim umieścić swoją wizję utworów, które wybrał, znał i lubił. Kiedy nagrał pierwszy z nich – Travels Pata Metheny – wielu uznało, że wersja Ludwika udoskonaliła oryginał i jako taka przejdzie do historii. W trakcie pracy nad Serenity nadeszła jednak choroba, nagle i niespodziewanie. Trudno było się Ludwikowi z nią mierzyć, w jednej chwili zmieniło się całe jego życie. Intensywne leczenie, badania, terapie, operacje i pobyty w szpitalu stały się nagle mroczną codziennością. Zaczęły wypełniać oś czasu prawie bez reszty. Wyczerpanie związane z chorobą i leczeniem towarzyszyło mu każdego dnia. Nie miał się jednak zamiaru poddawać i walczył o swoje zdrowie z całych sił. Cały czas miał marzenia. Mimo wszystkich przeciwności Ludwik zdołał ukończyć Serenity, a jego własna kompozycja Up & Down umieszczona na końcu płyty znalazła się w finale konkursu UK Songwriting Contest.
Ludwik Konopko odszedł od nas po bardzo ciężkiej chorobie rankiem 6 lipca 2024 roku. Odszedł w objęcia wielkiej, wszechobecnej miłości, jak mówił bliski mu ksiądz Łukasz podczas pięknej ceremonii pogrzebowej w archikatedrze w Katowicach. Odszedł od nas artysta o wielkiej wrażliwości i ogromnym talencie. Grał i tworzył, by słyszeć muzykę, a nie tylko dźwięki. Następną płytę miał już gotową w głowie. Zatrzymajmy się na chwilę i wspomnijmy Ludwika Konopkę słuchając jego twórczości. Był muzykiem niezwykłym.
Dorota Karłowska
Tekst ukazał się w nr 13 (473), 15 – 28 lipca 2025

