Czasem zapominamy, że choć Ukraina gra o najwyższą stawkę, jaką jest przetrwanie, bezpieczeństwo i rozwój państwa, to wysoko gra także Rosja. I wcale nie jest w tak komfortowej sytuacji, jak chciałaby to przedstawiać moskiewska propaganda.
Jeśli mamy wątpliwości, czy tak rzeczywiście jest, bo przecież media donoszą o kolejnych spotkaniach na szczycie rosyjskiego przywódcy, nowym pocisku, wobec którego obrona ukraińska była bezsilna, sukcesach na froncie, to zwróćmy uwagę na głosy, które ostatnio znów płyną z Kremla. Były już słyszane, lecz powtarzane kolejny raz wywołują zrozumiałe zainteresowanie, ale i lęk świata, bo przecież trudno zachować spokój wobec groźby użycia broni jądrowej czy przejść obojętnie obok propozycji podzielenia ukraińskiego terytorium.
Kiedy Zachód uspokaja, że atak nuklearny jest mało prawdopodobny, bo nikt nie potrafi przewidzieć jego skutków, Rosja grozi także w sposób konwencjonalny i dowodzi, że pociski hipersoniczne w 12 minut znajdą się w Warszawie, niewiele więcej zajmie im droga do Berlina czy Londynu. Obecnie wszystkie europejskie stolice znajdują się w zasięgu uderzenia, którego nie jest w stanie powstrzymać żadna obrona przeciwlotnicza, a to musi mobilizować polityków do weryfikacji stanowiska wobec Moskwy. Przede wszystkim bezpośrednie zagrożenia życia jest bardzo skutecznym narzędziem zastraszania Zachodu, bo obywatele żadnego z państw nie wesprą działań mających na celu tak dalece idącą eskalację konfliktu, a w demokracjach, jak by nie były kulawe, politycy muszą się jednak liczyć ze zdaniem elektoratu.
Czy rzeczywiście Putin gotów będzie równocześnie zaatakować znaczną część świata? Przekonał nas, że jest szaleńcem gotowym na wszystko, co może nie wpłynęło korzystnie na jego reputację, ale może mieć przełożenie na skuteczność działań. W tym przypadku nie należy wykluczać, że najbliższe posunięcie Kremla wcale nie będą obliczone na kontynuację wojny, a wręcz przeciwnie – na jej wyciszenie.
Pokój leży w interesie Ukrainy, na wygaszeniu konfliktu prawdopodobnie coraz bardziej będzie też zależeć Rosji. Systematycznie rośnie jej uzależnienie od innych państw, potrzebni są żołnierze z Korei, wsparcie gospodarcze Chin, które nie stały się przecież z dnia na dzień przyjacielem Moskwy, konieczne są ciemne interesy z małymi krajami i wszelkiej maści watażkami, którzy pomagają w omijaniu sankcji. To upokarzające doświadczenie i leczenie się z tych kompleksów może być długotrwałe, chyba, że Putinowi uda się „odzyskać” Ukrainę i wpływy w Azji centralnej, odbudować imperium, czymkolwiek by ono miało być.
Dlatego, jak się wydaje, Putin może sobie pozwolić na zamrożenie wojny, ale w żadnym wypadku nie na jej przegranie. Tym zresztą zainteresowany nie będzie także Zachód, szczególnie Stany Zjednoczone. Upadek Rosji będzie oznaczał wzmocnienie Chin, a relacje z Pekinem bardziej interesują Trumpa, niż sytuacja w Kijowie. Ponadto wymykająca się spod kontroli słabość rosyjskiej polityki i gospodarki przełoży się nie tylko na chaos na ogromnym obszarze Azji i Europy, ale też niemożność robienia z nią interesów, a tymi żywotnie zainteresowane są chociażby Niemcy. Dlatego jest prawdopodobne, że ani Rosjanie nie będą zwolennikami prowadzenia wojny na jeszcze większą skalę, ani przedstawiciele Zachodu. Zakładając, że jej celem nie byłoby zniszczenie świata, a jedynie rozszerzenie konfliktu, byłby to nie tylko gwóźdź do trumny wielu karier politycznych, ale przede wszystkim biznesów. A o cóż innego toczy się gra, jeśli nie o pozycję i pieniądze?
Jednocześnie trudno zakładać, że Trump pozwoli sobie na rozbiór Ukrainy – wzmocnienie Rosji kosztem kraju nękanego od dziesięciu lat przez silniejszego, większego przeciwnika, byłoby czymś więcej, niż rysą na wizerunku USA, a ponadto zwiastowałoby przyszłe zagrożenie dla Ameryki ze strony nieprzewidywalnego Kremla. Niewykluczone, że nawet nikt nie potraktuje poważnie takiego pomysłu, że jest to tylko zabieg obliczony na sondowanie nowej amerykańskiej administracji, a jednocześnie kolejny pretekst do skłócenia państw Unii Europejskiej.
Temat Ukrainy jako sztucznego państwa pojawił się przed rozpoczęciem „operacji specjalnej” i był sposobem na przygotowanie opinii publicznej do tego, co miało nastąpić. Putin podkreślał, że Ukraina to „dzieło” Lenina i Stalina sugerując, że Rosja, jako spadkobierczyni ich spuścizny, może sobie rościć prawa do sąsiedniego kraju i dysponowania jego terytorium wedle własnej woli. Jako sprzymierzeńców w potencjalnym akcie rozbioru Ukrainy szybko zaczęto wskazywać konkretne kraje – wśród nich znalazły się Polska, Rumunia i Węgry. Doniesienia na ten temat pojawiły się nie tylko w Rosji, te zresztą były chyba najmniej istotne. Nikt chyba też nie przywiązywał wagi do słów Aleksandra Łukaszenki, który ostrzegał Ukrainę, że „polski reżim zrobi wszystko, aby odzyskać historyczne terytoria Polski”. Mówiono o tym w samej Ukrainie, gdzie zwolennikiem takiej tezy był chociażby Ilja Kiwa, deputowany do Rady Najwyższej, ale i Szwajcarii, gdzie rosyjskie slogany powtarzał były doradca NATO i emerytowany pułkownik szwajcarskiego wywiadu Jacques Beau.
Były sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg powiedział, że władze Kijowa mogą być zmuszone do oddania terytoriów utraconych w wyniku konfliktu z Federacją Rosyjską. W podobnym tonie wypowiadał się na łamach tygodnika „The Spectator” brytyjski dziennikarz, historyk i pisarz Owen Matthews. Pisał on, że jedynym rozwiązaniem dla Zachodu, który nie jest zainteresowany konfliktem z Rosją na dużą skalę, pozostał faktyczny podział Ukrainy, a raczej przyznanie, że „w dużej mierze podział Ukrainy już nastąpił”. Kijów nie ma dziś realnej możliwości odzyskania ziem leżących w granicach z 1991 r., coraz bardziej zmęczone wojną społeczeństwo też gotowe jest „odpuścić” Krym czy wschodnie obwody. Potwierdzeniem tej tezy są wyniki badań opinii publicznej, przeprowadzonych przez Instytut Gallupa w sierpniu i październiku 2024 roku. Wynika z nich, że 52% pytanych chciałoby, aby Ukraina zgodziła się na jak najszybsze zakończenie wojny. 38% mówi, że należy kontynuować walkę, aż do zwycięstwa. Ponadto niemało osób uważa, że Ukraina powinna być gotowa do oddania część terytorium w zamian za pokój. Gdy w latach 2022 i 2023 odpowiednio 92% i 93% Ukraińców opowiadających się za kontynuacją walki uważało, że zwycięstwo przyniesie zwrot wszystkich terytoriów utraconych od 2014 roku, także Krymu, to w 2024 r. odsetek ten spadł do 81%.
Co ciekawe, we wrześniu 2024 r. swoje badania przeprowadziło Centrum Levady, niezależny ośrodek rosyjski. Jak się okazało 54% Rosjan opowiedziało się za negocjacjami pokojowymi, 39% ankietowanych było za kontynuacją działań wojennych. Jest to niewielki, ale jednak spadek w stosunku do września 2022 r., kiedy to negocjacje poparło 48% Rosjan, a 44% respondentów chciało kontynuacji działań wojennych.
Po obu stronach frontu mamy więc znaczącą grupę osób, które pragną pokoju i gotowe są w jego imię zrezygnować z tego, co do nich należy, albo z tego, co udało się zdobyć za cenę życia tysięcy ludzi. Media i politycy także zdają się przygotowywać obywateli do kosztownego rozejmu, chociażby przypominając Ukraińcom, że nawet, jeśli Cypr nie uznaje samozwańczej Tureckiej Republiki Cypru Północnego, to został członkiem UE, a Niemcy, podzielone po II wojnie światowej, zdołały się w końcu zjednoczyć.
Równocześnie pojawiają się informacje, że to Zachód naciska, by Ukraina z uporem kontynuowała walkę, bo dzięki temu Rosja będzie mogła odnieść miażdżące zwycięstwo, kiedy już bezlitośnie osłabi przeciwnika, albo dąży do tego, by przetestować kosztem Kijowa jak największą ilość broni i dopracować taktykę i strategię, za cenę życia obrońców kraju. „W nagrodę” Ukraińcy dostaną okrojone terytorium, za to z gwarancjami bezpieczeństwa i kto wie, może włączone do NATO.
W takiej atmosferze trwa w Rosji podbijanie stawki konieczne by rozpocząć negocjacje z jak najlepszej pozycji. Putin musi wysoko licytować i dlatego sięga ponownie po szantaż nuklearny, a jednocześnie kładzie na stole propozycję nie do przyjęcia, jaką jest podział ziem ukraińskich na trzy części. Tak zwane „nowe regiony Rosji” (obwody doniecki, ługański, zaporoski, chersoński oraz Autonomiczna Republiki Krymu i miasto Sewastopol) mają zostać włączone do Federacji Rosyjskiej. „Prorosyjski podmiot państwowy” obejmie obszary obwodów kijowskiego, czernihowskiego, sumskiego, charkowskiego, połtawskiego, kirowogradzkiego, dnieprowskiego, odessskiego, czerkaskiego, winnickiego, żytomierskiego i miasta Kijowa. O przyszłości „terytoriów spornych”, czyli zachodniej Ukrainy, powinny decydować Rosja, Węgry, Polska i Rumunia. Będzie to zresztą zgodne z ukraińską racją stanu, gdyż już wcześniej donoszono, że „reżim ukraiński robi wszystko, aby przyspieszyć moment polskiej okupacji i zapewnić podział Ukrainy pomiędzy sojusznikami i partnerami”.
Czy uwierzy w tę bajkę Zachód? Jeśli mowa o Europie, to wątpliwe, ale przecież w polityce nie o wiarę chodzi, a o interesy. Czy zaaprobuje tę koncepcję Trump? Jeśli będzie mu się opłacać… Pamiętajmy, że wojna w Ukrainie z perspektywy wielu państw jest wojną zastępczą, taką, która pozwala walczyć z Chinami, Koreą Północną czy Iranem bez narażania się na dodatkowe koszty, niebezpieczeństwo, utratę życia własnych obywateli. I jako taką może warto będzie ją przeciągać?
Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 22 (458), 29 listopada – 16 grudnia 2024
