Znowu jesteśmy narodem

Znowu jesteśmy narodem

Każdego dnia wieczorem przychodzili do naszych domów w porze nadawania „Wiadomości” i mówili o różnych sprawach: Izabela Jaruga-Nowacka o kłopotach współczesnych Polek, Janusz Kurtyka o zawikłanych problemach historycznych, Andrzej Przewoźnik o miejscach pamięci narodowej.

 

Widzieliśmy jak Prezydent podpisywał ustawy, a jego Małżonka uczestniczyła w rozmaitych spotkaniach. Pełnili służbę. Przyglądaliśmy się im bacznie, lubiliśmy ich – niektórych mniej, niektórych bardziej, a innych wcale. Spieraliśmy się z nimi, zarzucaliśmy im rozmaite rzeczy, lecz zawsze pozostawali osobami bliskimi, które można wręcz porównać do członków rodziny – u siebie w domach też nie zawsze ze wszystkimi się zgadzamy, ale prawie zawsze w trudnych momentach się wspieramy.

W sobotę rano z naszej rodziny ubyło blisko 100 osób. Katastrofa prezydenckiego TU 154 zabrała nam polityków, działaczy społecznych, urzędników, wojskowych, księży. Tyle już powiedziano o nieszczęściu narodowym. Los wybrał z najlepszych. Straciliśmy tych ludzi w sposób niepojęty. Straciliśmy ich w miejscu, które 70 lat temu dostarczyło Polakom tyle bólu i ciągle pozostaje synonimem niezabliźnionych ran.

 

Na pytanie „dlaczego tak się stało?” nikt nam nigdy nie udzieli odpowiedzi. Ratując się symbolami, nasuwającymi się skojarzeniami, doszukiwać się będziemy sensu tej tragedii. Bólu po tak wielkiej stracie długo nie ukoimy.

W tej żałobie, w tych hołdach, oddawanych zmarłym w Smoleńsku, Polacy wyciszyli się i zjednoczyli. Po tak ogromnej i nieprawdopodobnej stracie, wspólnota narodowa była prawie namacalna. Patrzyliśmy sobie w oczy, a każdy miał w nich to samo – smutek, pytanie, zadumę i łzy. Kiedy potwierdzone zostały najgorsze wiadomości, każdy z nas czekał na cud. Zaraz, za chwilę ktoś zadzwoni i powie – to nieprawda, żyją, cali i zdrowi wracają do kraju. Cud nie nastąpił. Ale może stanie się tak, że nastąpi inny i z tej tragedii wyjdziemy oczyszczeni: inni, lepsi, mądrzejsi, bardziej dojrzali i tolerancyjni.

Pozostańmy jak najdłużej z zadumą, szacunkiem, delikatnością wobec siebie, brakiem niepotrzebnych sporów i kłótni. W imię Ich pamięci, której dziś składamy hołd; w imię Kraju, który nas łączy. W sobotę, natychmiast po ogłoszeniu potwierdzonych informacji o katastrofie samolotu, Polacy wyszli na ulice miast. W Warszawie szli w kierunku Pałacu Prezydenckiego. Do późnej nocy ruch na Trakcie Królewskim nie ustawał. Obraz był podniosły, ale i przerażający. Ludzie w ciszy przesuwali się w kierunku Pałacu. Im bliżej wieczoru, tym bardziej nastrój się potęgował.

 

Było cicho, dostojnie, płonęły lampki. Ludzie wypełniali zniczami wszystkie dostępne miejsca, gdzie można było je ustawić. Przynosili wiązanki, dzieci – rysunki, znajomi – zdjęcia zmarłych. Byliśmy osieroceni i bezradni. W niedzielę, 11 kwietnia, Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Lech Kaczyński wrócił do Kraju. Pojedyncza trumna na płycie lotniska, przykryta biało-czerwoną flagą, w otoczeniu warty honorowej, stała się symbolem naszego bólu i naszej straty. Prezydenta witali zwolennicy, przeciwnicy i ludzie apolityczni. Wśród oklasków, kwiatów, śpiewów i okrzyków jechał przez Warszawę w kierunku Pałacu. Po raz ostatni. Przed godziną 17:00 wjechał na Krakowskie Przedmieście. Coś się zmieniło w ludziach wraz z Jego przybyciem. Znikły sobotnie, mickiewiczowskie cienie rodem z „Dziadów” – wrócił naród.

Beata Kost tekst
Tekst ukazał się w nr 7 (107), 16 – 29 kwietnia 2010

X