Czemu właściwie prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek wojskowych imię „Bohaterów UPA” nie wiemy, choć możemy przypuszczać. Ale powinien przewidzieć polską reakcję, jak nie on, to jego doradcy.
Tak naprawdę więc mamy dwie zasadnicze możliwości: Zełenski i jego ludzie nie znają i nie rozumieją Polski, więc nie wiedzieli, co może być skutkiem tej decyzji. Albo Polskę znają i reakcję przewidzieli, ale uznali ją za nieistotną. Jest jeszcze trzecia, choć mniej prawdopodobna: ukraiński prezydent celowo chciał zaostrzenia stosunków z Polską. Tak czy inaczej, niedobrze.
Spór o historię
Niestety, od czasu uzyskania niepodległości przez Ukrainę trwa polsko – ukraiński spór historyczny. Sam byłem świadkiem, bodaj w 2005 r., problemów wokół lwowskiego Cmentarza Orląt. Przed wizytą prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego i Leonida Kuczmy poszedłem tam i na głównym grobie nieznanych żołnierzy zobaczyłem kuriozalny napis dziwną polszczyzną – „Nieznanym polskim wojakam…”. Dyrektor Cmentarza Łyczakowskiego Ihor Hawryszkiewicz oznajmił mi, że on świetnie zna polski, poza tym ma doskonałych ekspertów, a ja nie mam racji. Zadzwoniłem więc do polskiego konsula. Prezydenci się spóźnili o dobrą godzinę, a grób przykryty został kwiatami. – Jaki napis? – dziwił się Kwaśniewski. – Żadnego napisu nie ma…
A w 2003 r. byłem na otwarciu kilku polskich cmentarzy ofiar rzezi wołyńskiej, w tym w Pawliwce, dawnym Porycku. Policja powstrzymywała tłumek działaczy nacjonalistycznej partii „Swoboda”, którzy wykrzykiwali, że to nie Ukraińcy zabili Polaków. To kto ich zabił?… Prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma (ciekawe, że to właśnie oni zrobili wiele w sprawie wspólnej, tragicznej historii) odsłonili pomnik i wygłosili przemówienia.
Rzecz w tym, że na początku lat dwutysięcznych udało się i otworzyć Cmentarz Orląt (choć spór o dwa kamienne lwy ciągnął się i później), i kilka cmentarzy na Wołyniu. Wielka w tym zasługa śp. Andrzeja Przewoźnika i jego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Jakoś udawało się dogadywać ze stroną ukraińską, choć wiem doskonale, że Przewoźnik był nich nielubiany. Negocjacje były twarde, ale przynosiły efekty. Jedna i druga strona doskonale wiedziały, czego chcą (dyrektor Hawryszkiewicz to na szczęście wyjątek…). I udawało się osiągać jakieś porozumienie.
Sami też jesteśmy winni
Andrzej Przewoźnik zginął w Smoleńsku. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, a jednak chyba są. Radę zlikwidowano – i jej kompetencje rozdzielono. ROPWiM była skuteczna – Ministerstwo Kultury i IPN na jej tle wypadają bardzo słabo. I nie chodzi tu nawet o to, że pracują w nich osoby niekompetentne. Kim był Andrzej Przewoźnik, nazywany zresztą „ministrem” (sekretarz ROPWiM był chyba na szczeblu podsekretarza stanu), wszyscy wiedzieli. Czy ktoś zna dyrektorów departamentów IPN i MKiDN zajmujących się tymi sprawami? Poza tym, są oni znacząco niższej rangi. Tak, jakby sprawa ekshumacji i grobów ofiar rzezi wołyńskiej – czy zresztą jakichkolwiek innych, polskich grobów – stała się znacząco mniej ważna.
To prawda, że u wielu Ukraińców trwa sowiecka narracja o „polskich panach” co prześladowali ich przodków. Są też bardzo konkretne pretensje. Raz, że Józef Piłsudski ich „zdradził”, oddając trzy czwarte Ukrainy Sowietom. Choć to nie on negocjował traktat ryski, kończący wojnę z bolszewikami. Dwa, że gnębiliśmy Ukraińców w okresie międzywojennym – i to prawda, nasza polityka względem mniejszości narodowych była fatalna. Trzy, że Armia Krajowa mordowała ukraińską ludność cywilną podczas II wojny światowej. Takie przypadki się niestety zdarzały, ale były to akcje odwetowe. Głównym celem AK była oczywiście walka z Niemcami. Podczas Powstania Warszawskiego walczyło z niemieckim okupantem więcej żołnierzy niż w okresie największej rozbudowy liczyła cała UPA.
Ale zostawmy Ukraińców i ich myślenie. Trzeba pomyśleć o nas samych. A my jesteśmy przekonani, że zawsze byliśmy wspaniali, a w II RP wszystko było świetnie – był to kraj mlekiem i miodem płynący, przyjazny dla wszystkich swych obywateli. Tymczasem tak niestety nie było.
My w sprawie historii potrafimy głównie tupać nogami. Sejm czy Senat coś uchwalą, na przykład słusznie potępią rzeź wołyńską – i to ma wystarczyć. Nie, nie wystarcza. Ukraińcy polskimi uchwałami się nie przejmują, a zresztą i tak zazwyczaj o nich nie wiedzą. No ale przecież jest świetny film „Wołyń”! Sęk w tym, że Ukraińcy go nie widzieli i zapewne nigdy nie zobaczą. Ale w naszych podręcznikach do historii jest wiele o rzezi wołyńskiej! Tylko, że w ukraińskich nie ma. Co najwyżej dzieci i młodzież przeczytają o jakichś starciach na Wołyniu, którym winne są obie strony. Wiedza o Wołyniu jest na Ukrainie znikoma. Z badań przeprowadzonych jakiś czas temu wynikało, że spora część tych Ukraińców, którzy lubią Polskę (a dość długo utrzymywaliśmy się na 1 miejscu w rankingu) jednocześnie chce czcić UPA. Absurd? Nie, takie są realia.
Co nas łączy?
Niewiele robimy by szukać tego, co nas łączy. Semen Petlura – my o nim wspominamy z rzadka, choć to nasz sojusznik w wojnie z bolszewikami. Na Ukrainie wspominają go jeszcze rzadziej, bo mają do niego spore pretensje, że zgodził się oddać Galicję Wschodnią Polsce. Największa ukraińska partia w II RP, UNDO i jej lider, wicemarszałek Sejmu Wasyl Mudry – we wrześniu 1939 r. nawoływali Ukraińców do wspólnej z Polakami walki z Niemcami. Kto o tym wie po obu stronach granicy?… Owszem, niedawno we Lwowie pojawiły się trzy tomy pism Mudrego (wydane przez uniwersytet katolicki), sam o tym pisałem na łamach „Kuriera Galicyjskiego” i w innych miejscach, ale to materiały dla naukowców lub entuzjastów. UNDO nie ma nawet tablicy na jej dawnej siedzibie na lwowskim Rynku… W Warszawie była jedna konferencja naukowa, ciekawa, ale niemal nigdzie nierelacjonowana.
Niestety, skupiamy się na tym, co nas dzieli. W przypadku Polaków to przede wszystkim rzeź wołyńska, a w dużo mniejszym stopniu walki o Lwów w 1918 – 1919 roku. Ukraińcy, jak już wspomniałem, mają swoje, poważne pretensje. Problem polega zapewne na tym, że tych spraw nigdy nie udało się nam „przepracować”. Narracje historyczne biegną obok siebie, czasem się zbliżają, a czasem oddalają. Ale nie ma niczego, co można by uznać za wspólne. Dobrym przykładem jest Lwów. Dla jednych – „zawsze polski”, dla innych „odwiecznie ukraiński”. Jakoś do niewielu dociera fakt, że do 1945 r. bardzo trudno było ustanowić etniczną linię graniczną między Polakami i Ukraińcami. Ci ostatni żyli nawet na zachód od Krynicy Zdroju, a duże skupiska Polaków były w okolicach Żytomierza. To około 700 kilometrów przestrzeni.
Ale trudno się dziwić. Kiedyś liczyłem ilu polskich polityków (np. posłów czy senatorów) zna się naprawdę dobrze na Ukrainie. Dwóch? No, może trzech. Niechby i czterech czy pięciu. Ilu ukraińskich zna się na Polsce? Ci najważniejsi – w ogóle się nie znają. Deputowani do Rady Najwyższej? Jeden, może dwóch.
Mam nadzieję, że po decyzji Zełenskiego i późniejszym odebraniu mu Orderu Orła Białego przez prezydenta Karola Nawrockiego, w relacjach polsko – ukraińskich nie będzie tylko coraz gorzej. Bo co nam zostało? Na dziś – właśnie nadzieja.
Piotr Kościński
Autor jest dziennikarzem, analitykiem spraw międzynarodowych i wykładowcą
