Zdumienie pełne dobrych myśli

Zdumienie pełne dobrych myśli

Tom Powroty do Krzemieńca tworzą piękne wiersze, w których poeta niczym jubiler ubiera słowa w kunsztowne figury i obrazy.

Są to wiersze subtelne o istotnych sensach, które rodzą się w wyniku relacji między bezpośrednim doznaniem, historią, estetyką a etyką. To nie irracjonalne marzenia pięknoducha, a realne kształty, innym znów razem odbicia ideałów, wyższej rzeczywistości, zbudowane na doświadczeniu, przeżyciu, świadomości bycia w konkretnych miejscach i miejsc tych oddziaływania, nie tyle doraźne, co właśnie długofalowe, może nawet ponadczasowe.

Poeta buduje obrazy fascynujące, niekiedy nawet hipnotyzujące, dodatkowo czytelne szczególnie dla tych, którzy mieli okazję do podobnych przeżyć i doznań w tym samym magicznym kręgu Krzemieńca, „Atenach Wołyńskich”, gdzie blask mitu Słowackiego, Liceum Krzemienieckiego, artystycznej kolonii czasów międzywojnia i współczesnego „nowego otwarcia” w postaci Dialogu Dwóch Kultur. Poeta daje za pośrednictwem wierszy możliwość zrozumienia pewnego znaczącego fragmentu życia, w kontakcie z naturą, z historią, literaturą, kulturą, zauważania Innego, a przede wszystkim ludzi i bogatych z nimi relacji wzajemnych.

To są wiersze malarskie, a każdy z nich jest skończonym dziełem zamkniętym w symbolicznej ramie, niby obrazy pozornie unieruchomione w słowach, starannie dobranych i wybranych przez poetę. Malarskość ta przyciąga uwagę wrażliwością na losy miejsc i ludzi, konfiguracją zdarzeń, stwarzając czytelne wizerunki, figury, budując nastroje oparte na solidnym kulturowym budulcu. Czytelnik może je kontemplować, ale może też dopisywać swoiste ciągi dalsze, poszerzać perspektywy, wejść głębiej w sferę zadziwienia i refleksji. Na takiej glebie potrafią wyrastać i rozkwitać znaczenia dodatkowe, symboliczne, metaforyczne. Te pozornie unieruchomione obrazy stają się więc swoistym lustrem, w którym człowiek może przyjrzeć się samemu sobie, lepiej poczuć przepływającą strugę istnienia, w której decydujące są ruch i zmiana, czyli metamorfoza, przechodzenie przez formy, życie po prostu. Miejsca i zdarzenia, którym poeta poświęca swą uwagę, współtworzą niepowtarzalny klimat wierszy, znaczą więcej niż wynikałoby tylko z brzmienia tytułów i słów. One „mówią” w odrębny, poetycki sposób, współtworzą pejzaż sytuacji opisywanych. Opis zaś jest harmonijny, umiejętnie wydobywający szczegóły, przez co wskazuje na to, że mamy do czynienia z chwilami godnymi i wartymi zapamiętania. W wierszu więc styka się to, co zewnętrzne (odległe) z tym, co wewnętrzne (czyli bliskie). Sfera przeżyć zda się być rodzajem pośrednika w wywoływaniu, a także nazywaniu stanów uczuciowych, procesów poznawania, historycznych i topograficznych realiów oraz wynikających z nich ideowych przesłań.

Wiersze te, ale także współtworzące książkę fotografie Walentyny Tomczuk i Jana Skłodowskiego, posługują się różnymi znakami, którymi są figury i kolory w swoim otoczeniu oraz pojęcia i dźwięki zapisane w symbolach liter. Zdjęcia przedstawiają przedmioty i obiekty istniejące obok siebie w przestrzeni, a wiersze opowiadają to, co następuje po sobie w czasie. Obie dziedziny sztuki wzajemnie się „uzupełniają”, może też „objaśniają”, ale są wobec siebie całkowicie autonomiczne.

Mariusz Olbromski „maluje słowem” i w ten sposób pobudza wyobraźnię czytelnika, który może kreować nowe obrazy, bądź przywoływać z pamięci to, co widzieliśmy, czego doświadczyliśmy. Jakkolwiek tu i ówdzie wyłonić się może bezradność słowa wobec doznania, przeżycia, wizerunku, kształtu, której to niemożności był świadom Juliusz Słowacki, gdy wspominał w VII pieśni Podróży z Ziemi Świętej do Neapolu, o swej próbie opisania klasztoru Megaspileon, złożonym „z liter i cyfer” i stwierdził, że to, co widzi nie jest łatwe do przekazania innym: „A będziesz widział – nie widzisz? więc próżno! // Ja doskonalej nie opiszę rymem… // Trzeba, ażebyś wziął sakwę podróżną, // Mój czytelniku, i został pielgrzymem”.

Wiersze Olbromskiego inspirowane widokami Krzemieńca lub impulsami z miastem tym i ludźmi związanymi, stanowią zbiór spontanicznych, pisanych na gorąco komentarzy. Poeta odczuwa je prawie zawsze w kategoriach estetycznych, co pozwala mu stworzyć plastyczne, sugestywne kompozycje, harmonijnie zbudowane i oparte na solidnym historycznym fundamencie, choć jak najbardziej współczesne. Przekazują nie tylko ulotne, impresjonistyczne wrażenia, ale pełne, zawierające rozliczne odcienie i niuanse, odbicia. Liryki te kreślą wyraziste linie, przez co tworzą kształty dające się uchwycić i zidentyfikować (jak choćby Ikwa, uliczki Krzemieńca, pomnik w kościele parafialnym, dworek, ogród różany, mur wzdłuż dawnego liceum i liceum samo, cmentarze, Góra Bony, Czercza, itd.), odwzorowują to, co obserwowane i co raz jeszcze pojawia się w wierszu „jak żywe”. Scalają to, co realistyczne z nastrojowym, pobudzają wyobraźnię, tworzą opisy, które odpowiadają dostrzeżonemu i doznanemu, oddając przy tym charaktery miejsc i ludzi. Tworzą kulturową opowieść w dwudziestu wierszach o bujnym życiu, w którym teraźniejszość jest historyczna, a historia teraźniejsza, w której współistnieją podmioty i ich otoczenia, gdzie postać zawsze angażuje się w rzeczywistość, współuczestniczy, jednoczy.

Można jeszcze dodać, że wiersze (i fotografie) choć skupione na walorach lokalnych, bo przecież dotyczą pięknego Krzemieńca i najbliższych, wtopionego w otaczająca zieleń miasta, okolic, to przekładają się znakomicie na walory uniwersalne. Sposób i kształt w nich zamknięte tam właśnie mają swe źródło, one nadają formy i sensy. Bo jest to miasto wyjątkowe, wyróżnione, w którym bez wątpienia panuje szczególny duch, czego dowodem rozliczne inspiracje artystyczne i doroczne, już od dwudziestu lat prowadzone dialogi polsko-ukraińskie. Sprzyja temu piękno krajobrazu, urok architektury, waga zapisanej w tym miejscu historii, co wszystko razem znakomicie pobudza wyobraźnię. Zapewne tak jest, bo urok miejsca wabi i chce się wracać do tego niepowtarzalnie położonego w jarze miasta, otoczonego wzgórzami, o bogatej rzeźbie terenu i bujnej roślinności, obszaru nazywanego niegdyś Szwajcarią Wołyńską, ale w pierwszym rzędzie przyciągają ludzie, którzy tam serdecznie podejmują przybyszów. A przybysze, gdy obdarzeni talentem artystycznym, pięknie im za to, jak w przypadku poety Mariusza Olbromskiego, odpłacają.

Dialog nie byłby pełny, gdyby tom Powroty do Krzemieńca, był tylko po polsku i gdybyśmy zapomnieli o wysiłku tłumaczek, po pierwsze o ukrainistce z Uniwersytetu Warszawskiego pani profesor Walentynie Sobol, która z właściwym sobie wyczuciem słowa poetyckiego przełożyła wiersze na język ukraiński oraz pani Swietłanie Wynnyczenko, która z niemniejszą znajomością rzeczy, dokonała przekładów wstępu i posłowia.

Jan Wolski
Tekst ukazał się w nr 23-24 (339-340), 20 grudnia – 16 stycznia 2019

X